ferie zimowe współpraca zabawki

W ferie to my lubimy się nudzić

Przegląd rodzinnych czasoumilaczy

W ferie to my lubimy się nudzić
Joanna Bogusławska

Gdy przychodzą te wolne zimowe dni, można pomknąć w stronę ośnieżonych górskich masywów lub szukać plaż oświetlonych egzotycznym słońcem. Można też obrać kierunek kanapa i własne podwórko. Tam też czeka wiele opcji związanych zarówno z działaniem, jak i celowym odpuszczaniem.

Nie lubię ferii. Ta myśl jako pierwsza przepchała się zuchwale przed szereg. Przed oczami błyskawicznie stanęli mi podirytowani miłośnicy białego szaleństwa, którzy zamiast sportów, uprawiają stanie w kolejkach do wyciągów. I te stoki, na których gęsto od walczących o życie snowboardzistów i narciarzy. Te upstrzone deptaki pełne straganów, kiedyś z pamiątkami, a teraz po prostu z mnóstwem przedmiotów. Ani to ładnych, ani komukolwiek potrzebnych. A do tego jeszcze te zatłoczone drogi i niespodziewanie wydłużający się czas podróży. Kto ma dzieci nietrawiące wielogodzinnego zniewolenia w ciasnych fotelikach, ten wie, co to oznacza.

Takich ferii to ja faktycznie nie lubię, bo nie potrafię w takich warunkach odpoczywać (mówimy tu o wielkim resecie głowy, bo wyjazdy z małymi dziećmi z fizycznym odpoczynkiem zbyt wiele wspólnego nie mają). Zdecydowanie wolę opustoszałe turystyczne miasteczka, w których życie jakby się zatrzymało. Nikt nigdzie nie pędzi, nie ma harmidru i zbędnego zamieszania. Otwarte pozostają głównie knajpy, do których uczęszczają miejscowi.

Po fali pierwszych, niekoniecznie optymistycznych skojarzeń, pomyślałam, że jednak jest coś, co w feriach lubię. To pusta Warszawa! A to, co my najbardziej w niej lubimy wtedy robić, to zwyczajnie się nudzić. Na co dzień męczą mnie te poranki w pośpiechu, to nieodzowne napięcie, bo jeden musi być na spotkaniu, drugi chce zdążyć do przedszkola na zabawę, trzeci chciałby się jeszcze trochę pobawić w domu. Godzenie potrzeb czterech osób to nie jest bułka z masłem. Tym bardziej więc doceniam takie dni, w które wszyscy mamy wolne od wszystkiego, i nikt nic nie musi. I można się w spokoju ponudzić. Nic nie planować, nie myśleć o deadline’ach, „to do” listach i stanąć w kontrze do codziennej rutyny.

Zaczynamy wtedy od utęsknionych powolnych poranków. Z podziwem zawsze obserwuję przymrużonym okiem, jak chłopaki leżą sobie spokojnie w ciszy i czekają, aż obudzi się reszta. Alek najczęściej wykonuje jakieś dziwaczne kombinacje ruchów rąk. Może akurat ratuje świat, jak przystało na superbohatera. Jak obudzi się drugi z nich, zdarza im się tak uroczo szeptać. I wtedy pada najczęściej: „Tonio, idziemy do pokoju się pobawić?”. Tak zaczynają zawsze wolne dni i niewiele więcej im do szczęścia potrzeba. Czasem może tylko nas, rodziców, którzy w końcu mają przestrzeń, by do tej zabawy dołączyć. Nie muszą nigdzie oddzwonić, nikomu odpisać i nigdzie podjechać. Mają wolniejsze głowy i mogą próbować być tu i teraz. No, chyba, że akurat muszą przygotować śniadanie. Albo obiad. Albo… no, dobra – my, rodzice zawsze mamy coś do zrobienia, ale w takie dni jest tych rzeczy trochę mniej. Poza tym jakoś łatwiej zwyczajnie odpuścić. Tak sobie, jak i im.

Właśnie w takie dni zdarzają się te śniadania, które robią sobie sami. Zanim stałam się mamą, krytycznie patrzyłam na płatki z mlekiem, bo jakież to ma wartości i do tego sam cukier, ale rzeczywistość standardowo zweryfikowała moje poglądy – i jak tylko udało mi się znaleźć w mojej ocenie zdrowe odpowiedniki, to teraz widzę w tym lekcję samodzielności i kilka chwil w łóżku więcej.

Gdy brzuchy napełnione, można przejść się nad Wisłę, którą mamy nieopodal, i pobawić się w maszynę tnącą, w którą dzielnie przeobraża się tata. Albo przejechać metrem, z którego na co dzień nie korzystamy, bo tymczasem udaje się nam organizować życie tak, by nie tracić czasu na dojazdy.

Takie domowe ferie to też doskonały moment na to, by pokazać dzieciom swoje pasje, wpuścić je do swojego świata i pozwolić się rozgościć. W moim przypadku okazało się to doskonałym przyczynkiem do tego, by powchodzić trochę w kadr. Pozwolić chłopakom stać się na chwilę fotografami, a przy okazji uwiecznić się na zdjęciach, co za często się nie zdarza. Szczerze mówiąc – nie wiem, kto z nas bawił się lepiej!

A jeśli już mowa o zabawie – zobaczcie, co umila nam czas, który spędzamy w domu, a bez czego trudno nam się obejść podczas zimowych eskapad.

slow grow, czyli moc wrażeń sensorycznych

W gąszczu dziecięcych produktów wyjątkowo cenię te wytworzone lokalnie, z poszanowaniem środowiska, estetyczne i mające wartość edukacyjną. Zabawki slow grow, takie jak nasz zestaw składający się z drewnianej tęczy, szczypiec oraz szufelki, wspierają rozwój dziecka, w tym ćwiczenie małej motoryki, czyli sprawności dłoni i palców. Dotykanie, przekładanie, dopasowywanie, wodzenie, poznawanie kształtów i materiałów to fantastyczne ćwiczenia koordynacji „ręka-oko” oraz precyzji ruchów, a jednocześnie dobra zabawa. Alek ostatnio namiętnie przesypywał kulki z drewnianych miseczek różnej wielkości, szczególnie z największej do najmniejszej, i w skupieniu przyglądał się, jak większość z nich nie trafia w pożądane miejsce. Takie zabawy rozwijają koncentrację i pobudzają kreatywność, a ruchy dziecka stają się bardziej precyzyjne. Zauważa ono własne postępy i czuje dumę z samego siebie, a małe sukcesy bezpośrednio przekładają się na budowanie poczucia własnej wartości. 

rączki pracują z Marioinex

Nie ma u nas dłużej żyjących zabawek niż klocki. Swego czasu doktoryzowałam się w tym temacie i wciąż sprawdzałam, z czego jeszcze da się coś skonstruować. Doskonale działa u nas zasada efektu świeżości, czyli jedno pudło chowam na jakiś czas, inne wyciągam i zachwyt klockami nie mija. Wafle Marioinex towarzyszą nam w zasadzie od początku. Tonio zbudował już z nich z milion statków kosmicznych, nie wyobrażacie sobie więc jego zachwytu, gdy przyszło mu zbudować zestaw Kosmiczna Baza. Jestem naprawdę pod wrażeniem, jak rozwinęły się te produkty i ile historii wokół nich można zbudować, a cieszy mnie to tym bardziej, że jest to polska marka. 

W nowościach znalazły się też zestawy Mini Waffle City Street oraz Mini Waffle City Port – w nich po raz pierwszy pojawiają się figurki, do których zarówno ja, jak i dzieci, zapałaliśmy miłością bezwarunkową. Kris – złodziejaszek, Mary – ekspedientka, Lu – łobuziara i Nico – poszukiwacz przygód, spowodowały, że wyobraźnia moich dzieci dosłownie eksplodowała. Chłopcy błyskawicznie połączyli port z miastem i prześcigali się w wymyślaniu kolejnych scenariuszy zabawy.

luz i wygoda według Yellow Meadow

Kiedyś w dresie zdarzało mi się chodzić w domu i ewentualnie poćwiczyć. Dzisiaj coraz trudniej znaleźć powód, żeby tych dresów nie założyć. Okazji do strojenia jakby mniej. I nie to, żebym miała z tym problem. Cieliste rajstopy 20 DEN i garsonka na co dzień nigdy nie były moim marzeniem, ale ostatnio lubię właśnie w domu ten dres zrzucić. Rynek odzieży domowej jest w rozkwicie, szkoda by było nie skorzystać. Twórczynie Yellow Meadow, dwie siostry, wierzą, że najważniejsze rzeczy w naszym życiu dzieją się w domu – i trudno mi się z tym nie zgodzić. A ponieważ realizuję swój plan wchodzenia w kadr, to sprawiłam sobie krótkie bambusowe kimono tej marki oraz spodnie w ten sam wzór. I nie wiem, czy wyglądam kobieco, ale na pewno się tak czuję. Latem zaś zamierzam przetestować ten zestaw w warunkach plażowo-wakacyjnych.

domowy plac zabaw z Good Wood

Kto ma w domu dzikie stworzenia, którym nigdy nie wyczerpują się baterie, ten wie, że wszelkie sposoby na zużycie tej bezkresnej energii są niezwykle mile widziane. Latem można ratować się rowerami, hulajnogami, rolkami i sportami wszelakimi, w zimę oczywiście też jest sporo do zrobienia na powietrzu, ale siłą rzeczy więcej czasu spędzamy w domu. Po remoncie wyposażyliśmy pokój chłopców w drabinki, a ostatnio dołączyła także platforma sensoryczna od Good Wood. Z jednej strony przypomina latający dywan, bo można się na niej bujać i balansować – superzabawa i sposób na rozwój motoryki dużej. Z drugiej strony platforma stanowi tablicę grafomotoryczną, dzięki której przygotowanie do nauki pisania staje się przygodą przeżywaną wszystkimi zmysłami. Wodząc palcem, rysikiem czy pędzelkiem po wyrytych na niej kształtach, dziecko ćwiczy precyzję i przygotowuje dłoń do pisania. Do zabawy można wykorzystywać różne materiały. My na starcie użyliśmy poświątecznych posypek, ale nie polecam! Dzieci zamieniają się w posypkowych skrytożerców i to, co nie trafi na platformę, zlizują bezpardonowo z podłogi!

Z klockowych nowości testowaliśmy ostatnio także OPPI zestaw kreatywny Piks. Jego kluczowymi elementami są gumowe stożki Piks występujące w 3 rozmiarach oraz drewniane deseczki, z których każdy kształt zapewnia wsparcie dla różnych możliwości konstrukcyjnych, dzięki którym dzieci odkrywają równowagę. OPPI® zostało stworzone w 2018 roku we Francji przez dwóch braci: Hansela oraz Bastiena Schloupt. Zainspirowany osobistymi doświadczeniami z okresu dzieciństwa Hansel, zainteresował się projektowaniem zabawek terapeutycznych. Bastien (dyrektor produkcji w przemyśle graficznym w tamtym czasie) uważnie śledził projekty swojego brata i w końcu postanowili połączyć siły. Piks został opracowany w oparciu o badania i alternatywne rozwiązania zaburzeń uwagi i koncentracji (ADHD), a głównym celem zabawy jest poprawa uwagi i koncentracji dziecka.

szukajcie, a znajdziecie w KokoLeti

Jako była właścicielka sklepu online z ubraniami dla dzieci, nadal uwielbiam buszować po wirtualnych półkach i sprawdzać, co w trawie piszczy. Jest jednak taki moment w roku, w którym cała ta dziecięca radość znika. To wtedy, gdy przychodzi mi znaleźć dla dzieci buty zimowe. Co sezon jątrzę, jak to praktycznie niemożliwym jest znalezienie takiego modelu, który jest jedocześnie funkcjonalny, nie kosztuje milionów, dziecko jest w stanie w nim nie tylko powłóczyć nogami, ale i chodzić, a nawet biegać, a do tego nie mniej dla mnie istotne – dobrze wygląda. A jednak w tym roku się udało – idealnie sprawdziły nam się śniegowce Geox, które przeszły testy nie tylko śnieżne, ale i wodne. Brodzenie po kałużach, na których lód okazał się zbyt kruchy – zaliczone, i o dziwo skarpetki nadal suche. Jeśli tak jak ja, nie przepadacie za przeglądaniem milionów produktów (tak, wiem, że są filtry, ale wciąż nie spotkałam kategorii: buty, które spodobają się Joannie), a wolicie te już przeselekcjonowane, to koniecznie zajrzyjcie do KokoLeti – buty dla dzieci – sklepu, który otworzyła pewna mama dwóch córek, którą tak jak mnie, nie do końca satysfakcjonował asortyment dostępny w jej mieście.

bierzemy Reimę na spacer

Nie ma złej pogody, są tylko źle ubrane dzieci. To moja dewiza od początku matkowania i praktycznie od razu zaprzyjaźniłam się z marką Reima. W każdej kolekcji znajdę dokładnie to, czego szukam w sezonie jesienno-zimowym. Ich kurtkom i kombinezonom niestraszny jest deszcz, śnieg, wiatr i mróz. Rozmiarowo starczają na dwa sezony, a że wciąż wyglądają jak nowe, to spokojnie czekają na młodszego syna, a po nim zapewne kolejne dzieci będą je jeszcze nosić. W tym roku testujemy także bluzę z miękkiej dzianiny polarowej, której właściwości termoregulujące idealnie chronią moja dzikie dziecko przed przegrzaniem.

OHANA, czyli rodzina po hawajsku

Pamiętacie, jak w liceum kazali wam się określić? Humanista czy ścisły? Dziś już wiem, że można być jednocześnie umysłem analitycznym i twórczym. Dlatego staram się nie zastanawiać, dlaczego chwilę po obkupieniu dzieci we wzorzystą garderobę, tęskno spoglądam na gładki, stonowany basic. Dywersyfikacja to mój sposób na urozmaiconą codzienność. I tak oto, gdy zapragnę soczystych wzorów, zawsze zaglądam do Hey Popinjay, a jak ostatnio zmęczyły mnie misie i króliczki na dziecięcej zastawie, to sięgnęłam po gładkie, minimalistyczne naczynia bambusowe Ekobo. Obie marki dostępne są w sklepie Ohana – przestrzeni stworzonej przez Olę, mamę dwójki – z myślą przede wszystkim o kobietach w ciąży i tych niedługo po, ale jak widać, można tu upolować też coś dla starszaków.

Materiał powstał we współpracy ze slow grow, Marioinex, Yellow Meadow, Good Wood, KokoLeti, Reima oraz Ohana.

Coś dla Ciebie

Tulenie Piny

Tulenie Piny

Dodaj komentarz