moja wyprawka

Wyprawka Rysia

I dawka berlińskiego luzu od jego rodziców - Justyny i Wojtka

Wyprawka Rysia
Zuzanna Specjal

Swoboda, naturalność i luz. Świadome rodzicielstwo, jasno określone potrzeby i zdefiniowane priorytety. Taka jest ta wyprawka. Najważniejszy jest on – mały Rysio, który skradł serca swoich rodziców i starszego brata. 

Justyna i Wojtek od 6 lat mieszkają w berlińskiej dzielnicy Friedrichshain, którą przewodniki opisują jaką alternatywną, o punkowym klimacie. Ona jest modelką, on – roesterem i managerem kawiarni. Berlin odwiedzamy, aby porozmawiać o wyprawce Rysia, który przyszedł na świat pod koniec marca. Będzie to opowieść pełna smaku, wyjątkowych skarbów od dziadków i pachnąca kawą! A kawa jest najlepsza, bo serwuje nam ją mistrz niemieckich baristów, którym jest Wojtek! Zapraszamy was do pięknej krainy małego chłopca, nad którym czuwa starszy brat Staś i jego ninja. Oto wyprawka Rysia.  

W SPADKU PO BRACIE

Rysio był bardzo punktualny. Urodził się dokładnie w dniu terminu. W siódmym miesiącu ciąży wystraszył nas, sygnalizując, że chce już wyjść na świat, i musieliśmy go trochę przystopować (śmiech). Na szczęście wytrwał do wyznaczonego dnia. Jest bardzo spokojnym dzieckiem, choć kiedy przychodzi pora karmienia, staje się niecierpliwy i domaga się jedzenia natychmiast. Mamy szczęście, bo zarówno starszy syn – Staś, jak i Rysio, śpią dobrze i ominęły ich typowo niemowlęce problemy, jak kolki.  

Mam wrażenie, że tym razem wcale nie kompletowałam wyprawki! (śmiech). Wszystkie rzeczy po Stasiu zatrzymałam i przechowywałam. Łóżeczko, śpioszki, buciki, pieluchy – to wszystko Rysio dostał w spadku po starszym bracie. Staram się ograniczać kupowanie nowych rzeczy. Takie rozwiązanie jest bardziej przyjazne dla świata, dla środowiska, dla nas. Mamy sporo przedmiotów z drugiej ręki. Oczywiście są takie rzeczy, które dziecko musi mieć własne, jak butelki czy smoczki. Pozostałe mogą być używane. W przeciwieństwie do maleńkiego Stasia, Rysio lubi być otulony, dlatego świetnie sprawdza się nam śpiworek z bawełny organicznej, która jest bardzo przyjemna w dotyku. 

RODZICIELSKIE ZGADYWANKI

Pamiętam, jak wyjęliśmy pudełka z rzeczami Stasia. Ich otwieranie było niezwykłą przygodą, czułam się, jakbyśmy na chwilę cofnęli się w czasie i otworzyli drzwi do wspomnień. Co chwila któreś z nas pytało: „a pamiętasz, kiedy Staś miał to na sobie?”. Teraz przy każdej niemal rzeczy zakładanej Rysiowi, zastanawiamy się, w jakim mniej więcej okresie życia nosił ją Staś. Oglądamy zdjęcia i filmy z tego czasu i porównujemy, to taka nasza rodzinna zabawa. Szybko okazało się, że nasz drugi syn jest większy, bo wcześniej nosi ubranka po starszym bracie. Cieszy mnie, że znów możemy wrócić do ulubionych rzeczy – kocyków, przytulanek. Dzięki nim wspomnienia wracają do nas cały czas. 

Jedną z niewielu nowych rzeczy, które kupiliśmy dla Rysia, jest dostawka. Nasz młodszy chłopiec uwielbia spanie na brzuszku i najczęściej śpi właśnie w niej. Przed jego narodzinami zrobiliśmy remont. W domu pojawiła się pojemna szafa, a w salonie wygospodarowaliśmy przestrzeń sypialnianą. Wyprowadziliśmy się z Wojtkiem z pokoju Stasia do salonu (śmiech). Okazało się, że brakuje nam przestrzeni na stare łóżeczko i dlatego pojawiła się dostawka. To był strzał w dziesiątkę. Dostawka jest mobilna, ma kółka, które pozwalają transportować ją pomiędzy pomieszczeniami, dzięki temu Rysio zawsze jest obok.  

NOWA RELACJA – BRATERSTWO

Staś od początku był bardzo entuzjastycznie nastawiony do tego, że będzie miał brata. Myślę, że jego oczekiwania były nawet zbyt wygórowane. Myślał, że jak już Rysio się urodzi, od razu będzie się z nim bawił Lego i samochodami. Kiedy brat pojawił się w domu, Staś nie był nim szczególnie zainteresowany. Teraz się to zmienia. Coraz częściej podchodzi do Rysia i go całuje, poświęca mu uwagę, mówi do niego. Uczy się tej nowej relacji. Od początku nie ma żadnej zazdrości. Być może ona się jeszcze pojawi, ale cieszy mnie to, że nie doświadczyliśmy jej w tych pierwszych chwilach. Stasio pokazuje, że potrzebuje teraz więcej naszego zainteresowania, i staramy się mu je okazywać. Jest bardzo wyrozumiałym czterolatkiem, ale mamy świadomość, że dotychczas, w zasadzie przez całe jego życie, byliśmy dla niego w stu procentach. To się zmieniło. Uczymy się życia w nowej sytuacji.  

MAMA PO RAZ DRUGI

Odkąd pamiętam, miałam w głowie plan i konkretny model mojej rodziny. Zawsze chciałam mieć dwójkę dzieci, uważając, że to będzie moje spełnienie. Myślę, że nie potrafiłabym się już bardziej poświęcić i się „roztroić”, aby mieć jeszcze jedno dziecko, choć takie myśli czasami mnie nachodzą. Zastanawiam się, jakby to wyglądało. Jednak, na razie, to tylko sfera marzeń. Zauważyłam ostatnio, że często porównuję i moje ciąże, i początki macierzyństwa z chłopcami. To, co mam teraz, a to, czego doświadczałam przy Stasiu, to jakby dwie inne rzeczywistości. Teraz jestem bardziej spokojna i wyluzowana. Nabrałam więcej doświadczenia, nie boję się wyzwań związanych z opieką i pielęgnacją niemowlaka.

Lubię chodzić po domu, ostatnio otulona wzorzystym szlafrokiem Yellow Meadow, i przyglądać się moim chłopcom. Nauczyłam się podchodzić do wszystkiego z dystansem i nie wyolbrzymiać niektórych rzeczy. Za pierwszym razem, jak miał urodzić się Staś i tuż po jego narodzinach, byłam pełna obaw. Po porodzie cierpiałam na depresję, teraz doświadczam zupełnie innego wymiaru macierzyństwa. Pełnego błogości, spokoju i szczęścia. Od samego początku. Jestem pełna podziwu dla tego stanu. Czuję się dobrze i spokojnie w nowej roli podwójnej mamy, mimo że obowiązków jest więcej i muszę się podzielić na dwoje, a w zasadzie na troje, bo przecież jest jeszcze mój mąż (śmiech). Naprawdę czuję spełnienie. Jest fajnie, jest dobrze i nie chciałabym niczego zmieniać.

WYPRAWKA PO BERLIŃSKU  

Jednym z czynników, który daje mi więcej luzu, jest to, że nauczyłam się bycia tu, w Berlinie. Mamy tu swój świat i swoich znajomych. Tęsknię czasem za powrotem do Polski, za przyjaciółmi, rodziną. Super byłoby mieć tutaj babcię, bo jesteśmy zdani tylko na siebie. Gdy na świat przyszedł Stasio, czułam się w Berlinie bardzo samotna, miałam dwie koleżanki, z którymi non stop się spotykałam, bo nie miałam nikogo innego. Teraz jest już inaczej. Berlin to nasze miejsce. Nawiązaliśmy relacje, mamy wielu znajomych, z którymi dzielimy rodzicielskie doświadczenia. To wiele ułatwia. Staramy się spotykać regularnie, aby nasze dzieci miały ze sobą kontakt, choć nasi znajomi rozsiani są po całym Berlinie.

Adaptacja trwała bardzo długo, ale teraz czuję się tu jak w domu. Niestety, pandemia utrudnia nam relacje z rodzinami w Polsce. Przed nią jeździłam do Polski dwa razy w miesiącu, to nie był żaden problem. Teraz wszystkie regulacje i ograniczenia są bardzo problematyczne. Jesteśmy jednak w takim momencie, kiedy cenimy sobie bardzo nasz prywatny świat i nasze życie rodzinne. Dajemy sobie czas, jesteśmy w takiej bańce, która trwa od narodzin Rysia, od których przecież minęło tak niewiele. To zaledwie dwa miesiące! Ciągle poznajemy i oswajamy się z nową sytuacją. Musimy teraz wszystko przystosować do tego maleńkiego człowieka. Bardzo pomocny jest dla mnie przewijak, który ułatwia wszystkie zabiegi pielęgnacyjne. To ważne, aby przewijanie i przebieranie przebiegało sprawnie. Musimy poukładać całą naszą rzeczywistość na nowo.  

NIEMIECKA PRAKTYCZNOŚĆ

Tu, w Berlinie, przynajmniej w tej części, w której mieszkamy, rodzice zupełnie nie zwracają uwagi na to, jak wyglądają ich dzieci. Mam wrażenie, że w Polsce jest inaczej. Ilekroć odwiedzamy rodziców czy teściów, widzę mamy, które dbają o to, aby koszulka pasowała do butów albo aby kropki nie były zestawiane z paskami (śmiech). Tutaj wygląd schodzi na dalszy plan. Ponieważ i Staś i Rysio urodzili się w Berlinie, żyjemy według tych lokalnych zasad. Zupełnie nie zwracamy uwagi na to, co chłopcy noszą, to jest całkiem nieważne. Najważniejsze jest to, aby czuli się komfortowo sami ze sobą i wśród innych dzieci. Takie podejście sprawia, że unikamy wytykania palcami innych dzieci, tworzenia podziałów na lepszych i gorszych. Ta atmosfera jest bardzo wyczuwalna, fajne jest to, że dzieci zupełnie nie odczuwają, że ktoś wygląda lepiej czy gorzej od nich. Różnice polegają na tym, że ktoś ma koszulkę z ninją, a ktoś inny ze Spidermanem.  

Zauważyłam, że dużą wagę przykłada się tu do jakości. Ja też cenię sobie produkty, które są dobrze wykonane. Do takich z całą pewnością należy przewijak moKee ze zdejmowanym pokrowcem. Korzystamy z niego w pokoju i łazience. Drugim charakterystycznym aspektem wyprawkowych wyborów w Berlinie jest niemieckość. Wsparcie rodzimych marek jest na porządku dziennym. Niemcy lubią swoje rzeczy, kompletując wyprawkę, stawiają na niemieckie produkty. Z drugiej strony, i jest to bardzo zabawne, wszyscy mają tu to samo. Jest często taki boom na konkretny produkt czy markę. Tak jest z wózkami Bugaboo. A od niedawna nastąpił wysyp przyczepek rowerowych Thule. To naprawdę superopcja, my też się skusiliśmy i korzystamy z niej namiętnie (śmiech). Jest jeszcze jedna marka, którą można zauważyć na berlińskich ulicach – nosidła Ergobaby. 

Dla mnie przejawem praktyczności są butelki, z których korzystamy, karmiąc Rysia moim mlekiem. Takie rozwiązanie pozwala mi myśleć o pracy i funkcjonować bardziej swobodnie. Rysio jest wybredny, ale w pełni zaakceptował antykolkowe butelki Comotomo. Wykonane są z silikonu, więc nie mam obaw, że się potłuką, nawet gdy trafiają w ręce naszego czterolatka.

UPODOBANIA RYSIA

Berlińscy rodzice są dużo bardziej zdystansowani niż ci w Polsce. Place zabaw są pełne o każdej porze roku. W miejscowości, z której pochodzę, niektóre są zamykane, gdy zaczyna się jesień. Tutaj natomiast całą zimę tętnią życiem. Na porządku dziennym jest aktywność fizyczna i zapewnianie dzieciom ruchu na świeżym powietrzu, niezależnie od pogody. Rower, spacer i plac zabaw grane są w każdej możliwej aurze. Wybierając się na plac zabaw, jesteśmy pewni, że spotkamy tam inne dzieci i to będzie fajnie spędzony czas. Wracając do dystansu, to normą są dzieci w krótkich spodenkach na rowerach, nawet gdy na zewnątrz jest kilka stopni. Niedawno w Polsce moja mama zwróciła mi uwagę, że nie założyłam Rysiowi czapeczki, kiedy było 18 stopni! To zupełnie inne podejście (śmiech). W Niemczech maluszków się nie przegrzewa, wręcz przeciwnie, hartowanie jest normą (ten zwyczaj jest charakterystyczny także dla Islandii, o czym przeczytacie tutaj). Pamiętam taką sytuację, kiedy odprowadzałam 2-letniego Stasia do przedszkola. Zaspaliśmy, poranek był pełen pośpiechu. Po drodze bardzo wiele osób się do nas uśmiechało, a wręcz śmiało się w głos. Okazało się, że Staś przyszedł do przedszkola bez butów! Niemiecki luz nie pozwolił im zwrócić mi uwagi, może nawet uznali, że choć to dziwne, jest całkiem normalne (śmiech).  

W Berlinie nie kąpie się dzieci po porodzie. Mówi się o zaletach mazi jako naturalnego balsamu dla skóry dziecka, który dodatkowo może chronić przed alergiami w przyszłości. Rysio miał skończone 3 tygodnie, kiedy pierwszy raz go wykąpaliśmy. Być może dlatego, że długo musiał na to czekać, kąpiel bardzo mu się podobała! To było bardzo emocjonujące przeżycie. Byłam bardzo ciekawa, jak zareaguje na wodę, na jej ciepło, na bycie nago przez dłuższy czas. Było po prostu wspaniale. Pierwsze kąpiele odbywały się w umywalce. Teraz mamy świetną składaną wanienkę Stokke, która ma wkładkę zapewniającą dziecku wygodną pozycję. Dzięki komfortowemu leżeniu, dużej dawce spokoju i zapewnieniu ciepła, kąpiele są wielką przyjemnością. Zawsze dbamy o jak najlepszą atmosferę, aby Rysio mógł ją odczuć i także pozytywnie się nastroić. Myjemy go delikatną bambusową myjką, co bardzo mu się podoba. Lubi też masaże dziąseł, do których świetnie się nadają szczoteczki na palec. Rysio uwielbia leżeć w wodzie. To taki jego czas relaksu.

SKARBY OD DZIADKÓW

W naszym domu jest trochę skarbów. Moi teściowie uwielbiają zachowywać sentymentalne przedmioty i przy różnych okazach dostajemy od nich pamiątki, na przykład malutkie buciki Wojtka lub jego zabawki z dzieciństwa. Otrzymaliśmy od nich serię książek o leśnym ludku z pięknymi ilustracjami. Stały się ulubionymi książkami Stasia. Zachwycają go historie o smokach, elfach i olbrzymach. Czytamy je tak często, że wiele znam już na pamięć.

Moi rodzice z kolei skutecznie bronią się przed gromadzeniem przedmiotów. Moja mama ma za to wielki talent do robótek ręcznych i naprawdę magiczne dłonie. Tworzy prawdziwe cuda. Jej dziełem jest kocyk z bąbelkami, który zrobiła specjalnie dla Rysia. Staś także ma swój kocyk zrobiony przez babcię. To staje się nasza rodzinna tradycja – mama robi wyjątkowe kocyki dla dzieci, które pojawiają się w naszej rodzinie. Niedawno powstał kolejny dla dziecka mojego brata. Jakiś czas temu mama zaczęła tworzyć też wyjątkowe lalki na szydełku. Są naprawdę niezwykłe i powstają tylko na specjalne zamówienie. Ninja stworzony przez nią to ulubiona zabawka Stasia. 

Staramy się z Wojtkiem być praktyczni i nie zasypywać się gadżetami. Z wielu nigdy się nie skorzysta i nie warto w nie inwestować. Bywa to trudne, bo od czasu mojej ciąży ze Stasiem powstało mnóstwo sklepów z pięknymi rzeczami dla dzieci. Łatwo się poddać zakupowemu szaleństwu. Mam jednak poczucie, że wiele przedmiotów ma się tylko po to, aby zrobić im ładne zdjęcia na Instagram, a wcale się z nich nie korzysta. Zwłaszcza w tych pierwszych miesiącach dziecko potrzebuje niemal wyłącznie bliskości i czasem smoczka, który pozwala się wyciszyć. Do tego suchej pieluszki, jedzenia i rodziców. Dlatego nad wyborami często zastanawiam się dwa razy. Limitów nie mam tylko dla tych rodzinnych pamiątek. 

BLISKOŚĆ PONAD WSZYSTKO

W rodzicielstwie, którego częścią jest też kompletowanie wyprawki dziecka, ważne jest, aby iść za głosem swojego serca. Ufać intuicji. Jeśli czujemy, że mamy chęć testować jakieś gadżety, nie brońmy się przed tym, bo próbowanie nowych rzeczy jest fajne. Grunt to nie zakopać się w tych wszystkich „niezbędnych” przedmiotach, które mogą nas przytłoczyć. Dziecko bardzo niewiele potrzebuje do tego, żeby być szczęśliwe. O bycie blisko łatwo zadbać, gdy maluch jest w chuście. Ta w piękny i delikatny wzór z króliczkami od Blumes jest naszą pierwszą. Uczymy się z niej korzystać. Mamy też nosidło, które świetnie sprawdzi się na krótkie wyjścia – do przedszkola po starszaka czy po zakupy. No i zawsze, gdy zajdzie potrzeba posiadania wolnych rąk.

Uważam, że nie warto jest wprowadzać do swojego życia niepotrzebnego chaosu. Samo pojawienie się noworodka w domu jest już bowiem chaosem (śmiech). Dlatego najważniejsze jest upraszczanie życia tam, gdzie tylko to możliwe. Poznawanie dziecka, uczenie się go bywa, zwłaszcza na początku, bardzo stresujące. Zwłaszcza, kiedy na świat przychodzi nasze pierwsze dziecko i często nie wiemy, co mamy zrobić. Dlatego warto sobie wszystko ułatwiać, a nie utrudniać gadżetami, które mogą wywołać presję. To trochę jak z dobrymi radami, których można usłyszeć zbyt wiele. Pod tym względem cieszę się, że – z uwagi na dystans – my byliśmy w stanie wszystkiego nauczyć się sami. Funkcjonujemy według własnego planu.    

*

Dziękujemy Justynie i Wojtkowi za spotkanie! 

Zajrzyjcie do pozostałych odsłon cyklu Moja wyprawka.

Artykuł powstał we współpracy z markami: Blumes, BBTB, moKee, Titi Koko, Yellow Meadow.

Dodaj komentarz