Zabawy wizualne

Rozmowa z Joanną Grochocką

Z lubością ilustruje japońskie zwyczaje, czyta kilka książek naraz, stempluje biurko kółkami z kubków po herbacie, kruszy na potęgę, Moondoga słucha naprzemiennie z kantatami Bacha, a gdy głowa zmęczona – medytuje. Kto to taki?

Tym umiarkowanie roztrzepanym i nieprzyzwoicie zdolnym kimś jest ilustratorka Joanna Grochocka. Autorka ilustracji do książki „Banzai. Japonia dla dociekliwych”, stała współpracowniczka magazynu „Przekrój”, absolwentka filozofii oraz czytelniczka, dla której liczy się nie tylko jakość, ale i ilość. To wszystko w jednej osobie, która za moment opowie, dlaczego lubi rysować sznurówki, co musi się wydarzyć, żeby do głowy zapukał nowy pomysł i jakie lektury nieustannie dodają jej skrzydeł.

*

Czy od zawsze wiedziałaś, że będziesz zajmować się ilustracją? 

Raczej tak. Tata architekt rysował, mama malowała, w domu pachniało farbami i starym tuszem, na półkach stały albumy. Pamiętam, że moim ulubionym malarzem był Chagall – mogłam oglądać go na okrągło, to były opowieści w obrazach. Od 3. roku życia rysowanie było jednym z moich głównych zajęć, oprócz przebieranek i potem czytania. Po wstaniu z łóżka, w piżamie i bez śniadania rozkładałam kredki i zaczynałam. Nigdy nie wiedziałam, co mi się tym razem wyświetli i jakie sytuacje się pojawią. Było to dla mnie budowanie światów, często przy tym opowiadałam na głos kwieciste historie rozgrywające się w tle widocznej na obrazku akcji. I już wtedy mówiłam, że w przyszłości będę pisać i ilustrować książki. Póki co, zmaterializowało się to drugie, ale kto wie – może kiedyś te sfery połączę. Skończyłam też filozofię, więc humanistyka też jest mi jakoś bliska. Nie wyobrażam sobie jednak życia bez zabaw wizualnych – czy będzie to ilustracja, czy set design, grafika lub street art, z którymi też miewam fajne przygody.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

A miałaś w zanadrzu alternatywną wizję przyszłości?

Pewnie. Jednocześnie chciałam być oczywiście gwiazdą filmową, zawsze w świetle reflektorów, w boa i z mikrofonem ze skakanki. Ale tak miała chyba prawie każda z nas.

Na jaki temat najprzyjemniej ci się rysuje?

Lubię zadania. Ilustrowanie pojęć albo metafor, zabaw słownych, idei. Choć przepadam też za rysowaniem detali: wzorków na filiżankach, tkanin płaszczy, falbanek i sznurowadeł. To kręciło mnie od zawsze: w moich dziecinnych obrazkach sukienki bohaterek są kolejnymi światami, obrazami w obrazach, gdzie dzieją się kolejne wydarzenia. Z czasem poszłam w większą prostotę, ale ten rodzaj przedstawienia dalej mnie pociąga. Właściwie lubię rysować wszystko.

A co niekoniecznie?

Tematy wymagające dosłowności i z góry ustalone scenki.

 

Jesteś autorką ilustracji do książek dla dzieci „Duda i wielka przygoda” ,„Banzai. Japonia dla dociekliwych” i do książki dla młodzieży pt. „Rok szczura”.  Jak ci się rysowało dla młodego odbiorcy?

Bardzo lubię rysować dla dzieci. Praca nad „Banzai” była wspaniała, bo temat, czyli kultura Japonii, jest czymś inspirującym i dla nas nieoczywistym. Czuję ilustrację dziecięcą między innymi dlatego, że mam chyba sporą łączność pomiędzy mną teraz a mną np. 7-letnią. Wydaje mi się istotne, żeby dzieci traktować poważnie, nie spłaszczać świata do tego, co dorosłym wydaje się „odpowiednie” – czytaj: płytkie i przesłodzone. Mistrzynią tego podejścia była dla mnie Tove Jansson. W jej książkach występowało całe spektrum emocji, pokazywała dzieciom wielowymiarowość i tajemniczość świata, nie uciekając też od ważności malutkich spraw, jak czesanie grzywki czy zmoknięty hamak. Pokazywała, a raczej nie nakładała sztucznej fasady – bo dzieci już same dobrze wiedzą, jak jest, jeśli tylko ich nie ogłuszamy płytkim przekazem.

Czy obecnie pracujesz albo masz w planach publikację skierowaną do dzieci? 

Od jakiegoś czasu razem z moim narzeczonym, pisarzem Tomkiem Wiśniewskim, myślimy o wspólnej książce dla dzieci właśnie, ale na razie to jeszcze tajemnica.

Opowiedz, jak wygląda twoje miejsce do pracy. 

Mam właściwie dwa miejsca, w których tworzę – dom i pracownia. Kiedy jest naprawdę bardzo dużo pracy, często zostaję w domu, bo tu mi wygodniej – mam przy sobie całą bibliotekę, kawiarkę, w połowie dnia mogę uderzyć w krótkie kimono, a w nocy błyskawicznie przenieść się od biurka do łóżka. Moja pracownia jest aktualnie na Mokotowie, dzielę ją z grafikiem Jankiem i ilustratorką Zosią. Za oknem mam widok na wielkie stare drzewa i migające w dali stare kamienice, także właściwie jest najlepiej na świecie. Moje dwumetrowe drewniane biurko podzielone jest na dwie strefy: brudną, czyli tę, na której rysuję, maluję, wycinam, i czystą, czyli tę z komputerem i tabletem. Ten podział jest oczywiście nie do utrzymania, ale staram się przynajmniej tak je nazywać. Oprócz farb, kredek i całego tego majdanu, zawsze mam na podorędziu trochę ładnych ścinków, które zbieram i używam często do kolaży, a także stare czasopisma, np. modowe, z których wycinam lub urywam inspirujące fragmenty zdjęć czy grafik. Poza tym jest trochę starych książek dla dzieci, wydawnictwa graficzne z lat 60. czy 80., albumy i spora liczba kubków od herbaty i okruchów.

 

 

Czy masz swoje rytuały związane z rysowaniem? Co robisz na rozgrzewkę?

Piję kawkę albo yerba mate. Jeśli rysuję na zlecenie, czyli na zadany temat, siedzę, zawsze trochę kontempluję zagadnienie, szukając skojarzeń, historii, etc. Czasem przeglądam Internet lub albumy, zazwyczaj kończy się na Themersonach, Tomaszewskim czy Steinbergu. Wyczuwszy temat, jego temperaturę i nastrój, dobieram technikę i decyduję się na kolorystykę. Potem pracuję nad zadanym konceptem i realizuję obraz.

A co się dzieje, kiedy sama obmyślasz cały koncept?

Wtedy zazwyczaj biorę szkicownik i sobie bazgrolę, i czasem wychodzą z tego całkiem fajne historie. Snuję się, leżę nogami do góry, poczytuję fragmenty ulubionych książek, które często inspirują i naprowadzają mnie na dobre tropy. A czasem w ferworze codziennych zajęć, tuż przed wyjściem do warzywniaka, spotkaniem ze znajomymi albo po prostu pracą, nachodzi mnie konieczność natychmiastowej realizacji jakiegoś nagle powstałego pomysłu. Wtedy zazwyczaj rzucam wszystko i robię. Punktualność i życie praktyczne na tym cierpią, ale wychodzą z tego zazwyczaj te najbardziej energetyczne i ulubione prace.

 

 

Czego najchętniej słuchasz przy pracy? A może musisz być w ciszy?

Na początku musi być cisza. Żeby coś wymyślić, potrzebuję zazwyczaj kompletnego skupienia. Muzyka czy audiobooki pojawiają się na końcowym etapie pracy: przy dopracowywaniu kompozycji, zabawie nadanymi już formami. Wtedy chętnie słucham, ale zależnie od nastroju, spektrum tego jest naprawdę szerokie. Od Sun Ra czy Moondoga, przez elektronikę, rap i dziewczyński punk z lat 80., aż po Bacha i muzykę barokową.

Co dodaje ci energii, kiedy deadline’y nie dają żyć? 

Najlepsza jest w takich momentach medytacja, daje odpoczynek i energię nieporównywalną z niczym innym. Nie zawsze jednak mam „ten” moment, kiedy więc chwilowo nie jestem w trybie, pozostają inne sposoby wyłączenia umysłu i ciała. Spacer lub kawiarnia też wietrzą mi głowę i pozwalają wrócić do projektów ze świeżością i pomysłami. Ważne, by na jakiś czas zostawić całkowicie obowiązki i zadania na rzecz czegoś miłego. W przeciwnym razie zamiast inspiracji i siły pojawiają się zmęczenie tematem i rozdrażnienie. Taka podstawowa higiena.

Obserwując twój profil na Instagramie, widzi się wyraźnie, że z książkami to ty się nie rozstajesz. Co teraz czytasz? 

Zazwyczaj czytam wiele rzeczy naraz. Teraz mam przy łóżku, a może pod kanapą „Przechodzimura” Marcela Aymégo, biografię Leonory Carrington autorstwa Eleny Poniatowskiej, „Opowiadania” Čapka i Cortazara (uwielbiam krótkie formy za ich moc i koncentrację wyobraźni), „Wolność od znanego” Krishnamurtiego i staroć dla dzieci – „Przyślę panu list i klucz” Marii Pruszkowskiej. Ostatnie to trochę ramotka, ale dość urocza. Są też książki i autorzy, których poczytuję nieustannie; czuję, że muszę mieć ich pod ręką, bo zawsze dodają mi skrzydeł: Calvino, Jodorowsky, Queneau, Vian czy Edward Lear i jego limeryki.

 

 

Doceniam twoje dorosłe wybory, ale ciekawi mnie też, jakie książki najchętniej czytałaś jako dziecko.

Książki o tajemnicy, książki śmieszne i te o dziewczynach. Zdecydowanym nr 1 była i jest dla mnie Mary Poppins. Uwielbiałam to połączenie szaleństwa, czarów i sztywnego uroku angielskiego domu z początku wieku. Kochałam też Muminki, dziewczyńskie książki Jane Webster, wspaniałe dzikie przygody od Edith Nesbit czy polską klasykę jak „Ucho, Dynia, 125!”, „I ty zostaniesz Indianinem”, „Uwaga! Czarny parasol!”. Jednym z najmilszych momentów dzieciństwa był ten, kiedy z naręczem nowych, ale pachnących starym papierem książek wracałam z wypożyczalni do domu, z dreszczem oczekując, kiedy zasiądę wreszcie przy stole i – opierając okładkę o cukierniczkę i przytrzymując sobie strony talerzem i filiżanką – oddam się lekturze. Czytałam wtedy tyle, że pani w pobliskiej sopockiej bibliotece narzekała, że połknęłam już prawie wszystko, co fajne. Lubiłam ilustracje Szancera, Themersonowej, Lenicy, Witza i oczywiście Butenki. Tu hitem jest „Cyryl, gdzie jesteś?” Woroszylskiego z rysunkami Butenki właśnie – perfekcyjne, zaskakujące i dowcipne przenikanie się tekstu i obrazu, gdzie stworzona została całkiem świeża, fantastyczna jakość. To coś więcej niż książka ilustrowana. Polecam obejrzeć każdemu, kto pisze, każdemu, kto ilustruje i każdemu, kto kocha książki.

Opowiedz jeszcze o nowej książce, którą przed kilkoma dniami skończyłaś ilustrować.

Do zilustrowania najnowszej książki „Dom polski. Meblościanka z pikasami” zaprosiła mnie jej autorka Gosia Czyńska. Jest to seria wywiadów z najlepszymi polskimi projektantami wnętrz i przedmiotów, od lat 50. do dziś (opowiada m.in. Zbigniew Horbowy, Hanna Rechowicz czy Zofia Kruszewska). Przeczytamy w niej o tym, czy coś (a jeśli tak, to co?) stoi za pojęciem „polski design” i o tym, czym dosłownie i metaforycznie jest polski dom. O fotelu Muszelka, zestawie mebli Pasikonik, serwisie kawowym Prometeusz i wazonie Rock and Roll. A także o tym, dlaczego lepiej nie sprzątać, co zrobić z saniami w salonie i jak zmieścić całe życie na 6 mkw.  Będzie nie tylko o designie, ale także o burzliwej historii, rodzinie i śmiesznostrasznych realiach PRL. Ja zaś będę temu wszystkiemu towarzyszyć kolażem. Premiera „Domu polskiego” już 15 listopada, a publikuje go Wydawnictwo Czarne. Nie mogę się doczekać!

I ja! Stokrotne dzięki za rozmowę.

***

Rozmawiała: Dominika Janik
Zdjęcia: archiwum Joasi Grochockiej

*

Joanna Grochocka
Artystka wizualna, autorka ilustracji książkowych i prasowych, plakatów, murali oraz instalacji. Członkini zespołu kwartalnika „Przekrój”, współpracowała m.in. z Wydawnictwem Dwie Siostry, Lokatorem, „Tygodnikiem Powszechnym”, Krytyką Polityczną, Znakiem czy Charakterami. Jej prace uczestniczyły w wielu projektach i wystawach (Warszawa, Paryż, Wenecja, Kraków, Padwa, Berlin, Londyn). Absolwentka filozofii na Uniwersytecie Gdańskim; jakiś czas studiowała grafikę na tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych. Zilustrowana przez nią książka „Banzai. Japonia dla dociekliwych” była nominowana do tytułu Najpiękniejszej Książki Roku 2015 Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek. Za ilustracje do broszury Conrad Festival oraz ilustracje i identyfikację Małego Miasta Poezji otrzymała nominacje w konkursie KTR 2014. Jej zainteresowania i działania oscylują głównie na pograniczu literatury i sztuk wizualnych. Wychowana w Sopocie, aktualnie mieszka i pracuje w Warszawie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.