patchworkowa rodzina psycholog

W patchworku można sobie powiedzieć: nie martw się, na pewno coś dziś spieprzysz

Jak żyć w rodzinie wielopoziomowej i jak być z nie-swoimi dziećmi?

W patchworku można sobie powiedzieć: nie martw się, na pewno coś dziś spieprzysz
Małgorzata Markiewicz

Jestem mamą i nie-mamą jednocześnie. Pocieszam, słucham, opiekuję się, ale to dziecko nadal ma swoją prawdziwą mamę. Kim więc jestem ja, mama nieprawdziwa? Jak kochać (lub nie kochać) dziecko, które przyszło do nas razem z miłością do mężczyzny, dziecko, które dopiero poznajemy?

Kiedy budujesz rodzinę z nowym partnerem, swoimi i z nie-swoimi dziećmi, wkraczasz w rolę, o której wciąż niewiele wiadomo. Nie ma skąd się jej uczyć, kwestie nie są napisane. Stajesz się opiekunką jego dzieci, ale nie do końca wolno ci podejmować decyzje. Formalnie cię dla nich nie ma, nie masz żadnych praw, ale codzienność toczy się jako wasza wspólna. Razem budujecie dom, piszecie nową historię.

W rodzinach patchworkowych układ często robi się wielopoziomowy. Może to ty masz dzieci i twój nowy partner będzie się z nimi układał? Jak go wesprzeć, z jakimi trudnościami spotkamy się po drodze? Może być też tak, że to ojciec twoich dzieci buduje nowy związek i czeka cię zaakceptowanie, że dziećmi będzie się zajmować osoba, której nie znasz, którą – być może – nie jest łatwo ci zaakceptować. Coraz częściej stajemy się elementami patchworkowej układanki, a każda z nich jest trochę inna.

Pytam Martę Chrościcką, terapeutkę z zespołu Bliskiego Miejsca pracującą z rodzinami, o to, jak się ułożyć i jak budować życie z nie-swoim dzieckiem. Jak pomieścić w sobie wszystkie zmiany i potrzeby?

Rozmowę ilustruje film Małgosi Markiewicz Patchworkowe Rodziny. Dzięki szmacianym laleczkom, uszytym z takich tkanin, z jakich zszywa się patchworkowe kołderki, każdy może odwzorować model swojej rodziny. Nic tu jednak nie jest ze sobą zszyte na stałe, bo rodzinny patchwork można przemodelować wiele razy.

 

Napisałaś mi w mailu, że temat rodziny patchworkowej jest bardzo skomplikowany.

Rodzina to jest taka grupa ludzi, którą charakteryzuje system ról, sił, wzorców zachowań. Każda rodzina ma swoją historię i się rozwija, ma swój cykl życia. Mocno upraszczając: najpierw jest etap narzeczeństwa, potem jest para z młodym dzieckiem, para z dzieckiem przedszkolnym, szkolnym, nastoletnim. Tymczasem w rodzinie patchworkowej w bardzo krótkim czasie, z powodu decyzji dwóch osób, mogą spotkać się dwie rodziny, dwa systemy rodzinne, które są w zupełnie innym momencie cyklu rodziny. Czyli może spotkać się na przykład mężczyzna z nastoletnimi dziećmi z młodą, bezdzietną kobietą. Tych konfiguracji patchworkowych jest zresztą mnóstwo.

Spotykają się też dwa systemy różnych wartości. W rodzinach różnie też traktujemy dzieci. Bywa tak, że po rozstaniu rodziców dzieci przyjmują nowe role – mogą np. „dyrygować” osamotniałym rodzicem, co jest trudne dla nowego partnera lub partnerki.

Trudności są tutaj na różnych poziomach. W naszym przykładzie kobieta nie ma doświadczenia bycia mamą, naturalnie weszłaby w fazę narzeczeństwa, budowania związku. A tutaj nagle ma jednocześnie budować relacje z piętnastolatką, która może być w szczycie etapu separacyjnego. No i jest jeszcze mama tej nastolatki. Między każdą osobą w tej siatce – czasem szerokiej, kiedy są dzieci z innych związków, zaangażowani dziadkowie, nowe dzieci – jest relacja. Te relacje zmieniają się, i to dynamicznie, bo i dzieci się dynamicznie rozwijają, a każda zmiana fazy wymaga od nas wszystkich adaptacji. Przyzwyczajenia się i dopasowania swojego zachowania i myślenia do nowej sytuacji.

Ciągle zmiana i zmiana.

W takim bycie, jakim jest rodzina patchworkowa, hasło „zmiana” jest wytłuszczone i błyszczy jak neon. Pomyślmy o rożnych konfiguracjach, w których stajemy przed zadaniem życia z „nie-swoim” dzieckiem. Na przykład: para ma wspólnie dziecko, potem się rozstaje i każda z tych osób ma dziecko z innym partnerem. Po czym się schodzą i mają kolejne. W tej rodzinie jest to czwarte dziecko, prawda? Dwójka tych dzieci jest z tej pary biologicznej w całości, jedno dziecko jest od taty i jedno dziecko od mamy. Te środkowe dzieci jeszcze mają drugiego rodzica, więc nie są cały czas w domu. Inny układ: pani z dwójką dzieci 3 i 7 lat wiąże się z wdowcem z dzieckiem dwuletnim. Na patchwork nachodzi element rozstania i rozpadu poprzedniego związku, a czasami także żałoba i temat utraty rodzica. Wtedy proces adaptacji przechodzi zupełnie inaczej, a czas gra dużą rolę. W ogóle czas w rodzinach patchworkowych gra bardzo ważną rolę. Równolegle tworzy się nowy związek dorosłych, równolegle mogą tworzyć się nowe związki rodzeństwa i jeszcze w tle przebiega żałoba.

W kręgach terapeutów mówi się, że terapia rodzin – obok terapii par – jest najtrudniejsza. Czy możemy powiedzieć, że budowanie relacji z nie-moim dzieckiem jest jednym z najtrudniejszych zadań, obok budowania relacji z moim partnerem?

Tak i zaakceptowanie tego jest bardzo ważne. My zaczynamy naszą relację nowym partnerem czy partnerką z wyboru, coś się tworzy. Ale znam takie rodziny, gdzie nowy partner mówi: nie chcę mieć relacji z tym nie-moim dzieckiem. Nie potrzebuję jej mieć. Ale to jest niemożliwe. Nie można nie mieć relacji.

Nie chcę, ale jakoś tam jednak muszę. Jakieś dobre rady?

W każdej rodzinie jest bardzo ważne, a w patchworkowej szczególnie ważne, żeby mieć dobrą, rzetelną wiedzę dotyczącą rozwoju dzieci. Wiemy, że dzieci mają momenty, kiedy się bardziej separują, na przykład: 2 lata, 4 lata, 6 lat. Trzeba o tym pamiętać, żeby lepiej sprostać wyzwaniom wychowawczym. Inne etapy: 3,5 roku, 5 lat, 5,5 roku – to są znowu momenty podwyższonego napięcia, często bardzo lękowe. I w zależności od tego, w jakim czasie się dzieje rozstanie czy budowanie nowej relacji, dziecko może reagować adekwatnie do momentu rozwoju, w którym jest.

Zostałam „mamą” nie-swojego dziecka. Zanim się zacznę biczować z powodu trudności, popatrzę jeszcze, co przeżywa to dziecko w związku z tym, w jakim jest momencie swojego życia.

Może jest czterolatkiem, potrzebuje wszystko wiedzieć najlepiej i się odseparować, albo jest ma 5,5 roku i gryzie sobie T-shirt czy paznokcie, lub włosy, i się denerwuje i przejmuje. Albo jest sześcio- i siedmiolatkiem i straszliwie boi się porażki. Wiedza o rozwoju dzieci bardzo nas wspiera i normalizuje wiele zachowań. Tak samo trzeba pamiętać, że w tej całej układance swoją perspektywę ma również dziecko, a ty jesteś nową osobą w jego życiu. Ono ma mamę, tatę i ty jesteś tą nową osobą. Często mamy trudność w uświadomieniu sobie i zaakceptowaniu tego.

Dlaczego?

Trudno jest przyjąć, że moja relacja z nowym partnerem nie jest odzwierciedleniem relacji mojego dziecka z tym partnerem. Mogę czuć bardzo dużą bliskość, czuć, że mój związek z partnerem się rozwija, tworzy, stabilizuje. Ale to w ogóle nie musi oznaczać, że taką samą drogą i w takim samym tempie rozwija się relacja między moim dzieckiem a tym partnerem. I w drugą stronę: mama rozstaje się z wieloletnim partnerem, a jej dziecko z poprzedniego związku czuje stratę, tęsknotę, smutek, żal. Dorosłym się relacja rozpadła, tymczasem dziecko chce utrzymać kontakt z tym partnerem. Przez ostatnich kilka lat jeździli razem na rowery. Czy mogą robić to dalej? Czy mamy na to otwartość? Jaką mamy relację po rozstaniu? Temat nie musi dotyczyć rozstań z biologicznym rodzicem dziecka. Ważną rzeczą w rodzinach patchworkowych jest to, żeby zaakceptować, że jedno z drugim – relacje dorosłych między sobą, i relacje dorosłych z dziećmi – nie jest tożsame. I to jest na pewno jeden z tematów do omawiania w rodzinach patchworkowych, tematów, które sprawiają, że proces adaptacji może być łatwiejszy.

A inne tematy?

Jest nim doświadczenie rozstania, straty, czasem śmierci taty lub mamy dziecka. Bywa, że wchodzimy w tę nową historię z ciężarem, z jakimś skrzywdzeniem, z bólem. W rodzinach patchworkowych są różne sytuacje – wyjazdy, dalekie przeprowadzki lub pobyt w więzieniu. Nawet taka względnie prosta struktura, w której tata nastolatki poznaje kobietę, struktura, która daje się narysować, komplikuje się, kiedy patrzymy na warstwę doświadczenia i warstwę emocjonalną. I taki układ ma szansę fajnie funkcjonować, ma też szansę być koszmarem. Bo to zależy od doświadczenia, jakie mamy za sobą: jak i dlaczego przebiegło rozstanie, w jakich są relacjach ojciec z mamą nastolatki? Czy w ogóle jest mama, może również jest w nowym związku?

Ciągle waham się nad słowami. Czy ja tu jestem mamą, czy nie jestem?

Nie jestem mamą. Lubię sformułowanie: staję się osobą w czyimś życiu. Może nawet ważną. I może ważną strukturalnie (no bo to żona mojego taty), a może ważną emocjonalnie? Ale w ogóle nie jestem mamą.

Jednak zajmuję się tymi nie-moimi dziećmi. I – nie będąc mamą – pełnię rolę macierzyńsko-opiekuńczą. To jest wyzwanie, kiedy wchodzimy w patchwork: ułożyć się z tym, kim jestem, a kim nie, jaka jest tu moja tożsamość.

Zobaczyć, kim jestem i kim chciałabym być, jest pomocne, kojące. Mam szansę być tą ważną dla dziecka osobą w jego życiu. Jego mama jest gdzieś indziej, ja jestem partnerką taty i jednocześnie mogę być naprawdę istotną osobą. Przecież mnóstwo jest w naszym życiu osób istotnych, w ogóle nie są to matka i ojciec. Prawda? Nauczycielka, sąsiadka, przyjaciel rodziny… Te osoby również nie miały praw rodzicielskich wobec nas, a zagrały ważną rolę. To jest też ciekawe w tym kontekście, jeżeli są dzieci po obu stronach.

Dzieci w patchworku też mają czasem tożsamościową łamigłówkę.

Tak, na przykład: w nowej rodzinie mojej mamy jestem najmłodszym dzieckiem. Jednocześnie w nowej rodzinie mojego taty jestem najstarsza. To kompletnie odmienia pozycję w rodzinie. Dosyć dużo wiemy o przywilejach i rolach przypisywanych tym młodszym, środkowym i starszym dzieciom. A tu nagle jestem młodszą siostrą, jednocześnie będąc nadal najstarszą. Z perspektywy dziecka to jest trudne. Również w naszym flagowym przykładzie, kiedy wiążę się z mężczyzną, który ma nastoletnie dziecko. Jakie mogą być między relacje między nową partnerką a nastolatkiem/nastolatką? Wachlarz możliwości jest ogromy. I nawet jeżeli się nie widujemy, to mamy jakąś relację.

Mogę się z tego cieszyć i chcieć być kimś ważnym dla dziecka. Ale mogę też nie chcieć być nim zainteresowana, a jednak sytuacja jakoś mnie do tego przymusza. Przecież mam prawo go po prostu nie lubić. Jest jakieś akceptowalne minimum?

Przychodzi do głowy słowo „tolerancja”, ale wydaje mi się trochę suche. Akceptowalnym minimum z perspektywy dorosłego jest starać się mieć względnie pozytywne nastawienie i sympatyczne relacje z tym dzieckiem. Podwyższyłam trochę poprzeczkę.

Mój partner wyjeżdża, np. w związku z pracą, a ja zostaję z dzieckiem, wobec którego trudno mi wykrzesać tę sympatię.

Czy to zostało omówione, czy była możliwość, żeby wypowiedzieć swoje wątpliwości, uwagi? Rodziny patchworkowe mogą dobrze działać, jeżeli mają bazową umiejętność prowadzenia dyskusji, debaty, wypowiedzenia się po obu stronach: coś mi się nie podoba, coś podoba. Zrobię coś, ale wiesz co, chyba potrzebuję wiedzieć, że… Albo: czułabym się lepiej, jeżeli… Czy mogę poprosić cię o wsparcie, gdy…, wydaje mi się, że nie umiem tego…

Wydaje mi się, że nie umiem pokochać twoich dzieci?

Albo raczej: To jest dla mnie bardzo trudne, ale zależy mi na tej relacji i trochę nie wiem, gdzie ona wyląduje. Do jakiego poziomu ona dojdzie, jak się będzie zmieniała. Ale mam dobre intencje, chcę nad tym pracować. Jak myślisz?. Czy to jest taki święty Graal, że my musimy pokochać to dziecko? Nie.

Załóżmy, że mamy w patchworku małe dzieci. Relacje z nimi bazują na dotyku, na przytuleniu, na poleżeniu razem w łóżeczku, na intymności.

Wiem, że dzieciom przytulenie jest bardzo potrzebne i że relacja na tym bazuje. Co sprawia, że nie chcę tego dziecka przytulać? Czy dotyk jest w ogóle dla mnie trudny, sensorycznie, czy mam trudność z tym konkretnym dzieckiem? Szukałabym tu takiego rodzaju dotyku, który dla mnie jest OK. Kiedy miłosne przytulenia są dla mnie trudne, można to wypowiedzieć nie do dziecka, a do partnera. A może zabawa w misia koalę, w mumię, czy w ludzką kanapkę będzie dla mnie w porządku?

Dzieci, zarówno moje, jak i mojego partnera, potrzebują tego samego. Kiedy trzymam swoje dziecko na kolanach, to drugie też zaraz przyjdzie, też chce być utulone i wzięte na kolana. Ale chyba moje dziecko powinno mieć ode mnie przekaz, że jest dla mnie najważniejsze, prawda?

Dziecko potrzebuje przede wszystkim jakiegoś sposobu na zrozumienie, co się działo i się dzieje dalej. Potrzebuje narracji, opowieści: co się wydarzyło z moimi rodzicami i co się dzieje teraz. Wyszłaś/wyszedłeś z mojego brzucha (a może wyszedłeś z brzucha twojej mamy, jeśli opowiadamy to dziecku nie-mojemu). A do rodziny mogą dołączać różne osoby, nasza rodzina może rosnąć. Budujemy taką opowieść, która jest kojąca dla dziecka. To, że nowe osoby do nas dołączają, zmienia wiele rzeczy, ale niektórych rzeczy zmienić nie może. I to jest też z dzieckiem do omówienia. Bo jak mieszkałyśmy same we dwie, to właściwie cały czas mogłyśmy sobie decydować, co zrobimy. Ja miałam pomysł, ty miałaś pomysł. Teraz tych osób z pomysłem jest więcej. Ale to jest ważne, żebyśmy miały dalej jakieś swoje rzeczy, które lubimy robić. Tylko my lubimy chodzić na basen albo na kajaki. Albo tylko my robimy sobie bransoletki, i dla mnie to jest bardzo ważne.

Czyli po prostu dbamy o sferę jeden na jeden?

Czas jeden na jeden jest bardzo ważny we wszystkich rodzinach. Kluczowe jest to, żeby to była forma aktywności, która sprawia przyjemność dorosłemu. Mam wspomnienie, że oglądałam głupiego Strusia Pędziwiatra z tatą na kanapie, i on też się zaśmiewał. Znam rodzinę, gdzie akurat niebiologiczne dziecko okazało się osobą, która podziela miłość mamy do zakupów. Zabieram Tosię na zakupy. Moja córka tego nie lubi, z nią chodzę więc na rolki. Moja córka czasem prosi mnie, żebyśmy gdzieś poszły we dwie, i dla mnie to jest ważne – mieć z nią czas. W rodzinie komunikację ułatwia, kiedy mówimy wprost. Ale nie wprost o tobie, że jesteś jakiś, tylko wprost o sobie. Dla mnie coś jest ważne, mi się zrobiło przykro, ja nie wiem, co o tym myśleć, mnie to zdziwiło, ja nie znam tego. I to się przydaje przy skomplikowanym bycie, jakim jest patchwork.

Klasyczne sformułowanie: „to zależy” tutaj jakoś pasuje bardziej niż gdziekolwiek indziej. Ale są pewne uniwersalne umiejętności, które w rodzinie patchworkowej będą niezbędne: umiejętność wspólnego spędzania czasu, umiejętność zobaczenia i zaakceptowania różnic, umiejętność godzenia się. Odbudowywania mostów. Jak to robić z tym nie-naszym nowym dzieckiem? Jak wygląda tu dbanie o siebie nawzajem? Jak wygląda podział obowiązków?

I jak wygląda dbanie o nowy, świeży związek? Przy dużym zaangażowaniu partnera w dzieci czasu jest jeszcze mniej. Może pojawić się zazdrość o jego czas.

Jeszcze jedna potrzebna umiejętność: żeby wypowiedzieć swoje marzenie. Że miałam takie marzenie, że będzie inaczej. W zdaniu „wyobrażałam sobie, że będzie inaczej” zawarta jest też potrzeba tego, żeby tę wizję pożegnać, opłakać, wypowiedzieć, pogodzić się z tym, że nie jest tak, jak bym sobie wymarzyła. Że to jest dla mnie trudne. Takie Nie wiem, co myślisz, ale karty na stół.

Albo: Wyobrażałam sobie, że moje zdanie będzie dla ciebie ważniejsze, niż zdanie twojego dziecka.

To, co powiedziałaś, jest tylko pozornie o mnie. Rozumiem, że za tym zdaniem kryje się: chciałabym być ważniejsza… chciałabym być ważna dla ciebie. Nie wiem, czy ty chcesz, żebym ja była ważna dla ciebie i co to dla nas znaczy?. „Co to znaczy?” to w komunikacji ważna kwestia. Kiedy się czuję ważna, a kiedy nie? To jest fajny opening line rozmowy. Wtedy możemy powiedzieć partnerowi: Jest ważne dla mnie, żebyśmy mieli czas jeden na jeden, bo potrzebuję budować z tobą coś takiego, co będzie dla mnie dorosłą relacją. A w sytuacji, kiedy czuję się odstawiona na boczny tor podczas rozmowy partnera z jego dzieckiem: Pomyślałam, że ciebie nie interesuje, czy ja też tam chcę jechać, czy nie. Trochę na zasadzie: sprawdzam, jak w pokerze. Zazwyczaj partner mówi: w ogóle nie miałem takiej intencji.

Podrążmy to chwilkę. Za dziećmi, które żyją na dwa domy, się tęskni. Kiedy już u nas są, takie wyczekane, są – nieraz w nieuświadomiony sposób – stawiane na pierwszym miejscu, jak goście. Więc stali domownicy, na przykład nowa partnerka, nowe dziecko, albo i jej dzieci z poprzednich związków, stają się jakoś mniej ważni.

Tak, podświetlamy potrzeby dzieci, które bywają tu rzadziej. Rodzina to system, ale są w nim podsystemy. A w rodzinach patchworkowych ilość tych podsystemów jest większa i w dodatku jedna osoba może być w kilku podsystemach. Jest więc ojciec z dwójką dzieci, dzieci są tam przez weekend. Jest mama ze wspólnym dzieckiem. Dzieci taty, kiedy przyjeżdżają, tworzą zarówno podsystem dzieci razem z tym maluchem, jak i podsystem: tata i jego dzieci biologiczne z innej matki. Brakuje nam tu sceny wcześniejszej, czyli omówienia przez dorosłych: jak to robimy? Można rozmawiać też post factum, nie na wszystko się przygotujemy. Słuchaj, ja się jakoś czułam fatalnie z tym. Może muszę to przemyśleć. Nie oskarżam cię, chyba rozumiem twoją intencję. Ty się chcesz nimi zająć, czy my możemy zastanowić się, jak to zrobić? Czy możemy się wymienić pomysłami, jak to zrobić? Chcę, żeby twoje dzieci miały u nas fajny czas, ale nawet mnie nie zapytałeś… To jest sposób rozmowy, który nie eskaluje poczucia odrzucenia, krzywdy. Tylko po prostu jakoś to ustawia.

Tych tematów do ustawienia jest mnóstwo, przestrzeni do poczucia się źle – tyle samo. To, co proponujesz, to jazda dla dorosłych zaawansowanych. Świadomych, dojrzałych, z doskonałymi kompetencjami komunikacyjnymi.

Wiele rodzin patchworkowych korzysta ze wsparcia specjalisty. Bo po prostu mają wiele trudnych zadań. I namawiam, żeby to też wziąć pod uwagę. Kiedy w tym skomplikowanym organizmie rodzinnym czuję się np. za mało ważna, jest to temat absolutnie do opracowania. I niekoniecznie z udziałem specjalisty, wierzę w ogromny potencjał ludzi i potencjał rozmowy, potencjał dobrych intencji. Ale ze specjalistą czasami jest coś łatwiej wyklarować, nazwać i uchwycić.

W relacji z nie-moim dzieckiem jest wiele uczuć, do których trudno się przyznać, a co dopiero o nich rozmawiać. Jak zmierzyć się z tym, że mamy nie-swoje dziecko, które nas odtrąca, nie znosi nas, chce, żebyśmy sobie natychmiast poszli?

Z małym dzieckiem może być troszkę łatwiej, jeżeli nie zapomnę, że dużą część relacji buduję poprzez obecność, poprzez fizyczność i poprzez zabawę. Czyli czas i moje dobre chęci zadziałają na korzyść relacji, o ile tylko dziecko nie jest w konflikcie lojalności. W takim konflikcie dziecko czuje, że w obowiązku wobec swojej mamy (lub taty) musi być niesympatyczne, wrogie do nowej partnerki/partnera. Żeby być blisko jednego rodzica, musi być wrogie wobec nowego partnera drugiego rodzica. Albo w ogóle jest dalej od drugiego. Lepiej nie będzie mówić mamie, co u taty, a już na pewno nie, że było coś fajnego. To jest szafa na plecach dla dziecka. W dobrej relacji mama w sposób naturalny mówi: Cieszę się, że cię widzę. Trochę się stęskniłam, mam nadzieję, że miałeś fajnie u taty. Co robiliście?, A, byliśmy tu i tam, No to fajnie. Tego typu dialog nie konstruuje konfliktu lojalności i jeżeli nowa partnerka taty jest dostępna emocjonalnie, nie jest wroga, nie jest odizolowana, sympatia dziecka przychodzi z czasem. Jest duża szansa, że adaptacja przebiegnie w sposób łagodny. OK, że ta osoba będzie nową żoną taty. Po prostu. Będziemy robić ciasteczka, ładnie szyje ubranka dla lalki Barbie.

A jeżeli mamy dziecko z szafą, dziecko, które nie ma szans nas polubić? I co, jeśli mama/tata dziecka – mimo że nie ma jej/jego tutaj fizycznie – miesza w naszej rodzinie? Bo czasem wartości, lęki, trudności rodzica biologicznego nie-mojego dziecka blokują rozwój naszej relacji, naszej nowej rodziny.

Jedyne, co mogę zrobić, to rozmawiać otwarcie z dzieckiem, pamiętając o jego wieku, oczywiście. Na przykład z dziećmi do 5. roku życia używamy konkretu. Chcemy, żeby tutaj u nas w domu było dużo uśmiechu i my tak będziemy robić, żeby tutaj było nam miło. I mamy taki pomysł... W ogóle jednym z najlepszych słów w słowniku jest „pomysł”. I w rodzinach patchworkowych to słowo może bardzo pomóc. Bo możemy powiedzieć, że mamy taki pomysł, a nie, że właściwe jest postępowanie tak i tak. Tylko: mam pomysł, żeby postępować tak i tak. Używając słowa „pomysł”, możemy się ustosunkować do różnic w dwóch światach dziecka: Widzę, że mama ma inny pomysł na to albo u was w domu jest inaczej, twoja mama inaczej decyduje o temacie słodyczy. I ja mam taki pomysł, dla mnie to jest ważne, żeby tych słodyczy było u nas mało. Bo mi się wydaje, że to jest zdrowsze. Takie jest moje rozumienie. I to jest mój pomysł, mama ma inny pomysł.

Dzieci to zrozumieją. Już w przedszkolu się orientują, że w różnych miejscach są różne setupy. A zadaniem nowego partnera/partnerki przy nie-moim dziecku jest nauczyć się rozmawiać o drugim dorosłym. Jeżeli wszystko nam się podoba, to świetnie. Trudność jest wtedy, kiedy nam się właśnie nie podoba. Jeden rodzic się nie zgadza na oglądanie „Lego Ninjago”, drugi tak. Ciężar decyzji, czy oglądać „Lego Ninjago” albo czy zjeść orzeszki w karmelu, nie powinna spoczywać na dziecku. Jeżeli masz byłego partnera lub partnerkę, którzy mają inną wizję i pozwalają oglądać „Lego Ninjago” i jeść orzeszki w karmelu, to jednym z elementów poradzenia sobie z sytuacją jest po prostu zaakceptowanie, że jest duży obszar życia mojego dziecka, na który nie masz wpływu.

Temat wpływu to wulkan w rodzinach po rozstaniu i potem, w rodzinach patchworkowych.

Czasami bardziej ważnym niż ustalenie podziału opieki. Codzienność w rodzinach patchworkowych może być trudna, choćby dlatego, że jeżeli mamy więcej dzieci, to wprowadza skomplikowaną dynamikę i logistykę. Są rodziny, które mają trzy osobne kalendarze, każdy dotyczy jednego dziecka. I mamy świetnie ustawiony plan, który się wali, kiedy ktoś był chory i ominął tydzień itd. Planowanie świąt, urodzin, wakacji jest wyzwaniem, dzieci często to u mnie zgłaszają.

Co jeszcze zgłaszają te nie-moje dzieci?

Są kwestie związane z pożegnaniami, z tęsknotą, z przemieszczaniem się, z zarządzaniem rzeczami zupełnie prozaicznymi, jak ubrania. Dzieci tęsknią za rodzicem, u którego obecnie nie są, i za tym, żeby rodzice znów byli razem. Pożegnań jest więcej w życiu tych dzieci.

Przydałby się poradnik patchworkowego rodzicielstwa. Im dłużej rozmawiamy, tym mniej czuję się kompetentna jako potencjalna nie-mama.

Nie muszę być kompetentna. To, co mogę robić, to jest tworzyć środowisko do dobrego rozwoju dziecka. Dobrego, względnie spokojnego. Jestem częścią tego środowiska. I razem możemy wspólnie budować wspomnienia. Te wspomnienia już są nasze. Budują nową historię.

To ja. A co, jeśli mój partner w ogóle nie chce, nie umie rozmawiać? Nie umie posłuchać, co czuję, nie usiądzie, by ustalić, jak działamy.

Może tak: Porozmawiajmy, jak tu będziemy rozmawiać. Chciałabym to jakoś ustalić. Bo wydaje mi się, że bez rozmowy to się nie uda. Bo ja jestem w kompletnie nowej dla siebie sytuacji. Ty też, i twoje dziecko również. Więc jeżeli chcemy być tutaj dorośli, to trochę nie ma mojej zgody na koncept „nie umiem rozmawiać”. Bo się może nauczymy razem. A jeżeli nie będziemy umieli, to będziemy się zastanawiali, jak się nauczyć. Od kogo, albo jak. Chcę tutaj powiedzieć, że jakoś nie kupuję tego, że da się być w rodzinie bez otwartej rozmowy. Dobrych poradników dla patchworkowych rodziców nie ma i nie będzie, bo patchworki są od siebie różne, więc nic innego nam nie pozostaje, jak zdobyć tę jedną umiejętność – umiejętność rozmawiania na bieżąco o tym, co się dzieje. O tym, jak przeżywam daną sytuację, czego oczekuję, albo właśnie co muszę opłakać, bo się nie udaje. W patchworku możemy sobie przykleić nad łóżkiem jedno z moich ulubionych sformułowań: „Nie martw się, na pewno coś dzisiaj spieprzysz”. To jest wpisane w sytuację po prostu.

Na pocieszenie myślę sobie o tym, że mając to nie-moje dziecko, dużo też zyskuję. Pomijając, że odchodzi ból porodu.

Zyskujemy człowieka w naszym życiu. Małego, większego lub prawie dużego człowieka w naszym życiu. Obecność, opieka, ale też towarzyszenie dziecku potrafi być bardzo, bardzo rozwijające. W dodatku widzimy naszego partnera w tej podwójnej roli – roli mojego ukochanego i w roli ojca, co też pokazuje szerszy obraz tej osoby. Całość tego układu ma przynosić w ogólnym, uczuciowym rozrachunku więcej zysków niż strat.

Dziękuję ci za te rozmowę.

Marta Chrościcka – psycholożka, diagnostka kliniczna i psychoterapeutka w trakcie certyfikacji. Pracuje z rodzinami, wspiera także kilka warszawskich przedszkoli, prowadzi warsztaty dla pedagogów dotyczące komunikacji z rodzicami i dziećmi, warsztaty rodzicielskie oraz grupy wsparcia dla mam. Ma troje dzieci – jedenastoletniego syna i siedmioletnie bliźnięta.

Dodaj komentarz