raport ładne bebe

Ukryte koszty pandemii, czyli co lockdown robi z dziećmi?

Jak pomóc najmłodszym – radzą eksperci

Ukryte koszty pandemii, czyli co lockdown robi z dziećmi?
Ilustracje: Pola, Józia, Henio

Opóźnienie w rozwoju społecznym, otyłość, uzależnienia od ekranów. Ale często też nowe kompetencje: nauka czytania ze zrozumieniem, samodzielność, umiejętność organizowania sobie wolnego czasu. Przyglądamy się temu, co dzieciom zrobiła pandemia, i pytamy ekspertów, jak temu wszystkiemu zaradzić.

Mój pięcioletni syn dostał we wrześniu uwagę od psychologa, minusa za umiejętności społeczne. Powiedział, że nie podszedłby do płaczącego kolegi na placu zabaw: Mógłbym zarazić się wirusem, mamo. Zrozumiałam, że skoro w empatycznym domu, w którym nikt nie histeryzuje, ani nie cierpi bezrobocia, dziecko nagle boi się pomóc koledze, to lockdown nie jest wyłącznie problemem gospodarczym. Jak dalsza izolacja, dystansowanie społeczne i edukacja zdalna wpłyną na dzieci? Wraz z ekspertami szukam odpowiedzi na pytanie, od którego wielu z nas chciałoby uciec. Ale nie uciekajmy, stawmy mu czoła, by móc maksymalnie wesprzeć swoje rodziny.

Raport jest podzielony na rozdziały, ze względu na obszerność – tak, by każdy mógł wybrać dotykające jego rodzinę zagadnienie. Pod każdym akapitem opisującym trudne zjawisko znajdziecie miniporadnik zatytułowany „Co możemy zrobić”. Jak się okazuje, przed nami całkiem sporo możliwości wspierania dzieci i siebie. A zatem – zapraszam. Przed wami #raportładnebebe.

TRUDNE EMOCJE

Lęk, strach, niepewność. Od początku pandemii doświadczyła tych uczuć większość dorosłych. A dzieci? Nie miałam świadomości, że używam sformułowań, rozmawiam o pandemii i chorobach w pewnych nieodpowiednich kontekstach przy dziecku – przyznaje się Ania Górecka, mama dwójki. Dałam się ponieść swoim emocjom i zapomniałam chronić świat syna. Oczywiście wiele się na to złożyło – zamiast słyszeć w pracy „take it easy”, pracowałam po dziesięć godzin dziennie, a wszystko inne nieumyślnie zepchnęłam na drugi plan, w tym komfort i naszą wewnętrzną harmonię – dodaje. Jak wielu rodziców znalazło się w podobnej sytuacji podczas „pierwszego lockdownu”, a jak wielu przeżywa te same rozterki obecnie?

Badania nad skutkami emocjonalnymi pandemii są świeże. W USA opublikowano raport, z którego wynika, że napięcia i lęki związane z poczuciem braku kontroli u sześciolatków wzrosły aż o 30%. Naukowcy alarmują, że dzieciom oberwało się niekiedy mocniej, niż dorosłym. Wśród rodzimych ekspertów apelujących o zadbanie o zdrowie psychiczne w czasie wprowadzania obostrzeń była m.in. była Anita Janeczek-Romanowska, psycholog, współzałożycielka Ośrodka wsparcia i rozwoju Bliskie Miejsce. Wielu ludzi ma przed sobą znak zapytania w kontekście bezpieczeństwa ekonomicznego. A tymczasem muszą opiekować się dziećmi. Warto zadać sobie pytanie, czy stosując się do zaleceń sanitarnych, zadbaliśmy równie mocno o zdrowie psychiczne, swoje i swojej rodziny. Rolą dorosłych jest uwolnić dzieci od ciężaru, który niosą. Pandemia trwa już niemal rok – to dużo dla nas, dorosłych, a dla przedszkolaków to niekiedy jedna czwarta ich życia – mówi.

Pandemiczne komunikaty radiowe, kampanie społeczne, ludzie w maseczkach – to wszystko przenika do świata najmłodszych, i ma wpływ na ich stan psychiczny, a niekiedy także rozwój. Dr Angela Tomlin z Uniwersytetu w Indianie (USA) uważa, że dzieci dopiero uczą się czytać z twarzy emocje i to na ich podstawie podejmują decyzje, dlatego maseczki skutecznie utrudniły najmłodszym ważną naukę funkcjonowania społecznego. Na to samo zwraca uwagę Anita Janeczek-Romanowska:

„Dzieci widzą ludzi do połowy, w maseczkach, nie mają pełnego odbioru mimiki”

Wielu rodziców dopiero po upływie czasu zrozumiało, że zrzucanie odpowiedzialności za ograniczenia na lockdown (zamknięta jest sala zabaw, nie da się zorganizować urodzin, nie można pobawić się z dziadkiem) powoduje, że maluchy traktują wirusa jak źródło niepokoju. Według doniesień organizacji pozarządowych (m.in. Plan International) starsze dzieci nie boją się zarażenia, ale raczej jego konsekwencji społecznych i gospodarczych. Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę we wrześniu przeprowadziła badanie wśród nastolatków, pytając o to, jak znoszą pandemię. Jedna trzecia dzieci w wieku 13-17 lat określiła swój stan psychiczny jako zły. Źródłem stresu u młodzieży najczęściej były fatalne relacje z członkami rodziny, z którymi pozostawali w zamknięciu, a także obawa o utratę pracy rodziców. Szukając remedium na trudne emocje lockdownu, powinniśmy posiłkować się tym, co psychologia wypracowała na temat radzenia sobie z kryzysami, i na tym, co już wiemy o dzieciach – nie tylko w dobie COVID-19 – proponuje psycholog Anita Janeczek-Romanowska.

 Co możemy zrobić?

Zdaniem ekspertów należy się negatywnymi emocjami zaopiekować. Anita Janeczek-Romanowska przekonuje: Trzeba być dla siebie łagodnym, przyjąć, że być może nie podołamy wszystkim wyzwaniom. Warto pamiętać, że nic w rodzinie nie działa liniowo: to że rodzic wyzbył się lęków i obaw, niekoniecznie oznacza, że jego emocje automatycznie przejdą na dziecko. Funkcjonujemy w złożonych systemach: szkolnym, rodzinnym, ale też państwowym. Rodzicom każe się pomieścić w sobie pewien trud, ale nie ma metody na to, by zaopiekować się samymi rodzicami. Tymczasem nie będziemy mieli z czego nalać do dziecięcego kubeczka, jeśli sami się nie zatroszczymy, by nasz kubek był pełny. Czynnikiem chroniącym może być uczciwa rozmowa o strachu, ale w kontekście nadziei i sprawczości. Trzeba podkreślać, co jest naszą strefą wpływu: możemy o siebie zadbać, pójść na spacer, zdrowo się odżywiać. 

„Nie chodzi o to by wykupić cały Octenisept z apteki, ale o to, by nie być biernym”

Wirus to już nie 600 przypadków, jak było wiosną, ale problem wszechobecny – dzieci stykają się z chorobą znajomych, nauczycieli, członków rodziny. Należy więc otwarcie mówić o tym, co czujemy, rozmawiać o lęku, robić w domu przestrzeń na niepokój i trudne pytania. Dzieciom mówmy o tym, że strach jest ważny, bo nam różne rzeczy podpowiada i nas ostrzega. Jednak starajmy się, by nami nie rządził – radzi psycholog Anita Janeczek-Romanowska.

Jeśli przed wami trudna rozmowa z dzieckiem o utracie pracy – wsparcie znajdziecie tu.

SAMOTNOŚĆ

Mój Nikodem miał w czasie pierwszego lockdownu ewidentne objawy spadku nastroju. Był smuty, dużo spał i mało jadł, żalił się, że nie może pójść z kolegami pograć w piłkę i się pobawić – mówi Karolina Mikuliszyn, mama czwórki. Zdaniem Marty Bieniak, publicystyki i aktywistki walczącej m.in. o prawa rodziców, dzieci niepełnosprawnych:

„Beztroska w kontaktach z rówieśnikami bywa dla rozwoju dziecka ważniejsza, niż sama twarda edukacja”

Moja 10-letnia córka Marianna zapytana o to, czego najbardziej brakuje jej podczas izolacji, odpowiedziała, że tęskni za spotkaniami na żywo z koleżankami, „by porozmawiać i pożartować”. Zaznaczyła przy tym, że mówienie do komputera to nie to samo, bo nie ma takiej atmosfery jak na żywo. Myślę, że za sformułowaniem „rozmowa na żywo” kryją się te wszystkie dziewczyńskie chichoty na szkolnych korytarzach i chłopackie przechwalanki na boisku, różne nieuchwytne sytuacje, kluczowe dla rozwoju społecznego człowieka – komentuje Marta Bieniak.

Ograniczony kontakt z rówieśnikami w czasie pandemii to nie tylko problem nastolatków. Niedawno na łamach Ładne Bebe przedszkolanka, studentka pedagogiki Maria Bator, pisała o życiu dziecka w przedszkolu w ten sposób: Dopiero drugi rok przedszkola daje w pełni możliwość społecznego zaczerpnięcia, zrobienia sobie miejsca w grupie i wybrania – z kim lubię rzeczywiście się bawić? Kiedy to się zadzieje, zaczyna się cudowny, szczęśliwy czas wspólnego biegania po ogródku, wymyślania razem historii i fabuł, prawdziwego koleżeństwa (cały tekst przeczytacie tu). Patrząc na cytat w kontekście lockdownu, widać, że dzieci na dłuższy czas pozbawione możliwości kontaktu z grupą rówieśników tracą możliwość rozwinięcia kluczowych kompetencji społecznych. Rodzice niestety nie mogą zastąpić kolegów.

Anita Janeczek-Romanowska, psycholog i terapeutka, tłumaczy, że na różnych etapach przedszkolaki mają różne zadania i potrzeby rozwojowe: 4-6 latki są dziećmi, które mają dużo potrzeb społecznych. Samotność, z którą borykały się wiosną i na kwarantannach, niesie ze sobą konsekwencje. Na długie tygodnie ich punktem odniesienia stali się rodzice. Wiele dzieci kompensowało sobie ten deficyt, delegując nas, rodziców do pewnych ról społecznych. Chciały z nami rozmawiać, opowiadać, stale się bawić… A gdzie rodzic ma to wszystko pomieścić, mając swoje trudy, obowiązki, obawy o utratę pracy? Jestem za tym, by szukać strategii na zapewnienie dziecku kontaktu z rówieśnikami, przy zachowaniu zaleceń GIS.

Co możemy zrobić?

Słuchając psycholog Anity Janeczek-Romanowskiej, Powinniśmy być wyczuleni na to, czy nie staliśmy się jedynym punktem odniesienia dla naszych dzieci. Upewnijmy się, czy nadal mają przestrzeń na jakieś kontakty społeczne na miarę swojego wieku. Z jednej strony ograniczają nas zalecenia, by się dystansować, ale może jesteśmy w stanie zapewnić naszemu dziecku ten element niezbędny dla zachowania zdrowia psychicznego, jakim jest kontakt z innym dzieckiem? Możemy umawiać się z rodzinami, które już przechorowały wirusa, spotykać się w parku z zachowaniem dystansu, żeby tylko dzieci miały ze sobą kontakt.

Są rodziny, które bawią się ze sobą online, szykują figurki czy grę w statki… to jest pomysł dla tych osób, które są od siebie daleko. Czasem oczywiście nie ma sposobu, bo przebywamy w izolacji –  wtedy rodzice muszą mieć gotowość, by zaspokoić dziecku potrzeby społeczne, czyli w pewnym sensie wejść w rolę przypisaną rówieśnikom. Trzeba także stworzyć przestrzeń na słuchanie – o tęsknocie, o pretensjach, że nie tak miała szkoła wyglądać, że nie takie miały być urodziny. Dajmy dziecku miejsce na przeżycie tej straty, jaką jest izolacja – podsumowuje Janeczek-Romanowska.

KOSZMARY ADAPTACJI

Niezliczonym rodzinom pandemia zbiegła się w czasie z debiutem dziecka w przedszkolu lub szkole. Zdaniem psychologa Anity Janeczek-Romanowskiej, pierwszy lockdown paradoksalnie uchronił część dzieci przed stresem: Wiosną, mimo różnych wersji zdalnego i hybrydowego nauczania, wszystko rozgrywało się w domach, nie w placówkach. Pozwoliło to części dzieci, zwłaszcza pierwszakom, uniknąć tzw. stresorów placówkowych, pominąć trudne zadanie, jakim jest adaptacja – zauważa nasza ekspertka. Zupełnie inaczej wyglądał wrzesień 2020. Wiele placówek zbyt serio potraktowało zalecenia GIS. Kolejki do mierzenia temperatury wielu rodziców do dziś wspomina w emocjach. Mój syn tragicznie przechodzi adaptację w przedszkolu. Panie noszą maseczki, nie widzi ich, nie zna ich twarzy. Z sali zabrano dywany, wszystkie miękkie zabawki, półki są puste, dzieci nie mogą się do siebie zbliżać. Mały płacze, gdy go zostawiam – relacjonowała we wrześniu przedszkolny debiut Katarzyna, mama trzylatka z jednego ze śródmiejskich przedszkoli w Warszawie. To nie był odosobniony przypadek. Anita Janeczek-Romanowska zauważa:

„Widziałam przedszkole, które kijami od szczotki odmierzało, w jakich odstępach dzieci mogą od siebie stać. Wielu placówkom edukacyjnym procedury i podążanie za wytycznymi sanitarnymi przesłoniło potrzebę zadbania o dobrostan psychiczny dzieci”.

Janeczek-Romanowska pomagała rodzinom, które przechodziły adaptację w tym najgorszym z możliwych okresie: Mnóstwo moich klientów żaliło się, że nie może wejść do budynku, pożegnać się, wesprzeć swojego pierwszaka… Adaptacja odbywała się niekiedy w strugach deszczu, na ulicy przed budynkiem. A przecież GIS zostawił w zaleceniach przestrzeń do zorganizowania przedszkolnej adaptacji, zezwolił rodzicom na wchodzenie z dziećmi do szatni. Wielu kierowników placówek poszło jednak w stronę usztywnienia, w którym stracono dzieci z oczu. Sporo pomysłów nie miało uzasadnienia, a mogło sprowadzić negatywne konsekwencje na maluchy. Znam rodziny, w których z powodu takich warunków rodzice po prostu rezygnowali z adaptacji  – dodaje. Z kolei Magda Modrzewska, założycielka warszawskiego przedszkola Blossom, podkreśla, że u dyrektorów placówek przewodnikiem powinien być zdrowy rozsądek.

Zdaniem Magdy Modrzewskiej w adaptacji najważniejsze jest dobro dziecka, a nie wygoda przedszkola. Magda mówi: Niektóre placówki – co mnie szokuje – popierane także przez część rodziców, praktykowały skracanie adaptacji do minimum, np. do jednego dnia. Takie podejście jest szkodliwe i przyczynia się do traumatyzowania dzieci. Maluchy mają różną wrażliwość i różne doświadczenia. Niektóre przychodzą do placówki w sytuacji, kiedy wcześniej prawie w ogóle nie rozstawały się z mamą. Potrzeba im czasu, aby oswoić się z otoczeniem, z nauczycielami, z nową sytuacją. W sali jest głośniej niż w domu, więcej się dzieje, jest znacznie więcej bodźców. Mamy takie przypadki, że rodzice wraz z nami adaptowali dziecko 2 miesiące. I tylko ich cierpliwość i współpraca z nami przyniosła nam wspólny sukces – komentuje Modrzewska, dla której bliskościowe podejście w jej przedszkolu to priorytet. Czy rozmawianie z przedszkolakami o wirusie w placówce jest wciąż konieczne? Według mnie na tym etapie z większością dzieci nie ma sensu o pandemii rozmawiać, bo dziś już dwulatki wiedzą, o co chodzi – mówi Magda.

Myjemy ręce, codziennie dezynfekujemy sale lampą UV, sprzątamy mopem parowym, w tym także dywany. Rodzice przyprowadzają dzieci do szatni i tam je odbierają. To ogranicza kontakty międzyludzkie. Ale nie oszukujmy się: zachowanie dystansu społecznego w klasie jest utopią – zarówno między nauczycielami, jak i dziećmi, dlatego też napinanie się na sztywne reguły sanitarne w placówkach nie ma sensu – podsumowuje założycielka przedszkola Blossom.

Co możemy zrobić?

Nawet teraz możemy zminimalizować negatywne skutki surowej adaptacji. Rodzice mogą korzystać z narzędzi, jakie daje im regulamin placówki czy regulamin Rad Rodziców, by wpływać na postępowanie kierownictwa, łagodzenie radykalnych zasad związanych z higieną. Optymalnie jest, gdy adaptacja niczym się nie różni od tej sprzed pandemii – tyle, że rodzic jest w masce, w ochraniaczach na obuwie i w płaszczu ochronnym – mówi Magda Modrzewska, i dodaje: Radzę rodzicom przemyśleć swoją gotowość do pozostawienia dziecka w obcych rękach, zastanowić się, czego się obawiamy (czy np. zmiany rutyny dziecka, obawa przed płaczem) i przedyskutować to z nauczycielami. Dobrym pomysłem jest wspieranie rodziców rozmową z psychologiem, jeśli jest taka potrzeba. Przedszkola powinny taką możliwość zapewnić. W moim przedszkolu napisaliśmy z pomocą naszej pani psycholog poradnik adaptacyjny, po to właśnie, żeby wesprzeć rodziców w tej nowej dla nich sytuacji.

EDUKACJA ZDALNA

Od początku pandemii szkoła stanowiła gorący temat dyskusji. W opinii publicznej najczęściej słychać głosy rozczarowania i irytacji nauką online, choć część rodziców odkryła w sobie powołanie do edukacji domowej. Pierwszym sprawdzianem tego, jak szkoły poradziły sobie w prowadzeniu zajęć zdalnych, był wrzesień. Po powrocie z wakacji okazało się, że niektóre dzieci w klasie córki wręcz cofnęły się w rozwoju. Ruchowym, a także społecznym – mówi Melania Deresz, nauczycielka fizyki i mama dwójki dzieci. Mam córkę w trzeciej klasie. Jej wychowawczyni na początku nowego roku szkolnego stwierdziła, że musi rozpocząć pracę wychowawczą od nowa. Nauczyć dzieci, że nie biegamy po sali, odpowiadamy po kolei, że trzeba podnieść rękę, by się zgłosić. To pokazało, jak trudno maluchom wrócić po lockdownie do trybu współpracy – mówi Melania Deresz i dodaje:

„Najbardziej jednak rzucał się w oczy duży spadek kompetencji grafomotorycznych i ogólnie – umiejętności ruchowych”

W nauczaniu początkowym bardzo łatwo wyszło, który rodzic zapewniał swoim dzieciom harmonijny rozwój w czasie kwarantanny. Niewielu postarało się o minimum ruchu, aktywności plastyczne, naukę wycinania i pisania. Najczęściej nie było śladu, by dzieci na kwarantannie cokolwiek robiły w domu po lekcjach – zauważa Melania Deresz. Z kolei zdaniem Marty Młyńskiej, edukatorki i konsultantki do spraw nauczania kreatywnego, po wprowadzeniu edukacji zdalnej wielu nauczycieli za bardzo skoncentrowało się na ocenianiu, zamiast na docenianiu: Skupiono się na realizacji podstawy programowej, zamiast wsparciu dziecka, postawieniu na relację i po prostu byciu z nim, towarzyszeniu w tej trudnej podróży, jaką jest rozwój młodego człowieka. Szkoda.

Agata Tomala, nauczycielka zajmująca się edukacją wczesnoszkolną, pracująca w Warszawie, także nie kryje rozczarowania: W czasie pierwszego zamknięcia szkół widziałam szansę na zmiany w edukacji – liczyłam, że wreszcie będziemy uczyć dzieci odpowiedzialności, samodzielności w zdobywaniu wiedzy.

„Liczyłam, że zaczniemy odchodzić od stałej kontroli uczniów, od sprawdzianów, klasówek, odpytywanek. Niestety, rzeczywistość okazała się inna”.

Wiem, że dużo dzieci zostało zalanych pracami do wykonania. Do tego doszły stresujące uczniów goniące terminy (niektórzy nauczyciele blokowali możliwość oddania prac po czasie), kontrola stała się jeszcze większa. Frustracja dotyczyła nie tylko uczniów i rodziców, ale też samych nauczycieli, bo sprawdzenie i opisanie na przykład wypracowań, jest czasochłonne samo w sobie. A w warunkach zdalnych – tym bardziej – komentuje Agata Tomala, na co dzień ucząca w podstawówce. Kontrolujący i obciążający ucznia system lekcji to poniekąd też odpowiedzialność rodziców. Wielu z nich, zwłaszcza tych, których dzieci miały odbyć egzaminy ósmoklasisty, naciskało na szkoły by „gonić z programem” i robić więcej testów. Najczęściej działo się tak w publicznych szkołach, które w wielu przypadkach później niż prywatne wprowadziły regularne lekcje online. Dzieci z takich szkół pozostawały więc w tyle w stosunku do rówieśników z placówek bardziej zaawansowanych w nowych technologiach. To zatroskało wielu rodziców i nakręciło spiralę uczniowskiego wyścigu szczurów.

Agata Tomala, która pracuje w szkole publicznej, tłumaczy: Widziałam, że wielu nauczycielom zrozumienie technicznych aspektów lekcji online sprawiało trudność. Rodzice często wymagali, by spotkania na Zoomie i Teams odbywały się jak najczęściej, jak najdoskonalej. Pamiętajmy, że my, nauczyciele, nie byliśmy nigdy przyzwyczajeni do takiej formy pracy. Ja sama przystępując do lekcji online, zastanawiałam się, czy wszystko dobrze ustawiłam i przygotowałam. Byłam zestresowana, wiedziałam, że poza dziećmi obserwują mnie rodzice – wyznaje.

Przemek Staroń, nauczyciel i edukacyjny guru znany z nowoczesnych, niekonwencjonalnych metod nauczania zauważa, że żadne technologie nie pomogą, jeśli nauczyciel nie stworzy z uczniami głębokiej i wartościowej relacji. Najważniejszym narzędziem edukacyjnym jest osobowość nauczyciela i nauczycielki. Można świetnie funkcjonować w świecie online, znać setki aplikacji i platform e-learningowych, a zupełnie nie posiadać fundamentalnej umiejętności prowadzenia autentycznej, prawdziwej rozmowy o emocjach, uczuciach i przeżyciach, o spostrzeżeniach, wrażeniach, nadziejach i marzeniach. Relacje są istotą naszego życia, więc edukacji także. Dopiero, gdy je zbudujemy, możemy skutecznie wejść z dzieciakami w świat nauki – mówi Staroń. Gdy damy dzieciom poczucie, że mogą na nas liczyć, że je wspieramy, że są dla nas ważne i że je doceniamy, a nie ciągle oceniamy, to będzie już ogromny sukces. Zdaniem Przemka Staronia dopiero po nawiązaniu trwałej relacji z uczniami i zdobyciu tzw. metakompetencji powinniśmy omawiać budowę atomu czy oka jaszczurki.

Co możemy zrobić?

Nauczyciele zwracają uwagę na dwa obszary – maksymalne zbliżenie się do dzieci, z drugiej życzliwość i wyrozumiałość: dla siebie, uczniów i pedagogów. Przemek Staroń podkreśla: Powtarzam jak mantrę za Lisem i Małym Księciem, że „dobrze widzi się tylko sercem”, a „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. Bądźmy bardziej otwarci, empatyczni, życzliwi. Spójrzmy na to, jakie emocje w nas samych buzują, potem spróbujmy to nazwać, zaakceptować i zacząć trudną pracę nad sobą.

Zdaniem nauczycielki Agaty Tomali rodzice dużo wymagają od pracowników placówek edukacyjnych, pomijając fakt, że wielu pedagogów pełni więcej życiowych ról, niż tylko bycie uczącym: Rodzice zapominają, że mamy swoje rodziny, gorsze dni, problemy, że chorujemy. Koleżanka nauczycielka przy trójce dzieci i mężu prowadzącym wykłady online, lekcje ze swoją klasą musi prowadzić z łazienki… Cieszyła się, że Teamsy mają opcję zmiany tła – opowiada Agata. Rolą rodziców jest więc nie tylko odpuścić dzieciom, ale także nauczycielom. Ucząc zdalnie poświęcam sporo czasu na przygotowanie, przez kilka godzin tworzę prezentacje do samodzielnej pracy dzieci, trzy godziny trwają nasze spotkania online, poza tym prowadzę rozmowy telefoniczne, odpowiadam na wiadomości rodziców, sprawdzam prace, mamy rady pedagogiczne i różne zebrania. Społeczeństwo widzi tylko mały wycinek naszej pracy i ma wrażenie, że dostajemy teraz pensję „za siedzenie w domu” – zwraca się do rodziców Agata. Marta Młyńska, ekspertka od kreatywnego nauczania, udziela zaś wskazówek nauczycielom:

„Lekcje oczywiście nie powinny trwać dłużej niż 30 minut. Trzeba przede wszystkim budować pozytywną atmosferę i postawić na relacje z uczniami”.

Zdaniem Marty, gdy nauczyciel/nauczycielka zauważa, że dzieci są zmęczone, zdemotywowane, przebodźcowane, musi coś z tym zrobić. Może zwyczajnie porozmawiać? Zminimalizować ilość bodźców, nie zadawać prac domowych, postawić na rozwój kreatywności? Na przykład polecić zrobienie pracy plastycznej czy jakiegoś projektu interdyscyplinarnego, który nie będzie wymagał bycia online? – proponuje Marta Młyńska. Agata Tomala, która interesuje się niekonwencjonalnymi metodami nauczania i sama wdraża je w swojej klasie, zachęca nauczycieli do kreatywności i szukania niesztampowych metod nauczania. Dla mnie największym wyzwaniem aktualnie jest stworzenie takich warunków, by dzieci poza pisaniem i rozwiązywaniem zadań miały możliwość działania. To da się zrobić, ale jest to inne, trudne. Nie chcę obciążać rodziców przygotowywaniem takich działań. Uważam, że w obecnej sytuacji musi być najprościej, jak się da. Niemniej jednak robiliśmy już na lekcji wspólnie śniadanie, eksperymentowaliśmy, dzieci urządziły w domu królestwo matematyki – opowiada o swoich zajęciach z edukacji wczesnoszkolnej.

Czasem najprostsze rozwiązania są najlepsze. Niektórzy nauczyciele wprowadzają „luźne pierwsze 10 minut lekcji” od 8.00 do 8.10, dając w tym czasie dzieciom czas na pogadanie ze sobą na Zoomie, dokończenie śniadania, zaspokojenie innych potrzeb. Dopiero potem przechodzą do właściwego przerabiania materiału. Warto zachęcić do tego wychowawców swoich dzieci, bo być może jest to rozwiązanie, które pomoże każdej ze stron: dzieci nie muszą stresować się perfekcyjną punktualnością, nauczyciel ma czas na „rozgrzewkę”, a rodzic zyskuje poczucie, że dziecko dostaje na zdalnych lekcjach coś więcej niż wkuwanie materiału.

NADKONTROLA

Osobnym problemem pandemicznym jest niebezpieczny wzrost tendencji do kontrolowania dzieci, szczególnie przez już wcześniej nadmiernie kontrolujących rodziców. Pisałyśmy o takim rodzicielstwie niedawno w raporcie „Nadrodzice”. W międzyczasie magazyn New York Times opublikował tekst o tym, jak nachalne włączanie się w proces zdalnej edukacji niekorzystnie wpływa na naukę i rozwój ucznia.

Agata Tomala, nauczycielka z Warszawy, zwraca uwagę, że w młodszych klasach obecność rodziców podczas lekcji na Zoomie bywa nie tylko krępująca, ale wręcz szkodliwa: Choć zdaję sobie sprawę, że obecnie rola wsparcia rodziców jest ogromna, to podczas lekcji online chciałabym, aby dzieci pracowały same, tak jak ma to miejsce w szkole. Dzieci mają prawo nie wiedzieć czegoś, nie chcieć zgłaszać się do odpowiedzi. Mało aktywni uczniowie często więcej zapamiętują z lekcji, niż wtedy, gdy stresują się popychaniem do odpowiadania. Podczas swoich zajęć online często słyszę szepczące podpowiedzi rodziców, zachęty do zgłaszania się. Według mnie lepiej, by dzieci pracowały jak najbardziej samodzielnie, szczególnie w dobie edukacji online – mówi Agata.

Przemek Staroń także z niepokojem komentuje zjawisko rodziców-podpowiadaczy. Niejednokrotnie dochodziły do mnie takie informacje i otrzymywałem tego typu wiadomości od znajomych edukatorek i edukatorów, co – przyznam szczerze – wywołuje we mnie wiele emocji. Po pierwsze mam poczucie, że może to wynikać z potrzeby pomocy dziecku, choć niestety często jest przeciwskuteczne. Po drugie, często rodzice zachowują się tak, gdyż sami są zalęknieni i dzięki kontrolowaniu dzieciaków czują, że mają wpływ na czynniki zewnętrzne, że mogą kontrolować rzeczywistość. Jest to forma mechanizmu obronnego, pozwalająca funkcjonować naszej psychice. Mam też niestety poczucie, że część rodziców przejawia coś w rodzaju nadmiernej ambicji, której nie potrafią odpuścić nawet w obliczu pandemii. Muszą mieć pewność, że ich dzieci świetnie sobie radzą, że są najlepsze. Często tym samym kompensują odczuwane przez siebie własne braki i leczą swoje kompleksy – zauważa Staroń.

Co możemy zrobić?

Przemek Staroń radzi, by postawić na autorefleksję i edukację psychologiczną. Czy przypadkiem nie stajemy się nadmiernie kontrolujący tylko dlatego, że szkoła dziecka przeniosła się do pokoju obok? Absolutnym clou jest to, co zostało wyryte na frontonie świątyni Apollina w Delfach: Nosce te ipsum – poznaj samego siebie. Wszystkie nieadekwatne postawy w stosunku do własnych dzieci biorą się z niezajęcia się nieszczęśliwym, nieutulonym dzieckiem w samym sobie. Od tego trzeba właśnie zacząć. Od czułego zajęcia się sobą, a tym samym przepracowania własnych emocji, frustracji, oczekiwań.

Staroń, który jest także psychologiem, zachęca, by rodzice nie zaniedbywali edukacji psychologicznej. Samopoznanie, samoświadomość i umiejętność pracy nad emocjami – to nam będzie pozwalało czuć harmonię wewnętrzną i spokój, a także zyskać siłę i moc, by pomagać innym, by czynić ten świat lepszym i posuwać go codziennie choćby o milimetr do przodu – mówi.

DEFICYT KONTAKTU Z PRZYRODĄ

W kategorii „absurdy pierwszego lockdownu” wygrywa bezapelacyjnie zamknięcie lasów – zauważa Marta Bieniak, mama trójki, publicystka i aktywistka. O tym, żeby pomimo obostrzeń próbować zapewniać sobie kontakt z naturą, apelowało wielu mainstreamowych ekspertów, jednak realia pandemii nie uchroniły całych rodzin przed deficytem przebywania na łonie przyrody. Przykładem może być historia Anny Michalskiej, zamieszkałej w Łodzi mamy dwójki, która od zawsze starała się regularnie bywać z dziećmi w lesie i na spacerach. Niestety jej rodzina trafiła na kwarantannę z powodu zarażenia wirusem. Wyzwaniem stały się niespożyte pokłady energii – nasze dzieci dotąd prawie codziennie odwiedzały las, plac zabaw, miały dużo aktywności, najczęściej na świeżym powietrzu, starsza córka chodziła na lekką atletykę i basen. Nagle pozostał nam tylko balkon. Sytuacja, w której nie mogłam wyjść z domu, była dla nas szokiem – relacjonuje.

Wychodzenie na zewnątrz to nie tylko ruch. Obcowanie z naturą jest szczególnie ważne, w tym specyficznym dla nas czasie. W trakcie aktywności na świeżym powietrzu dzieci mają możliwość odpocząć i odetchnąć od komputerów, które codziennie towarzyszą im podczas zdalnej edukacji. Wielką zaletą wyjścia w przyrodę jest poznawanie świata wszystkimi zmysłami. Naturalne bodźce, jak szum drzew, zapach igliwia, obserwowanie ptaków, dotykanie leśnych tekstur, wspierają prawidłowy rozwój dziecka oraz wpływają wyciszająco na ich młody system nerwowy – zwraca uwagę Ania Jodełka, edukatorka specjalizująca się w tzw. leśnych warsztatach i autorka poradnika dla rodziców i nauczycieli.

Pracuję w prywatnej szkole podstawowej, w której prowadzę projekt pt. „leśna świetlica”. Towarzyszyłam uczniom w ich ostatnim dniu nauki i obserwowałam, z jakim smutkiem, zrezygnowaniem, bezsilnością opuszczają szkolne mury. Świadomość izolacji, brak wychodzenia z rówieśnikami na dwór, niepewność co do przyszłości, stała się dla wielu dzieci przytłaczająca – mówi Ania, która słynie z wypraw z dziećmi do lasu bez względu na pogodę.

Co możemy zrobić?

Ania Jodełka po zamknięciu szkoły, w której pracuje, przeniosła swoje działania do sieci, gdzie zachęca uczniów i rodziców do wychodzenia na spacery do parku, czy wędrówki do lasu: Łączę się z dziećmi przez kamerkę online, by chwilę porozmawiać i przekazać im leśne zadanie, które mają do zrealizowania na świeżym powietrzu. Ich zaangażowanie, zainteresowanie naturalnym światem, chęć przeżycia leśnej przygody, odkrywanie miejskich i wiejskich okolic, utwierdza nas, dorosłych w tym, że przebywanie na łonie natury jest niezwykle istotne i wartościowe – mówi Ania.  Priorytetowym celem rodzica, który chce przywrócić u dziecka dobrostan psychiczny i fizyczny w czasie pandemii, powinno być zatem zadbanie o przebywanie na świeżym powietrzu i kontakt z przyrodą każdego dnia. Swobodna zabawa w naturze pobudza ciekawość, wyobraźnię, skłania do samodzielnych poszukiwań oraz twórczego rozwiązywania problemów – tłumaczy Ania Jodełka, zwracając jednocześnie uwagę, że nie ma większego znaczenia, czy kontakt z naturą zapewnimy dziecku w ogródku, lesie czy w parku.

„Natura nie startuje w żadnym rankingu. Miejski park, las, łąka, pole czy nieużytki naturalne posiadają zbliżoną wartość przyrodniczą, edukacyjną oraz wspierającą rozwój dziecka”.

Także psycholog Anita Janeczek-Romanowska podkreśla wspierającą rolę kontaktu z naturą. Nie wiemy co będzie za tydzień, czy za miesiąc, ale wiemy, że dziś możemy ubrać się i wyjść do lasu. Czasem bywa ciężko, bo szybko robi się ciemno i lekcje trwają do 15.00, ale wtedy możemy wyjść na balkon i popatrzeć jak przyroda się zmienia. Pośrednim zapewnieniem kontaktu z naturą może być także przygarnięcie zwierzęcia. Wielu rodziców w ostatnim półroczu zdecydowało się na krok w postaci wzięcia do domu chomika czy kota. Są badania wskazujące, że właściciele zwierząt przetrwali lockdown w lepszej formie psychicznej (najbardziej „pomogły” tu w kolejności: psy, koty, gryzonie). Ale to nie znaczy, że zwierzęta mają przedmiotowo zaspokajać nasze potrzeby – zaznacza ekspertka.

OTYŁOŚĆ I SPADEK FORMY

Na początku pandemii Polska Agencja Prasowa opublikowała fragmenty artykułu, który ukazał się w amerykańskim czasopiśmie naukowym „Obesity” (czyli „Otyłość”). Profesor Myles Faith, współautor publikacji, już w czerwcu powoływał się na zatrważające statystyki, związane z tyciem dzieci w czasie lockdownu. Co ciekawe, przebadano dzieci nie amerykańskie, ale te włoskie (jak pamiętamy, to w Północnych Włoszech najwcześniej wprowadzono restrykcje). Mimo licznych udostępnień i przedruków, apel profesora Faitha nie poskutkował i dzieci masowo utyły. Według danych Instytutu Nauk o Żywieniu Człowieka SGGW, Polakom przybyło w okresie pandemii średnio 0,5 kg masy ciała tygodniowo.

Polskie dzieci już przed lockdownem przybierały na wadze najszybciej w Europie (w stosunku do norm WHO), a nasz naród był czwartym pod względem otyłości w Unii Europejskiej. Nadmierna masa ciała przed pandemią była problemem co piątego dziecka w Polsce. Jeśli do tego dołożyć warunki lockdownu, mamy prawdziwą katastrofę. Przyczyny tycia w czasie pandemii łatwo sobie wyobrazić. Profesor Faith wskazuje na trudność w utrzymaniu zdrowych nawyków w sytuacji izolacji. Zabrakło regularnego ruchu (średnio aktywność fizyczna dzieci spadła o 2 godziny tygodniowo), odpadł szkolny WF i dodatkowe zajęcia sportowe. Do tego doszło jeszcze objadanie się śmieciowym jedzeniem i godziny spędzone przed komputerem lub telewizorem.

Rutynowe aktywności pozwalają przeciętnemu dziecku co dzień spalić kilkaset kalorii. Myślę tu np. o pójściu do szkoły i powrocie z niej albo dojściu do przystanku. (…) Do tego dochodzą lekcje wychowania fizycznego i zajęcia sportowe, które pozwalają spalić kolejne kilkaset kalorii. W czasie kwarantanny tych aktywności zabrakło i najczęściej nie pojawiły się w ich miejsce inne czynności, wymagające ruchu – stwierdziła w rozmowie z „Dziennikiem Bałtyckim” dr Anna Januszewicz, psycholog zdrowia z Uniwersytetu Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej i Instytutu Psychodietetyki, która naukowo zajmuje się psychospołecznymi uwarunkowaniami nadwagi i otyłości. Wielu rodziców zorientowało się, że ich dzieci przybierają na wadze, jeszcze zanim dotarły do nich alarmy ekspertów. Mój syn przestał chodzić na treningi, które przedtem odbywał regularnie trzy razy w tygodniu, i od razu przybrał kilka kilogramów – zwierza się Paulina, mama trójki dzieci.

Na tycie dzieci ma wpływ nie tylko brak ruchu, ale także podjadanie i nieregularne posiłki, często niezdrowe jedzenie na wynos i odgrzewane gotowce z supermarketu. Ludzie nie mają głowy do zdrowego gotowania, przez obciążenie pracą i zdalnym nauczaniem dzieci. Zachorowaliśmy na wirusa, utknęliśmy w domu. Zauważyłam, że nasz Tadzio przestał chętnie jeść regularne pełnowartościowe obiady, a przerzucił się na przekąski. Nie dojadał do końca, ale jednocześnie prosił o coś małego do przekąszenia co 30 minut. Dlatego teraz bardzo pilnuję rutyny, regularności i przerw w posiłkach – mówi nam Agata Szwech-Giżycka, autorka profilu „Gdy żyje się zdrowo”.

Co możemy zrobić?

Magdalena Ciężkowska, dietetyk dziecięcy, mama i autorka strony Dzieci Zdrowo Odżywione, zdradza kilka sposobów na to, by zadbać o zdrowie całej rodziny podczas pandemii. Aby zminimalizować negatywne skutki lockdownu, trzeba pilnować przerw między posiłkami. Szczególnie dbajmy o jakość głównych posiłków – śniadań, obiadów i kolacji. Jeśli staną się odpowiednio bogate odżywczo i sycące, to nie będzie potrzeby podjadania pomiędzy – zaczyna.

Warto wyeliminować z jadłospisu wszelkie słodzone napoje, wody smakowe, a naturalne soki ograniczyć do maksymalnie pół szklanki dziennie i podawać w rozcieńczeniu. Zamiast nich należy podawać dzieciom świeże owoce w ilości ok. dwóch porcji dziennie. Owoce, pomimo że są zdrowe, również zawierają dużo cukrów prostych i ich nadmierne spożycie może powodować niepotrzebny wzrost masy ciała. Z mojego doświadczenia wynika, że to nie owoce są jednak problemem, ale właśnie soki. Już samo wyeliminowanie ich, tak jak i słodzonych jogurtów oraz zamiana słodkich płatków śniadaniowych na płatki owsiane czy jaglane, może bardzo pomóc i zahamować nadmierny przyrost masy ciała u dzieci – zapewnia Magda Ciężkowska, która niedawno wydała e-book o żywieniu dzieci.

W ramach przekąski, zamiast czipsów warto podać warzywa pokrojone w słupki, takie jak marchewka, kalarepka, papryka. Zamiast owocowego jogurtu – jogurt naturalny zmiksowany z dojrzałym bananem i z dodatkiem płatków owsianych. Warto namoczyć te płatki w jogurcie przez ok. 15 minut, a zrobią się bardzo miękkie, i mamy kompletny posiłek. Zamiast słodkiej drożdżówki – dajmy dzieciom bułkę pełnoziarnistą lub graham z masłem orzechowym, albo plasterki jabłka czy gruszki posmarowane masłem orzechowym, które zawiera dużo wartości odżywczych – białka i dobrych tłuszczów. Natomiast niedługo po zjedzeniu słodkiej bułki, która dostarcza głównie cukrów prostych, prawdopodobnie wystąpi potrzeba sięgnięcia po coś jeszcze – wylicza dietetyk Magda Ciężkowska.

Dr Kaja Krawczyk, pediatra i mama dwójki przedszkolaków, podkreśla natomiast, że w profilaktyce chorób u dzieci od zawsze liczył zbilansowana dieta, ale także ruch: Teraz jest to istotne szczególnie. Każdy rodzic powinien w miarę swoich możliwości zadbać, by jego dziecko odbywało w ciągu dnia minimum godzinę ruchu, najlepiej na świeżym powietrzu. Warto też stosować zrównoważoną dietę, nie iść na skróty, unikać zbyt częstego zamawiania pizzy. Kto zostawia dzieci na kwarantannie u dziadków, powinien uczulić ich na serwowanie dzieciom słodyczy, bo jak wiemy, seniorzy często reprezentują liberalne poglądy w kwestii spożywania słodkości, są z pokolenia, które wierzyło, że cukier krzepi – przestrzega Dr Krawczyk.

Poza zdrowym menu i nawykiem niepodjadania, ważne jest samo robienie zakupów. Czytajmy etykiety – apeluje specjalistka od dziecięcej dietetyki Magda Ciężkowska, i dodaje: w codziennej gonitwie zbyt często zapomina się o sprawdzaniu składów produktów i ich wartości odżywczej.

„Niestety napisy na przodzie opakowania typu BIO, bez konserwantów, bez fosforanów, wcale nie muszą oznaczać, że produkt jest odpowiedni dla dzieci”.

Cukier trzcinowy BIO to nadal cukier, który w nadmiarze jest tak samo szkodliwy jak zwykły biały cukier. Nawet jeśli dzieci nie jedzą słodyczy, to pochłaniają mnóstwo cukru ukrytego w pozornie zdrowych produktach – podkreśla Ciężkowska. Jak radzić sobie z brakiem czasu na gotowanie? Przede wszystkim planować posiłki: Zdecydowanie warto w weekend zaplanować jadłospis na cały tydzień i zrobić zakupy wcześniej. Gotowanie jednego obiadu na 2 dni to również świetne rozwiązanie. Wszelkie kasze, ryż, strączki można ugotować w większej ilości i trzymać w lodówce nawet przez 3-4 dni. Gdy mamy pod ręką potrzebne składniki i plan, przygotowanie szybkiego obiadu nie powinno zająć więcej niż pół godziny – mówi ekspertka z portalu Dzieci Zdrowo Odżywione.

EKRANY I UZALEŻNIENIA OD NOWYCH TECHNOLOGII

Niestety, nowe technologie mają to do siebie, że obniżają zdolność abstrakcyjnego myślenia, nadmiernie pobudzają, zakłócając przy tym umiejętność skupiania się, oraz wpływają negatywnie na jakość snu dziecka – wylicza Ania Jodełka, ekspertka od leśnej edukacji. Z drugiej strony okres pandemii narzucił na nas konieczność intensywnego korzystania z komputerów i komórek. Wciąż brakuje szerokich badań i danych na temat tego, jak lekcje na zoomie i codziennie długie korzystanie z ekranów zmieniło nasze dzieci. Pierwsze doniesienia wskazują, że

aż 57% dzieci w wieku 7-12 lat zwiększyło czas korzystania z internetu w okresie pandemii, i była to aktywność niezwiązana z nauką zdalną, ale dla rozrywki i przyjemności

(badania przeprowadzone na zlecenie Trend Micro Polska – firmy specjalizującej się w zabezpieczeniach cybernetycznych).

Zdaniem Ewy Dziemidowicz, ekspertki z poradni „Dziecko w sieci”, problem z nadmiernym korzystaniem z urządzeń ekranowych wśród dzieci i młodzieży ostatnio się zauważalnie nasilił. Nawet jeśli do tej pory dobrze radziliśmy sobie z zagadnieniem, pamiętajmy, że sytuacja jest obecnie wyjątkowa. Dzieci zamknięte są w domach, utraciły wiele przywilejów i możliwości – chociażby wychodzenia z domu kiedy chcą, spotykania się z rówieśnikami i z bliskimi, uczestniczenia w zajęciach dodatkowych. Ich codzienność wygląda teraz zupełnie inaczej. Potrzebujemy szczególnej uważności wokół tego jak sobie z tym radzą – zauważa.

Niekiedy trudno się połapać w tym, co właściwie powinniśmy robić. Wiosną Światowa Organizacja Zdrowia wprost zaleciła, by wykorzystywać gry internetowe do przeciwdziałania depresji i poprawiania sobie nastroju. Wprowadzono nawet specjalną kampanię społeczną zachęcającą do grania #PlayApartTogether. Nonszalanckie udostępnianie dzieciom cyfrowych rozrywek przez wielu rodziców poskutkowało wzrostem niekontrolowanego instalowania aplikacji. Według Micro Trend aż 40% maluchów instaluje apki, bez gdy rodziców. Gdy moja córka wróciła do szkoły we wrześniu, zobaczyliśmy mnóstwo dzieci uzależnionych od gierek. Aplikacje stały się w klasie tematem numer jeden – zwraca uwagę Marta, mama dwójki dzieci z Warszawy.

Ewa Dziemidowicz z „Dziecko w sieci” mówi, że problem nadmiernego korzystania z internetu dotyczy zarówno młodszych jak i starszych dzieci. Zamknięcie w domach sprawiło, że możliwości rozrywki i kontaktu z rówieśnikami zostały bardzo ograniczone. Duża część zajęć dodatkowych albo została odwołana albo odbywa się online, nie ma też zbyt wielu okazji do spotkań towarzyskich i wspólnego spędzania czasu czy zabawy. Wobec tylu ograniczeń, wielu rodziców staje przed pytaniem jak zapewnić zajęcie dziecku, gdy są pracują lub są zajęci domowymi obowiązkami. To jest bardzo trudna sytuacja. Wielu z nas jest jednocześnie w kilku rolach – rodzica, pracownika. Udostępnienie dziecku telefonu czy tabletu stało się dla wielu osób sposobem by mieć trochę czasu na pracę czy inne, ważne obowiązki – tłumaczy Ewa Dziemidowicz z „Dziecko w sieci”.

Oto, co wydarzyło się w klasie ośmioletniej Wiktorii: W czasie lockdownu wiele dzieci w klasie otrzymało telefony, tablety i wolny dostęp do Internetu, by realizować zdalne nauczanie. To prywatna szkoła. Nikt nie kontrolował, jak dzieci korzystają z tego sprzętu. Przymykano oko na nowe aplikacje i gry w telefonie. Zaniepokoiło mnie, gdy zaczęłam dostawać zaproszenia do grona znajomych od ośmioletnich koleżanek córki na Facebooku i Messengerze. Co gorsza, okazało się, że żadne filtry rodzicielskie, ani blokady nie są wstanie powstrzymać funkcji „udostępnienie ekranu”. I wtedy pojawił się spory problem. Nieodpowiednie treści, filmiki zawierające sceny przemocy dzieci wysyłały do siebie nawzajem jako rodzaj żartu. Byłam przerażona, gdy odkryłam, że uczniowie z klasy mojego dziecka oglądają nagrania pełne wulgaryzmów, albo popularny, bardzo bulwersujący „challenge”: malutkie dzieci oblewane znienacka wodą. To przecież zwykła przemoc – opowiada Melania Deresz, nauczycielka i mama dwójki. Zgłosiłam problem, ale moje obawy zbagatelizowano, postanowiłam więc działać sama, założyłam konta w mediach społecznościowych dla młodzieży tylko po to, by wiedzieć, z czym się stykają, jak to wszystko funkcjonuje. Dla niektórych kolegów z pracy to dziwactwo, ale ja robię to, by nie stracić dzieci z oczu. Niestety świadomość wielu dorosłych odnośnie zagrożeń cyfrowych jest zerowa – podsumowuje Melania Deresz.

Wielu rodziców nie ma świadomości, co dzieje się na klasowych grupach na Whatsappie czy Messengerze. Do naszej Poradni trafiają zgłoszenia zaniepokojonych rodziców oraz nauczycieli, którzy odkryli, że dzieci udostępniają sobie nawzajem linki do materiałów pornograficznych. Niestety zdarza się, że mija wiele czasu, zanim informacja o kontakcie dzieci z takimi treściami dotrze do rodziców i zanim sytuacja zostanie zaopiekowana – mówi nam ekspertka z poradni „Dziecko w sieci” Ewa Dziemidowicz.

Co możemy zrobić?

Ewa Dziemidowicz radzi: Nie ma jednego sposobu dbania o równowagę online-offline, który będzie skuteczny dla wszystkich, potrzebujemy więc poszukiwać, co działa w naszej rodzinie, oraz być dla siebie wyrozumiali – jednego dnia uda nam się lepiej, innego gorzej. Rodzice powinni rozmawiać z dziećmi o zagrożeniach online i bardzo ważne jest, żeby to nie była jednorazowa rozmowa, ale dialog do którego regularnie wracamy. W przypadku dzieci które z powodu pandemii zaczęły korzystać z internetu same – rozmowa o zasadach korzystania z sieci jest niezbędna. Dzieci potrzebują być świadome, że mogą w internecie trafić na nieodpowiednie treści takie jak pornografia czy treści pokazujące przemoc, i powinny wiedzieć co mogą w takiej sytuacji zrobić (przede wszystkim porozmawiać o tym z rodzicem). W rozmowach warto oswajać różne scenariusze – wspólnie zastanawiać się, co by się stało, gdyby np. dziecko natrafiło na coś co powoduje u niego dyskomfort. Należy też zadbać o stworzenie w domu atmosfery, poczucia, że rozmawia się o wszystkim – mówi ekspertka.

Ewa Dziemidowicz podkreśla też konieczność wzajemnego zaufania: Potrzebujemy budować taką relację z dzieckiem, w której będzie miało do nas zaufanie i nie będzie obawiało się rozmawiać z nami o trudnych dla niego sytuacjach. Badania pokazują, że dzieci i nastolatki często nie mówią dorosłym o swoich problemach, ponieważ boją się, że rodzice będą źli, że ich nie zrozumieją, albo zastosują wobec nich jakąś karę. Jeśli zaś dziecko czuje, że rodzic empatycznie przyjmie je ze wszystkim co przeżywa, co mu się przydarza, z czym się mierzy, będzie wiedziało, że ma wsparcie i nie zostanie z problemem samo. Ważne by rodzic nie oceniał, nie krytykował ani nie obwiniał, kiedy coś niepokojącego zdarzy się w sieci, np. na grupie klasowej, albo kiedy dziecko trafi w sieci na pornografię – tłumaczy Ewa Dziemidowicz.

Odpowiedzialnością rodzica jest także pilnowanie równowagi pomiędzy czasem spędzanym online i offline, zadbanie o odpowiednią dawkę ruchu każdego dnia, i jeśli zachodzi potrzeba – wsparcie dziecka w relacjach z rówieśnikami. Dla wielu dzieci granie staje się jedyną aktywnością w której doświadczają swojego eksperctwa, dziedziną w której mają poczucie, że coś im wychodzi. Każdy z nas potrzebuje czuć, że jest w czymś dobry – dlatego tak ważne jest wspieranie dzieci i nastolatków w znalezieniu obszarów aktywności, w których czują satysfakcję, spełnienie, czują się mistrzami, a które są offline. Internet w życiu dzieci może pełnić bardzo wiele funkcji – jest nie tylko źródłem rozrywki, ale też pomaga uciec od problemów, odciąć się od stresu czy trudnych emocji. Bądźmy uważni nie tylko na to ile czasu dzieci spędzają online, ale też z czego to wynika, że internet jest dla nich taki atrakcyjny. Jeśli świat dziecka zaczyna redukować się do tego co dzieje się online – nie ignorujmy tego, zacznijmy z dzieckiem rozmawiać, szukajmy rozwiązań, w razie potrzeby skonsultujmy się ze specjalistą – mówi Ewa Dziemidowicz, która jest psychoterapeutką pracującą na co dzień z dziećmi i rodzicami.

W przypadku najmłodszych dzieci, bardzo ważne jest towarzyszenie dziecku w korzystaniu z Internetu. Dobrze, żeby to była wspólna przygoda, wspólne odkrywanie, podczas którego uczymy dzieci o bezpieczeństwie online, o tym jak dbać o prywatność, jak reagować jak ktoś nieznajomy się z nami kontaktuje, itd. W przypadku maluchów jednym z narzędzi które pomagają zadbać o ich bezpieczeństwo online są programy kontroli rodzicielskiej, które chronią dzieci przed kontaktem ze szkodliwymi treściami – dodaje Dziemidowicz.

Jeśli zaobserwujemy nadmierne zaabsorbowanie internetem wśród najmłodszych, przyjrzyjmy się jakie zasady panują u nas w domu oraz z czego wynika ta fascynacja – to może być przejściowe, niemniej jednak wymaga rodzicielskiej reakcji.

„Czy w naszym domu tablet stał się lekarstwem na dziecięce emocje, nastroje lub nudę? Czy towarzyszy podczas jedzenia, lub przed spaniem, czy jest jedynym źródłem rozrywki i przyjemności?”

Psychoterapeutka Ewa Dziemidowicz apeluje, byśmy byli świadomi tego w jaki sposób sami korzystamy z urządzeń ekranowych. Jeśli nasz przekaz jest niespójny – zabraniamy dziecku korzystania z internetu, a sami jesteśmy cyfrowo rozproszeni i funkcjonujemy w rytm powiadomień, to dajemy fatalny przykład. W takiej sytuacji łatwo stać się nieobecnym w relacji z dzieckiem. Rodzic, który przerywa rozmowę żeby spojrzeć w telefon, który sięga po telefon podczas wspólnej zabawy, scrolluje podczas wspólnego posiłku, daje dziecku komunikat: jesteś dla mnie mniej ważny niż to co się dzieje w telefonie. Jeśli tak jest, to dobry moment żeby przyjrzeć się jak wpływa to na naszą rodzinę, na relacje miedzy nami, jakie mogą być tego konsekwencje dla rozwoju i zachowania dziecka oraz zdecydować co chcemy zmienić. Rodzicom zainteresowanym tym tematem oraz wpływem ekranów na rozwój mózgu dziecka zapraszam do zapoznania się z naszymi materiałami na stronie Domowe Zasady Ekranowe – radzi ekspertka.

To my, dorośli modelujemy sposoby spędzania czasu czy radzenia sobie ze stresem. Szukajmy sposobów na aktywności, które będą atrakcyjne dla naszej rodziny – ruch, który pozwala poczuć swoją siłę, sprawność i sprawczość, organizujmy mikrowyprawy, dzięki którym odkryjemy nowe miejsca i  zejdziemy z utartej ścieżki,  budujmy nasze relacje aktywnie, poprzez doświadczenie, wspólne robienie rzeczy.  Czas z ekranem również może być spędzony interaktywnie: można ćwiczyć korzystając z programów online, uczyć się tańczyć, rysować, gotować, szukać inspiracji praktycznie do wszystkiego co nas interesuje. Internet to ogromnie dużo wspaniałych zasobów, dobrze jest też pokazywać dzieciom jak mogą z nich korzystać.  Pamiętajmy jednak o równowadze – podsumowuje Ewa Dziemidowicz.

 

NUDA i OGRANICZENIA W ROZWOJU OSOBISTYM

Powszechnym wyzwaniem rodzicielskiej rzeczywistości lockdownu stało się hasło „czym zająć dzieci”. Pośród setek udostępnianych tutoriali, pomysłowych robótek i sposobów na dziecięcą bezczynność, pojawił się jednak głos ekspertów: to że się nudzą, niekoniecznie jest złe. Przed pandemią specjaliści od rozwoju dostrzegli u dzieci tendencję spadkową w umiejętności zabawy bez struktury czy zabawy bez pomysłu. Zamknięcie w domu z rodzicami w pewnym sensie zmusiło maluchy do zdobycia kompetencji w tym zakresie. Nastolatkom poszło to w wypełnienie czasu na autorefleksję, poznawanie siebie – mówi Anita Janeczek-Romanowska, psycholog. O tym, że nuda wyzwala pokłady kreatywności, pisali także hiszpańscy specjaliści. Pozwólmy naszym pociechom się ponudzić i poobserwujmy je. W ten sposób możemy lepiej poznać dzieci – zachęcała pedagog Pilu Hernández Dopico w dzienniku El Pais. Tę opinię podziela Tomasz Rożek, popularyzator nauki, dziennikarz naukowy, doktor nauk fizycznych, tata bliźniaków i założyciel kanału „Nauka to lubię junior”: W ogóle nie uważam, że nuda musi być czymś negatywnym. Może taka być, ale nie musi. Definiuję ją jako stan, w którym mógłbym robić wiele rzeczy, ale w danym momencie niczego konkretnego nie muszę. U mnie to nie jest sytuacja, w której nie wiem, co ze sobą zrobić. Idealnie, gdy dziecko nie nudzi się, lecz w danym momencie niczego nie musi, więc sobie odpoczywa. 

„Zakładam, że dziecko mówiąc »nudzę się«, nie oczekuje od nikogo z zewnątrz »dostarcz mi rozrywek«. Raczej oznajmia światu, że ogarnęło się z rzeczami, które musiało zrobić, i teraz trwa jego wolność (dłuższa lub chwilowa)”.

Co zrobić, by nuda nie kojarzyła się nam z czymś negatywnym, z lenistwem, trwonieniem czasu czy z brakiem pomysłu? Według doktora Tomasza Rożka, popularyzatora nauki, jedynym sposobem, jest pootwieranie dziecku wielu różnych drzwi. Z jednych skorzysta, z innych nie, do niektórych wróci, inne zostaną z nim do końca życia. Nie uda się nam to, jeśli nie poznamy swego dziecka i nie dowiemy co lubi, czym się interesuje. Nie zmusimy nikogo, nawet osoby dorosłej, by się czymś konkretnym zainteresowała, ale jako nauczyciele, możemy pokazać gdzie drzemie potencjał – tłumaczy.

Czy rodzice przywykli zanadto do tego, że muszą dziecku organizować czas? Według naszego eksperta, naukowca Tomasza Rożka: jest to nie tylko pułapka, ale paradoksalnie, dość bezpieczna sytuacja. Może nieświadomie wybierana, ale bezpieczna i wygodna, bo wyklucza inicjatywę dziecka. Oczywiście są zagadnienia wymagające nasterowania – dziecko pięcioletnie niekoniecznie musi rozumieć, że warto znać języki obce. Dlatego czasem organizowanie zajęć dodatkowych może być przejawem rodzicielskiej troski czy miłości. Natomiast na paliwie, które polega na przymuszaniu i argumentacji „ja lepiej wiem, co dla ciebie dobre”, daleko nie zajedziemy. Chcemy uczyć dziecko angielskiego, za którym nie przepada? Pokażmy, że język obcy może być narzędziem do głębszego poznania tego, co dziecko i tak już lubi. Okaże się, że nauka angielskiego już nie jest problemem, nie dlatego że dziecko zapragnęło być filologiem angielskim, ale dlatego, że poczuje motywację w sobie. Oczywiście każde dziecko jest inne, są takie, które cały czas wymagają wsparcia, albo takie którym wystarczy położyć coś na stole, i same się tym długo zajmują. Wiem to, bo jestem ojcem bliźniaków, i wiem, że były skrajnie różne.

Co możemy zrobić?

Tomasz Rożek przekonuje: Próbujmy poznać nasze dzieci. Zrezygnujmy z założenia, że znajdziemy aktywność, zostawimy z nią dziecko i mamy tydzień z głowy. To tak nie działa. To zawsze są próby, błędy, a czasami interakcja. Zdaję sobie sprawę, że rodzic, który pracuje w domu, mając pod opieką aktywnego 3-, 4- czy 5-latka, przeżywa teraz trudny czas. Ale znając swoje dziecko, można znaleźć sposoby na to, by pomóc maluchowi samodzielnie się czymś zająć. Obserwacja nieba jest super, ale dla małego dziecka szybko przestanie być atrakcyjna. Teleskop to świetna zabawka, ale wymaga precyzji – małe dziecko nie ma jej jeszcze w rękach. Ziemia się obraca, nawet jeśli ustawimy teleskop na Księżyc, za chwilę będziemy musieli podejść i ustawić wszystko od nowa. Dlatego lepiej nastawić się na swój chociaż częściowy udział w aktywnościach dzieci. Nie przyzwyczajajmy jednak maluchów do bierności, że to rodzic zapewnia rozrywkę i je zabawia, a one siedzą i patrzą. Takie dzieci obserwują różne rzeczy z zainteresowaniem, ale gdy czegoś od nich wymaga, odmawiają współpracy. Na przykład: robię eksperyment – coś wykipiało, wybuchło – fajnie. Zapytajmy: a może teraz to narysujesz?

W co się bawi z dziećmi założyciel portalu „Nauka to lubię”? Aktualnie moje bliźniaki są już nastolatkami i zajmują się sobą same. Ale gdy były młodsze, mieliśmy kilka sprawdzonych sposobów na wspólny czas. Dzieci przedstawiały sztukę teatralną. Robiły kukiełki, ustawiały scenę (masa bałaganu, ale to bałagan twórczy), wieszało się kurtynę z prześcieradła, sami wymyślali i odgrywali role. Tak bawili się całymi wieczorami. Widownia była dwuosobowa (żona i ja). Zawsze dobrze nam też robiło wspólne działanie. Piekliśmy ciasteczka, trochę spadało na podłogę, ale co z tego, skoro dzieci robiły większość rzeczy razem z nami? Gdy wykonywaliśmy eksperymenty związane z nauką, a dzieci nie potrafiły jeszcze za bardzo pisać, prosiłem by opowiadały lub rysowały to, co się dzieje. Uważam, że cokolwiek z dzieckiem robimy, celem powinna być aktywność obu stron. Jako naukowiec mogę też powiedzieć, że warto przyzwyczajać dzieci do tego, że każda akcja może być opisana i zinterpretowana. Gdy robię z dziećmi eksperyment, najpierw o nim opowiadam, pytam, zastanawiamy się razem, co może się stać i dlaczego. Kończymy analizą i opisem procesu. Choć brzmi to bardzo naukowo, w rzeczywistości każdy jest to w stanie zrobić. Kiedyś zastanawialiśmy się, czym jest śnieg. Dzieci były małe, stwierdziły, że to taki rodzaj mgiełki. No to zrobiliśmy próbę. Wzięliśmy trochę śniegu i zostawili na kilka chwil w garnuszku na parapecie. Po chwili było jasne, że to woda – wspomina Tomasz Rożek.

EPILOG

Badania nad skutkami pandemii wciąż trwają. Sami możecie się do nich zgłosić – Uniwersytet Warszawski zaprasza do ankiet tutaj. Czy faktycznie powinniśmy się obawiać długofalowych konsekwencji lockdownu, innych niż te gospodarcze? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Pokolenie naszych dzieci od początku żyło w bardzo zmiennej rzeczywistości i przewiduję, że z każdą dekadą te zmiany będą przyspieszać. Pandemia wymusiła konieczność bardzo szybkiego odnalezienia się w nowych realiach, dając dzieciom szansę na naukę i dostosowania się do gwałtownych przemian – zauważa nauczycielka wczesnoszkolna Agata Tomala.

Przemek Staroń, także nauczyciel i zarazem psycholog, mówi wręcz o korzyściach edukacyjnych dla starszych dzieci: Uważam, że na trudnych doświadczeniach można rewelacyjnie budować. Znaleźć przestrzeń do rozwoju i kreować. To jest trudne – tak, ale trzeba sobie w pewnym momencie jasno uświadomić: nikt nam nie obiecał na początku życia, że będzie łatwo. Miarą dojrzałości jest zaakceptowanie tego faktu. Jak mawiał Victor Frankl, wybitny filozof i psychiatra, nie mamy wpływu na wiele rzeczy, które do nas przychodzą, ale mamy wpływ na swoją postawę wobec nich. Pandemia ma również swoje jasne strony. Dzieciaki musiały wziąć sprawę w swoje ręce, nauczyć się, jak się uczyć, częściej wykazywać się myśleniem krytycznym i kreatywnym. Edukacja zdalna w pewnym sensie sprowokowała je do wzięcia odpowiedzialności za ich własny proces uczenia się. Czyli za co? Za poszukiwanie, selekcjonowanie, wybieranie stosownych materiałów. Za bycie bardziej autonomicznymi, a w konsekwencji często bardziej odpowiedzialnymi i dojrzałymi. Rozwój następuje poza tzw. strefą komfortu – zauważa.

Nauczycieli, którzy widzą dobre aspekty trudnych czasów jest wielu – na przykład ucząca fizyki w liceum Melania Deresz wskazuje, że młodzież nauczyła się odróżniać fake news i czytać ze zrozumieniem doniesienia medialne. Warto trzymać się tego, co pozytywne, wdrażać porady psychologów w życie i przede wszystkim, pracować nad sobą. Tomasz Rożek kwituje: Mamy sytuację trudną dla wszystkich. Trudno oczekiwać, że dla dzieci odbiór pandemii będzie inny niż dla nas. Psycholog Anita Janeczek-Romanowska pyta rodziców, czy łapią się, oglądając seriale, na myśli, że aktorzy siedzą obok siebie bez maseczek. Czy wy już tak macie? Cokolwiek czujemy, postawienie na pielęgnowanie relacji wydaje się jedynym rozsądnym ruchem, cokolwiek czeka nas w nadchodzącym roku.

*

Anita Janeczek-Romanowska – psycholog, terapeutka, współzałożycielka „Bliskiego Miejsca”. Absolwentka psychologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim im. Jana Pawła II w Lublinie. Specjalizuje się w terapii dzieci do 10 roku życia, relacjami dziecko-rodzic, dziećmi wysoko wrażliwymi. Prowadzi stronę o rodzicielstwie i psychologii dziecka bycblizej.pl.

Ewa Dziemidowicz – psychoterapeutka, absolwentka Indianapolis University, ekspertka ds. bezpieczeństwa dzieci i młodzieży w internecie. Pracuje z dziećmi, młodzieżą i rodzicami w Poradni „Dziecko w sieci” Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Współtworzy Ośrodek dla dzieci, młodzieży i rodzin „Poza Centrum DOM”, jest redaktorką książki „Rodzina i Ekrany. Rozmowy”. Prowadzi szkolenia i warsztaty w zakresie bezpieczeństwa online, dotyczące min. cyberprzemocy, ryzykownych zachowań online, sekstingu, problemu uwodzenia w sieci, nadużywania nowych technologii, skierowane m.in. do dzieci i młodzieży.

Magdalena Ciężkowska – dietetyk dziecięcy, blogerka, autorka zajmująca się zdrowym żywieniem. Pomaga zabieganym rodzicom dobrze żywić dzieci i pokonywać trudności związane z żywieniem. Uczy, jak bezstresowo przejść przez rozszerzanie diety i budować pozytywną relację dziecka z jedzeniem. Prowadzi portal o zdrowym żywieniu „Dzieci zdrowo odżywione”. 

Marta Młyńska – konsultantka ds. nauczania kreatywnego i wspomagania nauczycieli języków obcych, trenerka, pasjonatka zagadnień związanych z  rozwojem osobistym, nauczycielka dyplomowana języka niemieckiego, egzaminatorka maturalna. Finalistka konkursu Nauczyciel Pomorza 2018. Stypendystką Goethe Institut w Warszawie, autorka wielu publikacji z obszaru oświaty i edukacji. Studiuje coaching z elementami psychologii na SWPS w Sopocie. 

Przemek Starońabsolwent KUL, kulturoznawca, psycholog, trener kreatywności i pedagog, nagrodzony przez Komisję Europejską. Uczy filozofii i etyki w sopockim liceum. Człowiek Roku Gazety Wyborczej wyróżniony za „wzorowe sprawowanie”. Nauczyciel Roku 2018, finalista w konkursie Global Teacher Prize 2020.

Ania Jodełka – z wykształcenia magister ochrony środowiska i coach. Z wielkiej pasji edukator, pedagog i wychowawca. Doświadczona kierowniczka wypoczynku dzieci i młodzieży, harcerka. Autorka poradnika dla edukatorów leśnych, nauczycieli i rodziców. Propaguje kontakt z naturą jako metodę edukacji i wychowania dzieci, prowadząc warsztaty leśne dla dzieci i młodzieży.

Tomasz Rożek – dziennikarz naukowy i doktor nauk fizycznych, absolwent Uniwersytetu Śląskiego. Popularyzator nauki znany m.in. w telewizji i radiowej Trójce, gdzie występuje w audycji „Pytania z kosmosu”. Autor licznych publikacji, redaktor, założyciel Stowarzyszenia Dziennikarzy Naukowych. Założyciel pop-naukowego vloga Nauka. To lubię i kanału dla dzieci Nauka. To lubię Junior. Tata bliźniąt, Zuzi i Janka. 

Marta Bieniak aka Marta Spyrczak – publicystka, dziennikarka, aktywistka zajmująca się tematyką zdrowia i losem rodzin dzieci niepełnosprawnych. Autorka książek o wcześniakach, blogerka, wykładowca akademicki. Matka trójki dzieci, w tym niepełnosprawnego Kazika. 

Magda Modrzewska – z wykształcenia filolog angielski. Prowadzi na warszawskim Mokotowie Blossom Anglojęzyczne Przedszkole Artystyczne. Fanka rodzicielstwa bliskości i dwujęzyczności zamierzonej. Mama dwóch dziewczynek w wieku 4 i 10 lat.

Autorka wyraża podziękowanie za zabranie głosu i pomoc w realizacji tekstu wszystkim ekspertom. Dziękuje także młodym artystom za pomoc w zilustrowaniu artykułu. Więcej prac Poli znajdziecie tu.

Dodaj komentarz