organique pielęgnacja współpraca reklamowa

Zaczęłam szyć, żeby nie zwariować

Razem z marką Organique sprawdzamy, co słychać u starych znajomych

Zaczęłam szyć, żeby nie zwariować
Beata Zięba-Zaborek

Czym jest wellbeing? Dla Kasi to miks spełnienia, radości i komfortu, który dają jej ukochana rodzinna drużyna i własna, pełna kolorów, marka. Poznajcie się.

Dzień dobry, Poznań! Razem z Organique sprawdzamy, co słychać u Kasi Zasiadły i jak rozwija się jej rodzinna firma Ul&Ka z akcesoriami do włosów. Wczesnojesienne spotkanie to też dobra okazja, by podpytać Kasię o jej sposoby na zwolnienie: relaks i pielęgnację. Zapraszamy do nowego odcinka naszego cyklu współtworzonego z polską marką naturalnych kosmetyków. Pod lupę bierzemy serię Odprężająca Terapia Spicy z ekstraktami z chilli i cynamonu oraz rozgrzewającym zapachu pomarańczy i korzennych przypraw. Rozpieszczamy się i rozgrzewamy!

Masz na domowym pokładzie niezłe agentki: Ulę i Kaję – dwie córki jak małe tornada. Jakie są te dziewczynki?

Mówi się, że drugie dziecko jest spokojniejsze, a my jakoś nie trafiliśmy (śmiech). U nas obie dziewczyny są bardzo charakterne, temperamentne, obie uparte, megakreatywne i mające milion pomysłów na minutę. Są ruchliwe i wysportowane – tańczą, chodzą na akrobatykę. Młodsza Kajka to taki nasz rodzinny słodziak – ma w sobie iskierkę, wszystkich rozczula. Starsza Ula jest z kolei bardziej kierowniczką. Obie są otwarte i przebojowe, nie boją się ludzi. No i mamy z nimi wesoło, wiadomo – bo okiełznać je to też wyzwanie. Bardzo się kochają, ale jak to w rodzeństwie, są też starcia i potyczki słowne: mała chce wszystko to, co starsza, mają też wspólny pokój, więc wchodzą sobie czasem na głowę. Jednak Ula zawsze stanie w obronie Kajki, a Kaja jest wpatrzona w starszą siostrę i pójdzie za nią w ogień.

Co jest największym wyzwaniem w byciu mamą takich energicznych małych kobiet?

Dla mnie ciężkie jest pozwolenie im na bycie sobą – zwłaszcza w przypadku Uli, bo jest bardzo energiczna, głośna, to taka właśnie kierowniczka, czasami trochę się popisuje. Fajnie się rusza, fajnie tańczy, więc lubi też zwracać swoją uwagę. Myślę, że to również jej mechanizm obronny, bo wbrew pozorom – mimo że jest taka „hop, do przodu” – wystąpienia publiczne ją stresują i czasem wycofuje się, wchodząc w nową grupę. Jej temperament jest wyzwaniem, bo nadal żyjemy w czasach „bądź cicho” i „słuchaj Pani”. Ciężko mi czasami jej pozwolić tak po prostu być sobą. Teraz jest już nieco łatwiej, ale mam wrażenie, że gdy miała 5-6 lat, cały czas mówiłam jej „nie” – nie idź tam, nie krzycz, nie skacz, nie teraz. Początki ze szkołą też nie były łatwe – Ula nie mogła wysiedzieć w ławce, dużo gadała i rozwalała zajęcia. Mieliśmy dużo rozmów z wychowawczynią, na szczęście już się dotarły.

A co bywa najtrudniejsze w łączeniu ról mamy i szefowej?

Wyzwaniem w wychowywaniu dzieci jest na pewno czas, bo kiedy masz własną firmę, to ciężko czasami się wyłączyć i po prostu być w domu, bawić się z dziewczynami. Nie jestem typem mamy, która uwielbia się bawić lalką Barbie i udawać, że jest jakąś Samanthą (śmiech). Mogę rysować, mogę malować, układać puzzle albo klocki Lego, grać w planszówki, ale wymyślanie scenek z lalkami to nie moja bajka. Czasem łapię się na tym, że w ciągu dnia usiądę na chwilę na kanapie i zamiast coś tam porobić, po prostu siedzę i nie mam siły. Marzę, by pobyć chwilę w ciszy, posiedzieć sama ze sobą.

Starsza córka, Ula była inspiracją dla nazwy, bo to dla niej, 7 lat temu, powstała pierwsza opaska. Jak wyglądały totalne początki marki?

Kiedy zaszłam w ciążę z Ulą, czyli starszą córką, pracowałam w korpo na kierowniczym stanowisku. Przez całą ciążę powtarzałam, że nauczę się szyć moim córkom stroje, takie jak mama szyła mi na baliki. Ula urodziła się we wrześniu, a w grudniu Wojtek kupił mi maszynę do szycia – żebym nie zwariowała, bo widział, że osiągam już dzień świstaka. W międzyczasie trafiłam do poznańskiej pracowni krawieckiej, gdzie cudowna pani Ela nauczyła mnie szyć. Wracałam do domu późno, by znowu karmić małą. Kiedy Ula była malutka, miała bujną czarną czuprynę, a my ubieraliśmy ją na szaro, więc często mylono ją z chłopcem. No i zaczęło się od tego, że uszyłam pierwszą opaskę dla Uli – klasyczną, wiązaną, z jednego kawałka materiału. Wrzuciłam jej zdjęcie na Facebooka, żeby pochwalić się dzieckiem, tymczasem ruszyła lawina zachwytów nad opaską.

Wygląda na to, że świat cię potrzebował!

Wtedy pomyślałam, kurczę, to jest jakiś pomysł. Zaczęłam szyć w domu – na poddaszu miałam maszynę ustawioną na małym stole w kuchni. Z czasem, nadal w domu, pomagała mi pracownica, później dwie – jedna szyła razem ze mną, druga pakowała zamówienia. Kiedy urodziła się nasza druga córka Kajka, która teraz ma 4,5 roku, pracowałyśmy z nią u boku – w pracowni kładłam ją do bujaka, a dziewczyny prasowały i bujały ją nogą, żebym mogła w tym czasie wystawiać faktury. Wykorzystałam to, że z obiema córkami byłam na urlopie macierzyńskim, później na wychowawczym, następnie na zwolnieniu ciążowym – i nigdy już nie wróciłam na etat.

Z małego poddasza przenieśliśmy się do mieszkania w kamienicy – 20 mkw zamieniliśmy na 115 mkw pracowni blisko domu. Zatrudniliśmy więcej ludzi, ja miałam w końcu swoje biuro – zajmowałam się całym marketingiem, odpisywaniem na wiadomości, social mediami, robieniem zdjęć. Po 2 latach okazało się, że przestrzeń jest za mała i przenieśliśmy się do 300-metrowej pracowni, w której jesteśmy do dzisiaj.

Kilka lat temu podjęliście z Wojtkiem decyzję, że on rzuci pracę na etacie i będzie się opiekował się młodszą córką, a ty zajmiesz się firmą. To nietypowa w naszym kraju zamiana miejsc.

Wojciu rzucił robotę na etacie i na półtora roku został z Kają w domu. Jeździli na warsztaty dla dzieci i na basen – był jedynym tatą wśród mam. Czasem to do niego Kaja mówiła „mamo” (śmiech). Wtedy jeszcze nie zajmował się firmowymi rzeczami, czasem pomagał mi zdalnie, ale oboje wiedzieliśmy, że marka ma duży potencjał, i że byłoby szkoda tego nie pociągnąć. W końcu przyszedł moment, w którym stwierdziliśmy, że jesteśmy gotowi, żeby Kajka poszła do żłobka, a Wojtek na dobre wszedł do firmy.

Świetna z was drużyna – i w pracy, i w życiu codziennym. Jak rodzinnie ładujecie baterie?

Na pewno na wyjazdach – nie jesteśmy typem rodziny, która raz w roku wyjeżdża na wakacje. Podróże to już nasz stały punkt programu, bardzo pilnujemy tego, żeby gdzieś wyjechać. W tym roku spędziliśmy na wyjazdach jakieś 3 miesiące. Czasami jest to połączone z pracą, np. pojechaliśmy rodzinnie do Nowego Jorku na targi i zostaliśmy w mieście na 2 tygodnie. Nieraz wyjazd organizujemy w całości sami, a czasem jedziemy ze znajomymi po prostu się odpiąć na all inclusive. W czerwcu lubimy jechać na Hel, spędzić w przyczepie dwa tygodnie i mieć totalny chill. Zauważyłam też, że dzięki częstszym podróżom, szybciej potrafię się wyluzować. Kiedyś potrzebowałam na to 3-4 dni, na początku byłam naelektryzowaną, a teraz z reguły wystarczy mi jeden dzień, żeby wrzucić na luz.

A co z czasem solo – miewasz taki?

W wyjazdach lubię też taki czas tylko dla siebie. Niedawno byłam na babski wypadzie, typowo bez dzieci, kiedy nie musisz się martwić, o której pójdziesz spać i której wstaniesz. Mogę leżeć i po prostu nic nie robić – te wyjazdy zawsze mnie ładują. Poza tym bardzo lubię tańczyć – całe życie tańczyłam, byłam nawet instruktorką tańca, ale to dawno i nie prawda (śmiech). Teraz po prostu chodzę na różne zajęcia taneczne z moją psiapsiółą.

Czyli u ciebie rządzi relaks w wersji raczej aktywnej. A jakie masz patenty na pielęgnacyjny #metime?

Raz w tygodniu chodzę na masaż i to jest taki tylko mój punkt. To bardziej fizjoterapia – w dużej mierze kwestia lecznicza, bo cała jestem pospinana, u mnie stres wychodzi w ciele – ale połączona z relaksem. U Klaudii w poznańskim studio Rehaktywni jest pięknie, są świeczki, olejki, aromaterapia. To jest taka moja godzina. Dziś, po naszej rozmowie, biegnę na pilates – mam nadzieję, że w końcu go załapię, bo przymierzam się od dawna.

Codzienna pielęgnacja to u mnie minimum: rano nakładam serum z witaminą C i krem – taki szybki basic. Do tego bronzer w kamieniu, żeby dodać twarzy trochę koloru, i tusz do rzęs. I to jest cały mój makijaż. Zawsze byłam typem chłopczycy, więc make-up to nie była moja bajka. Wieczorem też sięgam po serum plus krem pod oczy i na twarz. Do tego jestem zapachowcem, więc w całym domu rozpylam olejki eteryczne, używam perfum które sama skomponowałam na bazie mchu i figi, i uwielbiam pachnące peelingi. Latem stawiam na świeże oceaniczne zapachy, a jesienią i zimą lubię korzenne nuty. Seria kosmetyków Organique z nutą spicy, o rozgrzewającym zapachu pomarańczy i orientalnych przypraw od razu skradła moje serce!

Na półce Kasi pojawiły się kosmetyki Organique z serii Odprężająca Terapia spicy:

peeling cukrowy

żel pod prysznic

masło do ciała

nektar do kąpieli

Odprężający zestaw pochodzi z limitowanej Terapii Stymulującej Spicy, która bazuje na aromaterapeutycznej roli zapachu. Tu zmysły koją nuty soczystej pomarańczy i otulających przypraw korzennych.

*

Materiał powstał we współpracy reklamowej z Organique.

Dodaj komentarz