Zależy ci na budowaniu więzi z dzieckiem, ale masz dosyć zabawy? Martwisz się, że dajesz dziecku za mało efektów „łał”? Boisz się, że robisz coś nie tak? Przyjdźcie razem do Fundacji Sto Pociech i zobacz, jaka siła drzemie w prozie codziennego dnia.

Konferencja Więź w codzienności, organizowana przez Fundację Sto Pociech, a skierowana do nas rodziców, jest podsumowaniem 10 lat towarzyszenia dzieciom i rodzicom, wspieraniu ich w budowaniu relacji, byciu ze sobą razem, ale też byciu przy sobie. We wzajemnym przebywaniu ze sobą wiele się wydarza rzeczy delikatnych, nieuchwytnych, a jednocześnie nadających głęboki sens naszemu życiu. O tym rozmawiam dziś z Martą Ryng, fundacyjnym psychologiem.

*

Po 10 latach działań z rodzinami urządzacie konferencję na temat więzi w codzienności, czym chcecie się podzielić?

Przez 10 lat uczyliśmy się rodziców i dzieci. Odkrywaliśmy, co dzieci lubią, co im służy, co daje im radość, przyjemność, powoduje absolutne zatopienie się w wykonywanej czynności. Odkrywałyśmy wartość rytuałów, które zaspokajają potrzebę stałości, bezpieczeństwa. Jak istotna jest wartość przyrody, cykl świąteczny, wszystkie bliskie sprawy codziennego życia. Uczyliśmy się tak organizować przestrzeń do zabawy i dane aktywności, aby dzieci mogły być jak najbardziej samodzielne, aby bawiły się w swoim rytmie, tempie. Stąd też pomysł, żeby pokazać rodzicom, jak wiele jest obszarów, w których mogą być z dzieckiem. Uspokoić ich, że potrafią, że są ekspertami od swoich dzieci. Podać im pomoc w postaci doświadczeń, wymiany, wzmocnić ich. Uspokoić tempo. Często widzimy na zajęciach, że rodzice są zmęczeni albo bardzo w eksperckich rzeczach, daleko od siebie. Chcemy im powiedzieć, że to jest OK, jeśli czegoś nie wiedzą, że to OK, jeśli potrzebują czasu, żeby czegoś poszukać. Chcemy, by poczuli się bezpiecznie w swojej roli.

Dookoła pełno hucznych atrakcji, a wy stawiacie na spokój.

Chcemy wspierać dzieci i rodziców w uważności na siebie. W Fundacji ściągamy z siebie presję robienia „łał”– czyli superodlotowych zajęć. Dla nas najważniejsze jest, aby rodzic i dziecko się spotkali, pobyli ze sobą w najprostszych rzeczach, na przykład wspólnym brudzeniu się buraczkiem. Dajemy im przestrzeń i inspirację do poznawania siebie i świata.

Przenieśmy to teraz na naszą codzienność. Brudząc się buraczkiem, budujemy więź?

Towarzysząc dziecku w tym, co robi, mamy przestrzeń spotkania. Możemy w tych wszystkich rzeczach być ze sobą, w zgodzie na to, że nas to trochę nudzi, że jesteśmy zmęczeni, ale jednocześnie mając wrażliwość na to, że dziecko coś odkrywa, że coś mu się ważnego dzieje. To mogą być takie obszary do poznawania naszych dzieci, żeby zobaczyć co lubią, co ich cieszy, co ich interesuje. Możemy sobie wtedy przypomnieć siebie z dzieciństwa i zobaczyć, jakie są między nami różnice, jakie podobieństwa. To przestrzeń do zdziwienia, do spotkania, do budowania. Ważne, żeby takich obszarów szukać. Warto wiedzieć, co nimi może być, czy jazda na rowerze, czy zabawa mąką – dla każdego to będzie coś innego.

Drugą ważną sprawą jest to, żeby to, co znaleźliśmy, wysycić. Żeby coś dopełnić. Na przykład lanie wody w łazience przez długie minuty. Nam to już z wielu powodów zaczyna przeszkadzać, a dziecko to wysyca. Jest zafascynowane dźwiękiem, smakiem, dotykiem, możliwością chlapania. Sprawdzaniem, co robi mocny strumień wody, co cieniutki, jak zachowują się namoczone rzeczy, jak woda przelewa się w różnych naczynkach. Żeby w dziecku zamknęło się takie doświadczenie, ono musi trwać. Dzieci potrzebują wielu powtórzeń, spokojnego bycia tylko w tym działaniu.

To mogą być wspólne momenty, które zostają w nas na zawsze.

W naszym fundacyjnym gronie same siebie pytałyśmy o ważne chwile z dzieciństwa. Najczęściej to są takie wspomnienia, kiedy byłyśmy z kimś ważnym jeden na jeden. Ktoś miał takie wspomnienie z babcią, która po prostu siedziała obok i miała zgodę na to bawiące się dziecko, na takie, jakim ono było. To jest doświadczenie na tyle silne, że ktoś zabrał je ze sobą do swojej dorosłości. Ja mam wspomnienie jedzenia pieczonych kiełbasek z moim tatą, tylko we dwoje, bez moich sióstr. Miałam wtedy poczucie, że jestem dla niego ważna, że się sobą cieszymy i choć nie było to nazwane, teraz jako dorosła osoba to widzę.

W Fundacji bardzo staramy się o to, żeby pokazać rodzicom, jak wielką moc mają te najprostsze, budujące naszą codzienność rzeczy.

My, rodzice często mamy pokusę, by sięgać po coś spektakularnego.

Tak, a okazuje się, że często, zwłaszcza z małymi dziećmi, wystarczą drobiazgi. To nie musi być wyjazd, to nie musi być zabawka, to nawet nie musi być jakieś zorganizowane wyjście do kina. To, co nas buduje, to są małe, drobne rzeczy. Jedyne, co jest nam potrzebne, to czas i uważność dla obu stron. Ważne, by odczarowywać wymagania od samych siebie, poczucie, że trzeba mieć duże zaplecze finansowe i wiedzę, bo to wszystko nieprawda. Ważne jest to, że ja jestem z tobą, a ty jesteś ze mną w tym konkretnym momencie.

Mam wrażenie, że łatwiej wprowadzić mi się w tryb wielkiego wydarzenia, niż dwadzieścia minut grzebać w kałuży.    

To często nudniejsze, trudniejsze z perspektyw rodzica. W natłoku propozycji warsztatowych i rozrywkowych trudno też czasem powiedzieć: to my sobie pójdziemy na spacer. Spotykam mamy, które mówią, że codziennie są na innych zajęciach i ja sobie myślę, że dla ich małych dzieci – dwu-, trzylatków to jest za dużo. To może znaczyć, że one nie doceniają tego wspólnego czasu w domu, kiedy pozornie niewiele się dzieje. Może nie wiedzą, jak go zorganizować, a może nie wierzą, że wspólne upieczenie ciasta to coś bardzo ważnego.

Jest duża presja, by robić z dzieckiem coś rozwijającego, interesującego, by korzystać z bogactwa ofert.

Rozumiemy to, bo same, będąc mamami się z tym borykamy. Jednocześnie szukamy perspektywy dziecka, które często jest zafascynowane zwykłymi, codziennymi sprawami. Odkurzanie, gotowanie, mycie okien, chlapanie wodą, wieszanie prania – jeśli pozwalamy dziecku na eksperymentowanie, na działanie w jego tempie i współodczuwamy jego przeżycia, to też może być wielką przygodą. Jest także wspaniałą okazją do wspierania samodzielności w dziecku, czego ono niezmiernie potrzebuje. Maluch może zobaczyć, że potrafi, że się uczy, że jest sprawcą. To go wzmacnia, dodaje sił. Takie rzeczy łatwiej jest zorganizować, tak by były na miarę naszego dziecka, w domu, niż na grupowych zajęciach. Dobrze kiedy zorganizowane warsztaty są dla nas inspiracją dla wspólnego domowego czasu.

 

Wspieranie samodzielności dziecka jest ważnym obszarem budowania więzi?

Bardzo ważnym. To taki obszar, w którym wyposażamy dziecko w moc. Dla niego to bardzo ważne, że samo umie myć zęby, albo założyć buty, albo że umie zmieszać farby i stworzyć nowy kolor, że samo to odkryło. Do tego jest potrzebne nasze zwolnienie, bo dziecko rozwija się poprzez działanie. Tak odkrywa świat, z tego się cieszy, na tym chce się skupić. To taka przestrzeń przeżyć, radości, wzruszeń. To je buduje. Dlatego ważne jest, by szukać tych obszarów w codzienności, w których dziecko może coś budować, a my chcemy mu towarzyszyć.

Takich jak wyznaczanie jakiegoś zadania w domu?

Tak, dla przykładu, ostatnio zastanawiałam się, jak wzmocnić mojego najmłodszego syna, czterolatka. Chciałam, żeby w domu poczuł się ważny i samodzielny, wymyśliłam, że będzie nalewał wodę do dzbanka dla całej rodziny. To okazało się dla niego na tyle ważne, że opowiedział o tym swojemu koledze, że mama mu pozwoliła nalać wszystkim wodę – to znaczy, że trafiłam w jego potrzebę. Ta maleńka rzecz bardzo go wzmocniła, poczuł, że potrafi, że to jest ważne. Wiadomo, że teraz z tym nalewaniem eksperymentuje i też o to chodzi, bo inaczej się nie nauczy, ma na to nasze przyzwolenie. Trzeba mu dać na to obszar, inaczej nie zrozumie, ile wody może nalać, by się nie wylało. Warto tu powiedzieć, że w tygodniu, kiedy wszyscy się spieszymy, to chwile na samodzielność są trudne, ale nie niemożliwe, czasem w weekend można to bardziej wysycić.

Kolejnym obszarem do budowania więzi jest zabawa, znowu bywa nam z tym różnie…

W Fundacji zawsze powtarzamy, że dobrze jest szukać takich zabaw, które są fajne dla dwóch stron, bo tylko wtedy rodzic w nich faktycznie jest. Dziecko szybko wyczuwa nasze emocje i może się nimi zarażać. Oczywiście jest tak, że zawsze będzie coś, co nas nudzi, a nasze dzieci cieszy, nie przeskoczymy tego, tu jest tylko potrzeba zrozumienia i zgody. Ale fajnie szukać wspólnej szczerej radości. Na przykład zawsze dobrze działa ruch, którego często nie doceniamy, a naturalnie wyzwala w nas radość, spontaniczność. Dzieci mają ogromne potrzeby ruchu, jeśli się z nimi w tym odnajdziemy, to może być superobszar do bycia razem. I tu też niewiele potrzeba, nie musimy być ekspertami.

Dla dziecka wszystko jest nowe i ciekawe, wszystko może być dobrą zabawą – wydaje się, że mamy wiele do zaproponowania.

W tym okresie maleńkości, do trzeciego roku życia, jesteśmy całym światem dzieci i one bardzo chętnie przyjmują i wchodzą w nasze propozycje, i jeśli my w to wkładamy radość i uważność, to nic więcej nie potrzeba. Tu każdy drobiazg z codziennego dnia będzie miał znaczenie. Im dzieci są starsze, tym bardziej wymagające i nie jest już tak łatwo, dlatego często to podkreślamy, żeby z tego czasu korzystać, żeby się nim nacieszyć, bo on się już nigdy nie powtórzy. To oczywiście nie oznacza, że potem to już nic nie zostaje, ja ze swoim 13-letnim synem spotkałam się w ogrodnictwie. Sama dużo czerpię z kontaktu z naturą, ale jego nie podejrzewałabym o to, że będzie lubił sadzić, a okazuje się, że to go cieszy. W pracę w ogrodzie może włożyć swoją siłę, czegoś się dowiedzieć, zaprosić do tego kogoś innego – na przykład pytać dziadka o radę. Jesteśmy w tym razem. To jest dla nas właśnie taki dobry czas jeden na jeden.

Co jest jeszcze ważne w zabawie, by pomogła nam budować wieź?

Zrozumienie, że każda zabawa musi się wysycić. Skoro to, wspomniane już, przelewanie wody trwa tak długo, to widocznie dzieje się tam coś ważnego. Dzieci to fajnie komunikują, żeby z nimi w tym być: choć zobacz albo zostaw już to, jak sięgam po telefon. Dają jasne komunikaty, że dla nich to ważna chwila z nami. Warto wtedy odciąć głowę od innych rzeczy, które się dzieją, uznać, że to jest czas tylko nasz.

Na konferencji chcecie też opowiedzieć o tym, że w budowaniu więzi ważna jest odrębność.

Dziecko długo po narodzeniu jest zlane z nami i często mamy takie poczucie bycia w jedności. Odkrywanie, że nasz maluszek jest jednak całkowicie odrębnym człowiekiem, może być trudne. Dla naszej relacji dobrze jest wiedzieć, gdzie jest ono, a gdzie jestem ja. Odrębność tworzy się w małych kawałeczkach, powolutku dostrzegamy, że mamy inaczej, odkrywamy to w drobiazgach. Ja lubię jajecznicę, a dziecko jajko na miękko, ja potrzebuję szybko, a ono wolno. Ja dużo, ono mniej, ale do wysycenia. W małych rzeczach, doświadczając naszej inności z dzieckiem, w jakiś sposób przygotowujemy się na moment jego wyfrunięcia w świat.

To jest o szacunku do siebie i do dziecka?

Dla mnie przede wszystkim o zgodzie na inność, na nieustanne zmienianie się naszej relacji, na to, że jesteś dla mnie bardzo ważny, choć masz całkowicie inaczej w głowie, choć całkowicie inaczej przeżywasz świat. Chcę cię spotkać, rozumieć w tym, jaki jesteś naprawdę.

Czego potrzebuje rodzic, by mógł docenić ten domowy czas, by umiał go wykorzystać?  

Zwolnienia. My działamy przecież w zupełnie innym tempie niż nasze dzieci. Tempo jest kluczem. To jest najtrudniejsze, żeby się nie spieszyć, odłożyć telefon, żeby zadbać o 20 minut, w których nie liczy się nic więcej, tylko to, że jestem z moim dzieckiem. Jeśli damy dziecku z siebie 100% – oczywiście na tyle, na ile jesteśmy w stanie – to potem okazuje się, że jest mu łatwiej funkcjonować samemu. Obserwujemy to na zajęciach, najpierw jesteśmy mocno, intensywnie razem w jakiejś zabawie, w ruchu, w piosence, a potem jest spokojniej. Dzieci same organizują sobie zabawy, dzielą się na mniejsze grupy lub bawią same. Dziecko nasycone uwagą rodzica łatwiej radzi sobie z chwilami bez niego, pozwala mu się wycofać. Ważne, by umieć to dostrzec i uszanować, żeby nie być też ciągle w stuprocentowym skupieniu, bo to jest obciążające dla dwóch stron.

Skąd możemy czerpać siłę i energię do codziennych wyzwań?

Źródłem siły są inni ludzi w podobnej sytuacji życiowej oraz my sami – choć pewnie dla niektórych brzmi to dziwnie. Gdy rodzi się dziecko, to wszystko się zasadniczo zmienia. Potrzebujemy na nowo zrozumieć samych siebie, odnaleźć się w nowej sytuacji, poszukać tego, co teraz jest dla nas ważne, jakie są nasze potrzeby. Stanie się mamą oznacza też zmiany w relacji z mężem, tatą dziecka. Na nowo określamy nasze role, uczymy się być we troje. Rodzicielstwo to bardzo intensywna praca 24 godziny na dobę i żeby mieć na nią siłę, to nasz kubeczek musi być napełniony.

Tylko, że pochłania nas dziecko i siebie jakoś gubimy.

Fascynacja dzieckiem i potrzeba zadbania o nie jest zupełnie naturalna. Dziecko jest też bardzo wyraziste w tej układance, więc jego potrzeby są na pierwszym planie, często pojawia się też presja, żeby tak właśnie było. W tym wszystkim łatwo jest nam zostawić samego siebie, a za tym często pójdzie złość i frustracja. To wyraźny znak, że coś nie gra, że czegoś nam brakuje. Dobrze jest być czujnym na takie komunikaty i się nimi zająć. Nie ma potrzeby bać się swojej złości, ona może być pierwszym krokiem do wprowadzenia zmian. Złość to też energia do zagospodarownia.

Nasze potrzeby bywają oderwane od rodzicielstwa i dlatego mamy problem z pozwoleniem sobie na nie.

To jest taki kawałek, żeby uznać siebie za ważną. Dotrzeć do swoich potrzeb, czasem z taką zgodą, że akurat tego dnia nie będzie na to przestrzeni, ale to nie znaczy, że nie będzie jej jutro, trzeba tylko tego nie zaniechać.

Warto nauczyć się prosić o pomoc, umieć zakomunikować, że jest trudno, albo że ma się potrzebę, bo może ktoś akurat będzie mógł pomóc. To jest bardzo duży temat komunikacji z partnerem, rodziną, przyjaciółmi.

Ważne jest też to, żeby z czasem dziecko odkrywało, że rodzic ma własną przestrzeń. Jeśli ono tego nie widzi, to o tym nie wie, warto mu to pokazać. Dzieci nie są od tego, żeby nam dać odpocząć, ale jeżeli my o siebie dbamy tak, że one to widzą, to się tego uczą. I uczą się od nas, dla siebie – na kiedyś i na teraz. Są w stanie powiedzieć koledze w piaskownicy, że teraz potrzebują pobawić się same swoją zabawką. To służy wszystkim, nie trzeba się tego bać.

Jak napełniać nasz kubeczek?

Ważne jest też to, co robimy, nasza praca albo pasja – coś, co jest tylko nasze. Wiele mam odkrywa coś takiego, czasem to małe rzeczy, a czasem coś, co przeorganizowuje całe życie. Tak na przykład właśnie powstała Fundacja. Dorota Piszczatowska i Kasia Dołęgowska-Urlich stworzyły miejsce, w którym na początku mamy z maluchami, a z czasem całe rodziny, mogły być trochę dla dzieci, trochę dla siebie.

Dbając o siebie, zadbałyście o rodziny.

Bywa, że nam, rodzicom brakuje świadomości, że jesteśmy podmiotem, a co za tym idzie – brakuje nam takiej świadomości, że owszem, każdy z nas tworzy całość, ale by ta całość dobrze działała, każdy musi być w dobrej kondycji.

Mnie bardzo wspiera kontakt z innymi rodzicami.

To bardzo ważna grupa wsparcia. Ludzie, którzy mają podobnie jak my, którym możemy się wyżalić, z którymi możemy się cieszyć, z którymi możemy być szczerzy, co w dobie internetowej presji rodzicielstwa idealnego jest nieocenione. Spotkanie daje bardzo wiele, tam można być naprawdę. Podobna sytuacja jest obszarem siły, bo tam jest zrozumienie, wymiana. Dlatego dla nas jest ważne, żeby Fundacja była miejscem dla rodziny, nie tylko dla dziecka. Bardzo dbamy o stałość zajęć, stałość rodzin, żeby mogły się budować więzi między nimi, z których rodzice mogą czerpać.

Mając siłę i energię jesteśmy w stanie naprawdę być z dziećmi, które bardzo potrzebują naszej bliskości. Jak budowanie więzi wpływa na ich rozwój?

Pierwszym elementem odkrywania świata jest odkrycie siebie, dopiero kiedy odkryję siebie, mogę wyruszyć w świat. Rodzic jest tu mocnym wsparciem i tu się buduje relacja. W pokazywaniu, uczeniu, wspieraniu, w dawaniu przestrzeni na błędy i eksperymenty. W dawaniu komunikatów, że jesteś silny, dajesz sobie radę, że jak coś nie wyjdzie, to przecież można spróbować jeszcze raz. Jesteś ważny, jesteś piękny, cieszę się tobą, masz fajne pomysły, możesz się rozwijać, możesz być z innymi, jesteś dobrym kolegą. Dziecko przegląda się w nas, bo tak też buduje siebie i z tym komunikatem od nas idzie w świat. Jeśli mu to się coś nie domknie, to pójdzie dalej z jakimś brakiem, będzie musiało to nadrobić w innym czasie, włożyć w to specjalny wysiłek, to już nie wyjdzie tak naturalnie.

My, rodzice jesteśmy tymi najważniejszymi nadawcami komunikatów?

Na początku na pewno. Rodzic jest najbardziej przejęty, a dziecko najmocniej potrzebuje właśnie tego przejęcia rodzica, jego zaangażowania, zachwytu, wzruszenia.

Dziękuję za rozmowę. 

Konferencja Więź w codzienności organizowana przez Fundację Sto Pociech odbędzie się 20-21 kwietnia, szczegóły i zapisy znajdziecie tu

Ładnebebe jest patronem wydarzenia. 

*

Marta Ryng – z wykształcenia psycholog, absolwentka studiów podyplomowych „Wczesna Interwencja: Pomoc dziecku i Rodzinie”. Ukończyła szkolenia Akademii Komeńskiego z zakresu „Metody projektów badawczych” oraz „Obserwacja i dokumentacja rozwoju dzieci”, a także kurs Pedagogiki Marii Montessori. W Fundacji Sto Pociech od 5 lat współtworzy projekt „Brykamy bez mamy” i inne zajęcia adresowane do najmłodszych. Fascynuje ją dziecięca różnorodność i nieprzewidywalność dziecięcych pomysłów. Mama Frania, Stasia, Marysi i Józka. 

*

Rozmawiała: Paulina Filipowicz
Zdjęcia: archiwum Fundacji

 

4 komentarze

  • ania:

    Bardzo fajny wywiad Aż mi się łezka zakrecila w oku ? jestem mamą trójki (lat 9, 7 i 1,5) mam mnóstwo pracy w domu i często mi brakuje czasu na bycie w 100% z nimi a tym bardziej z każdym sam na sam Często tylko wieczorem przed spaniem czytamy albo rozmawiamy Muszę to zmienić Mi samej jest z tym źle a co dopiero moim dzieciom ? dziękuję za ten tekst

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.