Wszystko, o czym marzyłam

O urokach i trudach macierzyństwa

Wszystko, o czym marzyłam
Ania Walterowicz

Z Antoniną Zych, autorką popularnego instagramowego konta „Owies i len”, rozmawiamy zdalnie. Wyszła właśnie z rodziną na spacer po Krakowie. Przysiadła na ławce przed Teatrem Starym. Półtoramiesięczna córka śpi w wózku, mąż w tle bawi się z synem, a Antonina cieszy się pierwszym tak ciepłym dniem w roku. 

Od niedawna masz drugie dziecko. Jaka jest różnica między byciem mamą jednego dziecka a byciem mamą dwojga?

Zastanawialiśmy się ostatnio z mężem, co było dla nas trudniejsze: przejście ze stanu bez dzieci do rodziców jednego dziecka czy przejście z jednego dziecka do dwojga. I uznaliśmy, że zdecydowanie to drugie. Może dlatego, że wcześniej nie zaczynałam z próżni. Jestem z zawodu nauczycielką przedszkolną, moja mama i babcia też są nauczycielkami, opiekowałam się wieloma dziećmi, od noworodków po starsze, dorabiałam także jako niania. Trochę o dzieciach wiedziałam.

Masz rodzeństwo?

Właśnie – mam młodszą o trzy lata siostrę i dziesięć lat młodszego brata, którymi sporo się zajmowałam, pomagając mamie. Mój brat był tzw. high needem, potrzebował szumu suszarki, tego ciepła, by się uspokoić. Raz uciekł przez płot z przedszkola. Mieliśmy z nim co robić!

Niesamowite, że o swoim bracie mówisz jak o synku.

Bo często się nim zajmowałam. Mój syn z kolei w ogóle nie jest wymagający, taki był od początku. Wszystko mu było jedno, czy był bujany na rękach, czy leżał na podłodze – spał w każdych warunkach. Jadł bezproblemowo. Nie mieliśmy na co narzekać. 

Zupełnie?

Jedyne, co mnie martwiło na wczesnym etapie z pierwszym dzieckiem, to karmienie piersią. Nie udało mi się to wtedy. Głównie dlatego, że nie trafiłam na kogoś, kto udzieliłby mi wsparcia, na osobę, która pomogłaby mi w czasie wczesnopołogowym. Był covid, w szpitalu nie było doradczyń laktacyjnych, położne, owszem, były bardzo miłe, ale nie pomagały w kwestii karmienia. A położna środowiskowa jeszcze mnie dobiła… Kiedy zapchał mi się kanalik w sutku, grzebała mi w nim igłą, co nie pomogło, a wręcz zaszkodziło. W rezultacie mleko samo mi zanikło. To była mocno nierówna walka – próbowałam wycisnąć z piersi każdą kroplę.

Teraz, przy córce, jest inaczej?

Tak, trafiłam na świetną doradczynię laktacyjną. Pomogła mi fizycznie, w zaleczeniu sutków przed nawałem, ale też zadbała o mnie psychicznie, dzięki czemu karmienie, mimo że najpierw bolało, było i jest przyjemne. Chyba tak mam, że najbardziej się boję, że ktoś będzie dla mnie niemiły, że będzie krzyczał, wtedy zamykam się w sobie i nie umiem zareagować. Milczę, a potem płaczę w poduszkę. Wolałabym umrzeć niż mierzyć się z tym, że ktoś na mnie krzyczy w szpitalu. W połogu jest się obnażoną, wrażliwą, łzy same płyną do oczu. Jak się w takiej sytuacji wykłócać o swoje? 

Zależy mi na tym, żeby nie było podrażnień, Pampers Premium Care w zasadzie jako jedyne sprawiały, że nie było wysypki i zaczerwienienia, są delikatne i sprawdziły nam się przy synku, więc stosujemy je także z córką.

Mąż jest dla ciebie wsparciem w takich sytuacjach?

Tak. Nie jest niemiły, ale mówi konkretnie: proszę tak nie robić. Mieliśmy dużo szczęścia, bo udało nam się zarezerwować tzw. pokój rodzinny. Byliśmy dzięki temu razem, zarówno przy pierwszym, jak i drugim porodzie. Dużo mi to dało. Często się nad tym zastanawiam – to dziwne, że partner nie może być w szpitalu cały czas. Przecież kobieta po porodzie sama jest pacjentką. Jak pacjentka ma się zajmować dzieckiem, które po urodzeniu jest tak bezbronne, jakby samo było pacjentem? Dwukrotnie rodziłam przez cesarskie cięcie i mój mąż sam nauczył się bezpośrednio od położnych obsługi dziecka. Czułam, że byliśmy na równi. Teraz zresztą wszystko robimy wspólnie. Mąż podaje mi córeczkę w nocy do karmienia i potem ją odkłada. 

A jak jest z przewijaniem? 

Córka wierzga bardziej niż syn. Przewijamy na macie, mamy taki organizer, zwykły, z sieciówki, w którym są kremy, pieluszki, chusteczki itd. Nosimy go ze sobą wszędzie. Zależy mi na tym, żeby nie było podrażnień, Pampers Premium Care w zasadzie jako jedyne sprawiały, że nie było wysypki i zaczerwienienia, są delikatne i sprawdziły nam się przy synku, więc stosujemy je także z córką. Sprawdza nam się też rozmiarówka, bo nie odstają. Super, że są zerówki. Na razie wszystko idzie bezproblemowo i gładko. Bez przecieków.

Coś cię zaskoczyło przy drugim dziecku?

Od półtora miesiąca zaskakuje mnie emocjonalna zmiana w moim synu, tzn. jego reakcja na młodszą siostrę. Interakcja między dziećmi jest w porządku, ale poza tą relacją trudności przerzuca na nas, rodziców, jest bardziej płaczliwy, próbuje nas bić. Wcześniej tego nie było. Połączyłam fakty, wiemy z mężem, że to swojego rodzaju zazdrość o siostrę, która pojawiła się w jego życiu. Dużo więc z nim rozmawiamy. 

Jesteś teraz w końcówce połogu, prawda?

Oficjalnie jestem już po. Za to ciąża była ekstremalna, nieźle mnie przeczołgała. Najpierw mnie mdliło, a w czwartym miesiącu zaczęły się omdlenia i nie mogłam nawet sama wychodzić z domu. Rzeczywistość ze starszakiem w domu, kiedy nie mogliśmy wyjść na spacer, a jego rozpierała energia, była arcytrudna. Mąż normalnie pracował, podobnie moi rodzice i teściowie. Wszyscy pracują całymi dniami. Raz czy dwa razy na miesiąc ktoś przyjeżdża nam pomóc, wtedy wychodzimy z mężem na randkę. Dlatego po cesarce i pionizacji w szpitalu poczułam się świetnie, jakbym mogła wejść na Mount Everest. Połóg był więc dla mnie – w porównaniu z ciążą – całkiem okej. Odkąd urodziłam, mogę się normalnie ruszać. Jedyny minus: kiedy wychodziłam ze szpitala, okazało się, że starszak miał RSV i musiał na półtora tygodnia iść do dziadków. Dla nas, mnie i męża, było to psychicznie ciężkie. Wieczorami płakaliśmy. Pierwszy raz syn został bez nas na tak długo. Na szczęście dziadkowie go rozpieszczali, dostawał codziennie jajko niespodziankę, jest prosty w obsłudze, bawił się świetnie, naprawiał z dziadkiem kosiarki i traktory. Kiedy wrócił, znowu było wspaniale. Pamiętam, jak wszyscy razem siedzieliśmy pod parasolkami w kawiarni, zamówiliśmy herbatę i oranżadę, a ja płakałam ze szczęścia i wołałam, że jest przepięknie, że to jest wszystko, czego chciałam i o czym marzyłam.

Chyba już rozumiem popularność twojego instagramowego konta. Jesteś w tym wszystkim szczera. Jesteś po prostu sobą.

Chciałabym, by mi nie odbiło… Choć może mnie to kiedyś czeka. Oby nie. Zresztą, kiedy zaczynam odlatywać w kosmos, mój syn rzuca się na podłogę w Rossmannie i to mnie sprowadza na ziemię.

Zdradź jeszcze, skąd nazwa „Owies i len”.

Ta nazwa nic nie znaczy. Serio, zupełnie nic. Moje imię i nazwisko były zajęte, przeglądałam nawet słownik, by coś wymyślić. Moje konto na Instagramie, ze względu na zdjęcia produktowe, które robiłam, był beżowy, jasny. I jakoś tak owies i len, które kojarzą się z bielą i beżem, mi pasowały. Teraz jest bardziej kolorowo, ale niech nazwa zostanie taka, jaka jest.

Dodaj komentarz