U fryzjera

Ubieranka Oh Mess

Dudniące suszarki i szczotkowe rumory przywitają was w zakładzie fryzjerskim taty fotografki Lidki Dzwolak. Ot, wymarzona sceneria dla retro ubieranki z marką Oh mess.

Fotele z podłokietnikami, soczyście kolorowe suszarki i stylowe meblościanki znakomicie robią klimat retro, a ten z kolei kojarzy się nieodzownie z koncepcją marki Oh mess. Lidka Dzwolak zaprosiła nas zakładu założonego przez swojego tatę, w którym pracowała wspólnie z mamą, i zgodziła się opowiedzieć jego historię. Niegdyś całymi dniami przesiadywały tu wytworne damy i szykowni jegomoście, a w powietrzu unosił się zapach lotonu i płynu do trwałej. Lidka wpuściła do salonu dwójkę młodocianych adeptów fryzjerskiej sztuki i przyglądała się ich poczynaniom. A to efekt.

*

Powiedz słówko o zakładzie fryzjerskim twojego taty. Jaka jest jego historia?

Mój tata prowadził zakład przez prawie 60 lat. Z tego co opowiadał, na początku zakład tętnił życiem całe dnie, późne wieczory, a czasem nawet i noce.

Pamiętasz uczesania, jakie wtedy były na topie?

No jasne! To miejsce pamięta fale z lat 50-tych, gigantyczne koki z lat 60-tych i mokre włoszki z lat 80-tych. Pewnie pamięta też szał na Beatlesów czy mistrzostwa świata w nogę z 74-go. Przewinęły się w nim fryzury na garnek, na grzybka, na jeża i NRD-owskiego piłkarza. Panie przychodziły z wycinkami z „Przyjaciółki” i niemieckich katalogów, rozkochane w trendach z zagranicy. No i wąsiki. Modelowane, przycinane, zakręcone do góry. Myślę, że gdyby Salvador Dali trafił kiedyś do zakładu mojego taty, wracałby do niego już zawsze.

Pamiętasz jakich przyborów używał twój tato?

W zakładzie zawsze dudniło od dwóch dużych, ciężkich, stojących suszarek, pod którymi siadały zrelaksowane panie z nóżką na nóżkę. Ten się mieszał z szumem ploteczek, flirtów między działem damskim i męskim, śmiechu, kłótni, okrzyków zachwytu i metalicznego stukotu nożyczek. Tata używał stale liotonu z rozpryskiwacza na gruszkę, kremu do golenia, amoniaku do trwałej ondulacji. Ich zapach podbijany był przez dym papierosów, dopalających się w kryształowej popielniczce. Bo zakład był też trochę klubem towarzyskim.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Wspominałaś, że zakład stał się rodzinnym biznesem, jak do tego doszło?

Mama zdała egzamin fryzjerski i pomagała tacie w zakładzie. Podobno była mistrzynią koków! I na pewno mistrzynią w krochmaleniu białych peleryn do strzyżenia. Pamiętam, że zimą schły razem z fartuchami na sznurkach na zabudowanej werandzie, sztywne od mrozu i wyglądały trochę jak zakładowe duchy (śmiech). A ja całe dzieciństwo spędziłam w tym zakładzie. W wieku 7 lat potrafiłam zakręcić włosy na wałki jak dorosła praktykanta z 2-letnim doświadczeniem. Kochałam tapirować grzywki i przeciągać pasma włosów przez dziurki w kąpielowym czepku przeznaczonym do pasemek. Miałam być córką, która przejmie pałeczkę po tacie, ale moja buntownicza wtedy natura pchnęła mnie w innym kierunku. Dopiero po latach skończyłam szkołę fryzjerską. Zdarzało mi się strzyc i malować włosy koleżankom, znajomym znajomych, a nawet czesać do spektakli w teatrze. Byłam chyba najbardziej podekscytowanym i zestresowanym jednocześnie widzem na sali, bo w jednej scenie kłótni  bohater strasznie szarpał kok swojej partnerki, który czesałam, a ten z kolei miał wytrzymać do końca sztuki.

Czujesz, że mogłabyś poświęcić się fryzjerstwu? Masz taką ciągotkę?

Myślę, że fryzjerstwo to rzemiosło, które trzeba praktykować, żeby robić je dobrze. Ja na ten moment wybrałam fotografię, choć w przyszłości, kto wie…

Dzięki za rozmowę.

*

Modele: Martyna i Szymek

Dziewczynka ma na sobie: sukienkę w paski, welwetowe kuloty i body.

Chłopiec ma na sobie: zielone spodnie, śliwkową bluzę i legginsy w paski.

Stylizacja i zdjęcia: Lidka Dzwolak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.