Za pokój na świecie

Rozmowa z Anią Alboth

Za pokój na świecie

Człowiek, który obserwuje wnikliwie, bez cienia lęku reaguje, angażuje się na 100% i szuka najlepszych rozwiązań. Mama 9-letniej Hani i 7-letniej Mili, dziennikarka, nomadka i obrończyni praw człowieka, Ania Alboth.

To ona wpadła rok temu na pomysł marszu z Berlina do Aleppo i szła wraz z córkami i prawie czterema tysiącami innych osób w stronę miasta płonącego wojną. Po drodze nauczyła się wiele o sobie, o tym jak mądrze pomagać i jak funkcjonować w tak wielkiej i zróżnicowanej grupie ludzi. To wszystko słychać w jej wypowiedziach. Nigdy nie mówi niczego na wyrost, nie wymądrza się, chociaż ze swoją wiedzą, doświadczeniem i nominacją do Pokojowej Nagrody Nobla – mogłaby. Zamiast zadzierać nos i upajać się sukcesami, mówi rzeczy ważne i niewygodne, takie, które trafnie diagnozują największy problem dzisiejszego społeczeństwa: Dlaczego ma mnie obchodzić bardziej los dziecka mojej znajomej niż los dziecka w Syrii? Dlaczego ci „moi” mają być ważniejsi? Daje schronienie uchodźcom, sprzeciwia się manipulacji mediów, otwarcie rozmawia z dziećmi o wojnie i rozśmiesza kontrolerów w budapesztańskim mieście. Musicie się poznać.

*

Od jak dawna mieszkacie na Węgrzech? 

Przenieśliśmy się do Budapesztu pół roku temu. Zmiana z naszego ukochanego Berlina to nie była prosta decyzja, ale postanowiliśmy, że właśnie na to jest teraz czas. W Europie Środkowej bardzo źle się dzieje w temacie mediów i migracji, a niezwykła organizacja Minority Rights Group zaproponowała mi pracę, która łączy wszystko, co robiłam w ostatnich dziesięciu latach wieczorami w zasadzie bez wynagrodzenia: dziennikarstwo, organizowanie grup i właśnie podkreślanie tematów mniejszościowych i migracyjnych. Robię więc to, co uważam w tej chwili za bardzo ważne, korzystam z mojego doświadczenia i kontaktów, a przy okazji mamy nową rodzinną przygodę: nowy kraj, nowy język i nową szkołę.

Jacy są Węgrzy? Moja znajoma realizowała tam ostatnio pewien projekt artystyczny i bardzo ją zdziwiło to, że nikt nie patrzył jej w oczy. Jakie są twoje wrażenia?

Jest ciężko. Węgrzy, w moim odczuciu, są bardzo pasywni, mało zaangażowani. I właśnie też dlatego, skoro dzieje się tu tyle trudnego, a ludziom się mało chce i wielu wyjeżdża, niektórzy muszą przyjechać z nową energią. Węgrzy są pomocni i przyjacielscy, ale nie wychodzą z inicjatywą. Od pół roku prowadzę w drodze do pracy mój mały codzienny projekt.

Opowiedz.

Próbuję rozśmieszyć kontrolerów w metrze. Sprawić, żeby się uśmiechnęli.

Udaje się?

Tak, jest to możliwe, ale wymaga energii. I tak jest ze wszystkim: z projektami o Romach, z mówieniem o uchodźcach. Sytuacja polityczna tutaj bardzo pięknie przejęły media: poza Budapesztem ludzie nie mają dostępu do mediów niereżimowych. Tam naprawdę wszyscy się boją inności.

Jak długo zostaniecie?

Nie wiem. Teoretycznie już moja praca podpada pod paragrafy, więc zobaczymy, ile uda się podziałać.

Czemu ostatnio poświęcasz najwięcej czasu? W jakie projekty jesteś zaangażowana?

Robię to, co robiłam wcześniej, czyli popularyzuję wiedzę i sytuację ludzi dyskryminowanych – tyle, że na inną skalę. Kiedyś jechałam i robiłam dziennikarski materiał o Bahrajnie czy Syryjczykach w Berlinie. Teraz, korzystając z sieci i doświadczenia mojej organizacji, która ma prawie 50 lat i działa na całym świecie, jestem codziennie w kontakcie ze społecznościami mniejszości etnicznych i językowych. I kiedy tylko coś się u nich dzieje – zbieram materiały, od prawników, policji, no i przede wszystkim od nich samych, piszę notkę prasową i próbuję zainteresować tematem jak największą liczbę dziennikarzy na całym świecie. Świetne to, bo zajmuję się tylko tematami, które są dla mnie ważne i bardzo wierzę, że potrzebują nagłośnienia.

Na przykład jakie?

Zupełnie niedawno poleciałam z dziennikarzami do Kenii do społeczności Sengwerów, Ogieków i Nubijczyków. A już wkrótce zabieram dziennikarzy z Polski, Węgier, Słowacji i Bułgarii (czyli z krajów, gdzie tematy migracyjne często bywają manipulowane w mediach) na Lesbos. Byłam tam parę razy i przygotowałam grunt dla dziennikarzy. Ale jestem też w stałym kontakcie z Romami na Ukrainie, czy z Jezydami z Iraku. Jednak od lat najbliżej mojego serca jest Syria i sprawy Syryjczyków tam na miejscu, ale też w Libanie, Turcji, na greckich wyspach czy choćby w Budapeszcie. Robię kilkanaście projektów naraz, ale przede wszystkim łączę ludzi, staram się informować: siebie i innych.

Powiedz zatem, jak pomagać żeby nie szkodzić? Próbowałam i wiem, że nie wystarczy sama chęć, bo trzeba to robić umiejętnie. Skąd czerpać wiedzę o wiarygodnych fundacjach, aktywistach itp.? Jak ty to robisz?

Sama się tego wciąż uczę. Ja wierzę, że najlepiej jest pytać samych zainteresowanych. Chcesz zrobić zbiórkę dla Syryjczyków – zapytaj ich, czego naprawdę i w danym momencie potrzebują. Chcesz pomóc uchodźcom w Polsce – przejdź się do ośrodka i pogadaj z Czeczenami, co mógłbyś zrobić. Myślę też, że warto robić nawet małe rzeczy, być może mało widoczne: zabrać swoje własne dzieciaki do innego kościoła czy na otwarte spotkanie z bezdomnymi. Żeby samemu wpakować się w być może trudniejszą czy choćby trochę nową sytuację. Bo im więcej doświadczamy, tym więcej się uczymy. Ale też to normalne, że pomagający popełniają błędy. Trzeba umieć przeprosić i się do tego przyznać. Wiele miałam takich sytuacji!

Mów. 

Na przykład podczas zbiórek śpiworów dla uchodźców w Berlinie. Najpierw jak idiotka chciałam rozdawać je sama, a potem zrozumiałam, że warto połączyć siły z tymi, którzy mają więcej doświadczenia. Pomaganie to trudny temat i też ogromny biznes na świecie. Warto znać i dobre i trudne tego strony.

Bardzo mi imponuje twoja odwaga w walce o prawa uchodźców, ale lubię cię przede wszystkim za to, że traktujesz to jak najzwyklejszą rzecz na świecie. Pomagasz, bo chcesz i kropka. To ci przychodzi naturalnie czy musiałaś to w sobie wypracować?

Wiesz, mnie uwiera, kiedy ktoś inny ma gorzej. Strasznie mnie taka niesprawiedliwość wkurza: że urodziłam się w takim miejscu i czasie na świecie, że mi dobrze i wygodnie. A ktoś inny ma zupełnie odwrotnie. Spadają na niego bomby, a jego dzieci umierają z głodu, choć staje na głowie, żeby im było lepiej. Ani to moja zasługa, że mam tak dobrze, ani jego wina, że on ma tak źle. Dlaczego ma mnie obchodzić bardziej los dziecka mojej znajomej niż los dziecka w Syrii? Dlaczego ci ,,moi” mają być ważniejsi? Dlaczego moja wygoda czy życie, są ważniejsze niż kogoś innego? Nie bardzo mnie interesują religijne dogmaty, ale jakieś takie podstawowe człowieczeństwo. Czy, jak Jezus mówił: nakarmić głodnych, to miał na myśli tylko tych, z paszportem takim jak mój? Albo kochać sąsiadów – to mieli być oni zawsze tacy mili i bezpieczni? Łatwe jest to nasze życie w Europie, łatwe i naprawdę możemy się nim dzielić.

Czy kiedykolwiek poczułaś lęk lub wątpliwości czy dobrze robisz, angażując się w sytuacje niebezpieczne i trudne? Jak sobie radzisz ze strachem?

Były momenty, kiedy nie wiedziałam, czy angażuję się w najlepszy możliwy sposób. Pamiętam, że kiedy uchodźcy docierali do Berlina i jeździłam pod biura, gdzie się rejestrowali, żeby spędzać z nimi czas, albo jak organizowałam pikniki dla kobiet i dzieciaków – myślałam sobie, że co to za pomoc? Że nie pomagam im w znalezieniu pracy, w niemieckim czy zdobyciu paszportu. Poleciałam wtedy do Teheranu spotkać się z 86-letnią Polką, która w 1942 roku była małą uchodźczynią, która na łodzi przybyła do kraju o innej religii i kulturze. Ponad 116 000 Polaków przybyło wtedy do Iranu, a teraz w Teheranie żyją jeszcze dwie Polki, które pamiętają tamte dni. Chciałam od niej usłyszeć, co pamięta i co było ważne. Kiedy opowiadała mi o młodych Irankach, które na plaży rozdawały daktyle i owoce i o tym, że patrząc w ich oczy odzyskała wiarę w człowieczeństwo – wiedziałam już, że dopóki robię tyle, ile tylko mogę, robię dobrze. No i co to jest sytuacja niebezpieczna? Czy Afgańczyk ze świerzbem, którego zaprosiliśmy pod swój dach do domu, w którym mieszkają nasze dzieci, to już niebezpieczne? Czy wstawianie się za kimś atakowanym przez narodowca to niebezpieczne? I dlaczego ja zawsze mam mieć dobrze i bezpiecznie? Czy jeżeli ktoś pluje na bezdomnego, i kiedy się wtrącę, napluje na mnie – to jest to nie ok? Rezygnowałam w życiu z sytuacji, które były niebezpieczne dla moich dzieci, to jedyne ograniczenie. I tu myślę sobie, że aktywiści bez dzieci mają łatwiej (śmiech). A już na pewno faceci.

Dlaczego tak mówisz?

Podczas ponad 8-miesięcznego marszu do granicy syryjskiej, spośród osób, które szły dłużej, byłam jedyną osobą z rodziną. Prawie wszyscy dziennikarze pytali mnie, jak mój mąż ,,radzi sobie” z dziećmi w domu. Wyobrażasz sobie, żeby męskiego inicjatora czegokolwiek media pytały o to, jak żona radzi sobie w domu, podczas jego nieobecności?

Mam poczucie, że powoli, bardzo powoli, ale jednak ku temu zmierzamy. Powiedz jak rozmawiasz z córkami o wojnie? Czy goszcząc uchodźców poruszaliście te tematy z Hanią i Milą? Jak sobie oswajacie ten temat?

Ja to myślę, że rozmowy oczywiście są ważne, ale dzieci bardziej patrzą niż słuchają. Widzą, co robię ja i mój mąż, i z tego czerpią. Mieszkały z parą gejów w mieszkaniu i nigdy przenigdy nie przeszło im przez myśl, że dwóch chłopaków trzymających się za ręce to coś dziwnego. Dziewczynki poznały setki uchodźców, z kilkoma mieszkały. Wiedzą dlaczego są w Europie. Cieszyły się, że ich rodzice nie pozostają obojętni i próbują coś zrobić.

A co mówiły o marszu?

Były dumne. Oczywiście nie pokazuję im brutalnych filmów, nie opowiadam najokropniejszych szczegółów, ale nie wierzę w ,,chronienie” dzieci przed światem. Podczas naszych wieloletnich podróży, były na cmentarzu w Srebrenicy, w najbiedniejszych zakątkach Madagaskaru czy wysp Pacyfiku. Nie ma co omijać trudnych tematów – to jest przecież nasz świat. A wojen na świecie jest coraz więcej. Myślę, że warto o tym rozmawiać i uczyć dzieci tego, że jak inne dziecko w szkole mówi o kimś ,,czarnuch”, ,,terrorysta” czy w jakikolwiek inny sposób traktuje z góry – to przecież jest to początek wojny i my wszyscy możemy coś z tym robić. Ostatnio moja 7-letnia Mila wzruszyła mnie w miejskim autobusie. Na siedzeniu spał bardzo nieświeży pan, wszyscy się od niego odsuwali i patrzyli ze złością. Ona usiadła obok i zwróciła się do mnie: ,,Mummy, a co jeśli ten pan śpioszek prześpi swój przystanek? Może powinnyśmy go obudzić?”. W ogóle nie liczyło się dla niej, jak wyglądał, w co był ubrany, czy jaki miał kolor skóry.

Zrobiłam się miękka po tej historii i trochę zapomniałam języka. Poczekaj, wiem. Co można robić z dziećmi na co dzień, żeby takie kochane myślenie budzić i kształtować?

Można czytać. Wtedy fajnie jest spokojniej o czymś porozmawiać. Ostatnio bardzo polecam np. ,,Drzewo Życzeń”, ale też dużo fajnych pozycji o inności – wrzucam je zawsze na naszego rodzinnego bloga.

Jak spędzisz tegoroczne Święta?

W tym roku cała polska rodzina zjeżdża się do naszego budapeszteńskiego mieszkania. Cieszę się, bo czuję się tutaj już jak w domu. Absolutnie szalone Święta mieliśmy przed samym marszem dla Aleppo (wyruszaliśmy 26 grudnia) – tłumy ludzi w domu, kamery CNN i inne atrakcje. Pamiętam, że ubieranie choinki trzymało mnie przy normalności. A chyba najpiękniejsze Święta dla mnie to te parę lat temu, w Berlinie, z moją najbliższą rodziną, ale też kilkorgiem uchodźców, a do tego trójką przyjaciół. Wspólne gotowanie pierogów z hummusem. Wujek z Radomia z Syryjczykiem i przyjaciółką reżyserką, palący na balkonie, gry planszowe tłumaczone na migi. Dużo ciepła i miłości.

Najpiękniej. Dzięki stokrotne i wszystkiego najlepszego.

*

Anna Alboth – dziennikarka, podróżniczka, obrończyni praw człowieka. Mama Hani i Mili, żona niemieckiego fotografa Thomasa Albotha, z którym od kilku lat prowadzi bloga Family Without Borders – Rodzina Bez Granic. Obecnie mieszka w Budapeszcie i pracuje w organizacji Minority Rights Group. W tym roku nominowana była do Pokojowej Nagrody Nobla.

Instagram/Strona internetowa