z wizytą u

Z wizytą u A BABY BRAND

Minimalizm dla najmłodszych

Z wizytą u A BABY BRAND
Monika Lenarczyk

Bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie. Gdy tę maksymę do serca weźmie sobie rozkochana w macierzyństwie i doświadczona w branży modowej wyznawczyni minimalizmu, powstaje genialna w swojej prostocie marka z ubrankami dla dzieci.

W rzeczywistości nadmiaru przekładanie jakości nad ilość daje ukojenie i spokój. Ania Terej w odpowiedzi na potrzeby swoje i swoich dzieci zdecydowała się nie iść na estetyczne i programowe kompromisy. Wraz z marką A BABY BRAND wydeptuje własną ścieżkę w duchu minimalizmu. Na spotkanie zaprosiła nas do domu, który pod koniec lat 90. zbudowali jej rodzice i który od lat jest jej inspiracją i tłem kreatywnych projektów. Własna marka to jej czwarte dziecko, które podczas sesji towarzyszyło Ani i jej ekipie – Marysi, Jurkowi i Basi.

Na początek opowiedz o sobie – kto odpowiada za stworzenie A BABY BRAND?

A BABY BRAND to mój pierwszy projekt autorski. Koncepcja powstawała w mojej głowie przez wiele lat. Po urodzeniu pierwszego dziecka na własnej skórze odczułam, jak ciężko jest znaleźć minimalistyczną wyprawkę. Rzeczy bez wzorów, bez logo, bez ozdobnych wykończeń i najchętniej w neutralnych kolorach. Lubię prostotę i minimalizm, jestem pod tym względem bezkompromisowa, więc potwornie ciężko było mi się odnaleźć w tej nowej rzeczywistości kolorów i wzorów uważanych za dziecięce. W końcu zdecydowałam, że sama założę markę z takimi właśnie najprostszymi produktami. Markę, która stawia na jakość, prostotę, funkcjonalność, unisex, promuje ideę minimalizmu i namawia do ograniczania konsumpcjonizmu. Tak niewiele nam potrzeba, a szczególnie przy pierwszym dziecku wpadamy w zakupowy popłoch. Dopiero po jakimś czasie i przy kolejnych dzieciach zaczynamy zdawać sobie z tego sprawę.

Czym zajmowałaś się wcześniej?

W wielkim skrócie – modą. Ukończyłam studia w ESMOD i Istituto Marangoni – Fashion Business i Brand Management. Teraz wydaje się, jakby było to w prehistorii, ale zaczynałam w sprzedaży Comme des Garçons, w PR Maison Martin Margiela i przy produkcji sesji do L’Uomo Vogue. Po powrocie do Polski produkowałam pokazy mody dla wielu marek, m.in. Hugo Boss i Levi’s, byłam brand managerem u Ani Kuczyńskiej i w UEG. Mogłoby się wydawać, że to dobre przygotowanie do tego, czym zajmuję się teraz, ale nie mogę powiedzieć, że byłam na to wszystko rzeczywiście przygotowana. Nigdy wcześniej nie tworzyłam własnej marki, długo to we mnie dojrzewało i długo zbierałam się na odwagę. Sam proces tworzenia i rozwijania koncepcji był i dalej jest tym, co kocham najbardziej. Największa trudność to oczywiście proces produkcji. Jestem perfekcjonistką, ciężko mi zaakceptować ustępstwa w jakości, dlatego bardzo długo pracowałam nad każdym detalem, aż nie osiągnęłam produktu, który byłby dokładnie taki, jak chciałam. Mimo że tyle lat pracowałam w modzie, dopiero teraz doceniłam ten złożony proces.

Jak wpadłaś na pomysł marki odzieżowej dla dzieci?

Moje życie zmieniło się, gdy zostałam mamą, nie widziałam szans na pracę w wymiarze, w którym pracowałam wcześniej, w nieregulowanych godzinach, mocno wahającej się intensywności. Przy pokazach mody na dwa tygodnie przed eventem pracowałam praktycznie non stop – 24 godziny na dobę. W takim modelu macierzyństwa, jaki jest dla mnie ważny, nie dało się tego połączyć. Musiałam więc znaleźć nowy model pracy i pomysł na siebie – tak zrodził się pomysł na A BABY BRAND. Poczułam, że znalazłam niszę – na rynku nie ma rzeczy, których potrzebuję i które ja chciałabym robić – nawet zagranicą – więc wcielenie mojej wizji w życie i ułatwienie życia innym minimalistkom stało się moją misją.

W kolekcjach stawiasz na prostotę i minimalizm – taka też jest nazwa marki. Skąd ten pomysł?

Kolekcja jest stała, nie podlega sezonom. Dodaję jedynie kolejne produkty, jeden z danej kategorii, jako dopełnienie mojej koncepcji. Taki mam plan na rozwijanie A BABY BRAND. Chciałam, by nazwa, zgodnie z filozofią marki, była możliwie jak najprostsza. Poszłam tropem opisu, czym i o czym jest ta marka, a jest po prostu marką dla dzieci. Postanowiłam podkreślić pierwszą literę, by wizualnie logo było ciekawsze, by w ramach logo mieć również znak – literę A. Nazwa ma dzięki temu dwojaki sens – nie jest to tylko „a brand”, czyli „jakaś, pewna marka”, ale również A jak Ania, pierwsza litera mojego imienia.

Czy minimalizm to też twój prywatny sposób na życie, podejście do świata?

Absolutnie tak i to się niestety nasila z wiekiem. Im większy chaos wokół mnie, z tym większym uporem dążę do minimalizmu. Umówmy się – dzieci to chaos, dużo dzieci to prawdziwe tornado. W zachowaniu równowagi i spokoju pomaga mi właśnie ograniczanie dodatkowych bodźców, a tym właśnie są dla mnie wizualne ozdobniki, kolory, napisy. Tym samym są „rzeczy”, te ciężarówki przedmiotów, często zupełnie zbędnych, którymi się z czasem otaczamy. Przy dzieciach te ciągłe przetasowania ubrań w kolejnych rozmiarach, buty, akcesoria… Osiągnęłam stan, w którym ograniczenie zakupów jest łatwe i zupełnie szczerze – większą radość sprawia mi ograniczanie niż kupowanie.

Jak odnajdujesz się z tym podejściem w świecie mody, z założenia hołdującym innym wartościom?

Miałam duży moralny problem z odpalaniem kolejnego brandu produkującego kolejne ciuchy. Nadal patrząc na wyprodukowane ilości, mam wyrzuty sumienia, że dorzucam planecie kolejny towar. Jednak bardzo liczę na to, że zarażę swoim podejściem więcej ludzi i przełoży się to na bardziej świadome i mądre używanie tego, co nas otacza. Nasze ubranka nie są sezonowe, nie wyjdą z mody, są unisex – mogą je nosić zarówno chłopcy, jak i dziewczynki, nie ma więc problemu z dziedziczeniem ubranek przy kolejnym dziecku. Ogromnie ważna jest dla mnie również funkcjonalność. W ubrankach zastosowałam rozwiązania, które ułatwiają życie – np. malutkie metki bawełniane (żeby nie musieć obcinać tych uwierających) z rozmiarem na wierzchu – tak, by nie musieć szukać w środku wszytego rozmiaru. Hasła, których używam w mojej marce, są mi naprawdę bliskie: Less is more. Free your mind – go basic. Be practical – choose wisely. Nie robimy przecen i mimo że miałabym pewnie mnóstwo zamówień z okazji black friday, to ideologicznie bardzo się z nim nie zgadzam. Kupujmy tylko to, co naprawdę jest nam potrzebne, i wtedy, kiedy jest nam potrzebne. Używajmy tych rzeczy „do końca”. Wszystkim zainteresowanym tym tematem bardzo polecam dokument „MINIMALISM” na Netflixie.

Czy aktualnie łączysz tworzenie własnej marki z innymi zajęciami zawodowymi?

Aktualnie łączę prowadzenie marki z prowadzeniem domu i wychowaniem trójki dzieci – ekwiwalent paru etatów (śmiech). Czasem angażuję się w dodatkowe projekty, ale zupełnie szczerze – zdarza mi się zapomnieć, jak się nazywam, więc staram się to ograniczać do minimum. Chcę być mamą obecną i skoncentrowaną na dzieciach i ich rozwoju. A zachowanie równowagi między pracą a domem, priorytety i pilnowanie, by wyjść z pracy – fizycznie i mentalnie jest niezwykle trudne. Muszę świadomie odkładać pewne rzeczy na później, liczyć się z tego konsekwencjami i to akceptować. To duże wyzwanie. Mam wrażenie, że ciągle za mało mówi się o tym, jak trudno połączyć macierzyństwo z pracą zawodową.

Opowiedz o typowym dniu Ani-mamy i Ani-właścicielki marki. Jak wygląda takie łączenie macierzyństwa z prowadzeniem firmy?

To trochę walka o przetrwanie (śmiech). Pierwszym zadaniem każdego dnia jest poradzenie sobie ze świadomością braku czasu i konieczności wyboru, potem można zacząć maraton lub, co może być bliższe prawdzie, zwłaszcza w warstwie wizualnej – akrobacje cyrkowe. Rano szykuję dzieci i na rowerze jedziemy do szkoły i przedszkola. Na szczęście cała trójka chodzi już do placówek, więc po odstawieniu dzieci mam pół dnia na odgruzowanie domu i pracy. Koordynuję produkcję, zamawiam materiały i dodatki, odpisuję i wysyłam maile, szykuję zamówienia z moim zespołem do przyjazdu kuriera. O 15-16 zamykam tematy zawodowe i przechodzę w tryb mama i żona. Odbieram dzieci i spędzam z nimi czas, aż do położenia ich spać. W międzyczasie próbuję chociaż trochę ogarnąć social media, ale staram się to ograniczać do minimum, by dzieci nie widziały mnie zawsze wpatrzonej w telefon. Nadrabiam jak zasną, chociaż wtedy o uwagę walczy mój mąż (śmiech). Jest bardzo wyrozumiały, sam bardzo dużo pracuje, więc rozumie moje realia, ale po tylu latach razem wiemy, że znalezienie czasu dla nas dwojga jest niesamowicie ważne. Trójkąt z pracą nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem. Uczę się odpuszczać, wiem, że albo mogę prowadzić markę tak jak teraz, albo w ogóle. Ten biznes jest już jak moje czwarte dziecko i nie wyobrażam sobie życia bez niego, ale podobnie jak z dziećmi – jesteśmy na etapie raczkowania, na bieganie przyjdzie czas.

Jak to jest prowadzić taki biznes w pojedynkę? Czy widzisz więcej plusów czy minusów tej sytuacji?

Na tym akurat bardzo mi zależało – przez lata pracowałam dla innych i z innymi. Chciałam po raz pierwszy mieć pełną kontrolę nad procesem, nie musieć iść na kompromisy, konsultować poszczególnych kroków. Lubię fakt, że ten projekt jest w pełni mój. Oczywiście teraz już mam kilka osób do pomocy, nie dałabym rady zupełnie sama zrealizować wszystkich zamówień, dla klientów indywidualnych i przede wszystkich do wielu już sklepów za granicą i w Polsce. Mam wielkie szczęście, że udało mi się znaleźć superdziewczyny do zespołu, są dla mnie w tym całym procesie ogromnym wsparciem.

Udało ci się osiągnąć cele na ten rok czy pandemia pokrzyżowała jakieś plany zawodowe?

Pandemia bardzo zmieniła wszystko wokół nas, więc oczywiście również wpłynęła na moje życie i biznes. W pierwszych miesiącach po premierze marki parę zamówień, które udało mi się pozyskać na targach w Paryżu, przepadło, bo sklepy zamknięto lub bały się ryzykować z współpracą z nową marką. Rzeczy tak prostych jak nasze nie da się „oddać” na zwykłym packshocie, co utrudnia sprzedaż online. Liczy się jakość i materiał, trzeba tego dotknąć i zobaczyć na żywo. Miałam więc moment zwątpienia. Dużo ludzi przekonało się jednak w czasie pandemii do zakupów online, więc mimo startu w tak specyficznym momencie, udało mi się rozkręcić biznes. Bardzo cieszą zamówienia z kolejnych krajów. Wiem, że taki minimalizm nie wszystkim się podoba, rozwój na dodatkowych rynkach jest więc ważny, cieszę się, że w dobie Instagrama tak łatwo na nie dotrzeć.

Czy obecna sytuacja wprowadziła według ciebie jakieś zmiany w zrachowaniach konsumenckich, czy masz jakieś obserwacje i wnioski na ten temat?

Mam nadzieję, że siedząc w domach, poczujemy ciężar zbędnych rzeczy, a za to docenimy wygodę i np. funkcjonalne dresy. To zresztą już się dzieje, mam nadzieję, że zostanie to z nami na dłużej.

Czego ci życzyć na ten sezon?

Niezmiennie – CZASU.

Tego życzymy! Dziękuję za rozmowę.

*

Produkty A BABY BRAND znajdziecie na stronie marki oraz w KOKOSEK baby store.

Dodaj komentarz