Tulenie w tula

Tulenie trójki

Spotkanie z Beatą Plutowską

Tulenie trójki
Daria Szczygieł

Naucz się dawać sobie zgodę na odpoczynek, proś o pomoc, poszukaj swojej pasji… Nie, to nie slogany z książkowych poradników, ale słowa otuchy i rady doświadczonej mamy trójki dzieci, a przy tym artystycznej duszy, która realizuje swoje pasje. Jest na to pewien patent.

Kto ma dzieci, zna ten schemat. Czujemy, że odskocznia od macierzyństwa jest jak łyk wody na pustyni. Czekamy więc na idealny moment, by zacząć ćwiczyć, malować, podróżować, szyć, lepić z gliny – niepotrzebne skreślić. I czekamy. Czekamy. A wkoło wciąż maraton obowiązków, utarte ścieżki, logistyczne akrobacje. Mówimy sobie: poczekam jeszcze trochę, gdy maluch zacznie chodzić albo gdy pójdzie do przedszkola, albo…

Sęk w tym, że idealny moment na relaks, na hobby, ten legendarny me time nie nadejdzie – uwierzcie mi, piszącej te słowa mamie trójki, i mojej rozmówczyni Beacie Plutowskiej. W ramach serii #tulenie w Tula spotykamy się, by porozmawiać, jak to jest być artystyczną duszą przy trójce małych dzieci, do tego praktykującą wytrwale i owocnie – od ceramiki po malowanie i fotografię. „Kilka lat temu nie uwierzyłabym, że jako mama znajdę czas dla siebie. Ja po prostu im więcej mam dzieci, tym lepiej rozumiem, że jeśli nie zadbam o siebie, o swój dobrostan psychiczny, to nie udźwignę tego”, mówi Beata i podsuwa kilka inspiracji. Właśnie – jak ona to robi?

Malujesz na tym, co wpadnie ci w ręce, i robisz to wszędzie. Gdybyś miała dziś namalować autoportret, to co bym zobaczyła na twoim płótnie?

Zgadza się, jeśli nie mam pod ręką płótna, a czuję ogromną potrzebę, by coś namalować, bo akurat naszła mnie jakaś wizja, to kombinuję i maluję na przykład na sklejce znalezionej w domu albo przemalowuję stary obraz, który już mi się nie podoba. Gdybym miała namalować autoportret, to namalowałabym siebie na kolorowym dywanie, z jednym dzieckiem wiszącym mi na szyi, jednym na kolanach, a trzecim przy piersi. Wokół byłoby dużo porozrzucanych przedmiotów, dzieci byłyby rozbawione, a ja na twarzy miałabym uśmiech połączony ze zmęczeniem. Tak siebie aktualnie widzę! Mówiąc to, uświadamiam sobie, że taka jest moja pierwsza wizja siebie – nie malującej obraz czy tworzącej coś na kole garncarskim. Hmm, to chyba pokazuje, jak bardzo dzieci dominują w mojej codzienności. [śmiech]

Czym jest dla ciebie malowanie i jak to się zaczęło? Przypuszczam, że przy trójce maluchów była to forma dbania o siebie, o swoje pasje.

Malowanie to dla mnie relaks, wyrażenie siebie, znalezienie spokoju w zabieganej codzienności. Bardzo mnie to wycisza, a jestem często przebodźcowana. Zaczęło się na studiach, na zajęciach arteterapii. Malowałam więc, jeszcze zanim zostałam mamą, jednak gdy urodziłam pierwszego synka, nie potrafiłam znaleźć na to przestrzeni. Czekałam wciąż, aż warunki będą bardziej sprzyjające – i tak mijały lata, a mnie zamiast czasu przybywało dzieci. [śmiech] Próbowałam wówczas znaleźć sobie jakieś zajęcie, które dawałoby mi taką satysfakcję jak malowanie – przez jakiś czas fotografia sprawiała mi dużą frajdę, później bawiłam się trochę w tworzenie obrazów z włóczki metodą punch needle.

Artystycznej duszy liczba dzieci nie stłumi…

Ha, ja ogólnie jestem osobą, która nie potrafi usiedzieć w miejscu, i nawet gdy nie tworzyłam nic artystycznego, to ciągle robiłam w domu przemeblowania, malowałam szafki itp. A pewnego dnia po prostu kupiłam farby akrylowe i postanowiłam namalować sobie kolorowe kwiatki, żeby mieć co powiesić na ścianie, i w ten sposób na nowo wkręciłam się w malowanie. Uznałam, że idealnych warunków do tego nie będę miała przez długi czas, więc jeśli chcę to robić, to albo będę malować przy dzieciach, korzystając z czasu wolnego podczas ich drzemek, albo wcale.

Właśnie – ten upragniony me time wymaga czasu. Albo masz układy z zegarmistrzem, albo umiesz sobie ten czas wywalczyć.

To prawda. Niestety, nie wygląda to tak, że włączam spokojną muzykę, zasiadam do malowania i przez kilka godzin tworzę w skupieniu. Marzę o takiej wersji! Gdy mam pomysł na obraz, wyciągam rano płótno i farby, rozkładam się z tym w kuchni i w każdej wolnej chwili, gdy dzieci się bawią, po trochu maluję, często kosztem rozsypanej ziemi z doniczki czy wysypanego makaronu z szafki. Najwięcej udaje mi się zrobić w trakcie drzemek maluchów – a mam to szczęście, że dwoje z nich jeszcze jej potrzebuje w ciągu dnia. Gdy już bardzo chcę coś dokończyć, a mój najmłodszy synek mi na to nie pozwala, maluję z nim na rękach albo korzystam z nosidła – te z Babytula świetnie się sprawdzają. Noszę w nich synka od maleńkości.

Mieć dwie wolne ręce – marzenie czy kwestia organizacji?

Mam nadzieję, że każda mama już wie, że nic nie jest kwestią organizacji, bo możemy się doskonale zorganizować, a dzieci wstaną lewą nogą i nici z planu. Wspaniale byłoby mieć dwie wolne ręce, więc dobrze jest znaleźć rozwiązania na sytuacje kryzysowe. W moim przypadku, jako mamy trójki, najtrudniejsze jest to, gdy dwoje dzieci w tym samym czasie bardzo mnie potrzebuje, a ja nie mogę się rozdwoić. Wówczas często – znowu – ratuje mnie nosidło Babytula, bo najmłodszy synek głównie potrzebuje mojej bliskości i utulenia. Nosidło zaspokaja jego potrzebę, a ja mogę działać z pozostałymi chłopakami.

Zaganiana mama, na pewno zmęczona i niewyspana, a maluje tak radosne, pełne kolorów, energetyczne prace. Ty chyba generalnie jesteś osobą, która widzi szklankę do połowy pełną.

Chyba tak jest – jestem z natury pozytywnie nastawiona do życia. Mam też gorsze dni, wtedy muszę sobie popłakać, bo czuję, że nagromadziło się we mnie za dużo wszystkiego. Poza tym płacz wypłukuje kortyzol z organizmu. Z trójką dzieci bywa naprawdę intensywnie i trzeba mocno się starać, aby jakoś utrzymać to wszystko w ryzach, ale prawda jest taka, że lata bycia mamą nauczyły mnie, jak sobie radzić.

Jak? Złota rada, poproszę!

Nie odkładać siebie na sam koniec, tylko pamiętać o swoich potrzebach, pilnować posiłków, dbać o sen – z tego względu staram się chodzić nie za późno spać, bo wyspanie się to klucz do mojej energii w ciągu dnia i dobrego humoru. Nauczyłam się dawać sobie zgodę na odpoczynek na kanapie, nawet wtedy, gdy salon wymaga wysprzątania. Nauczyłam się prosić o pomoc – kiedy chcę pojechać na warsztaty czy szkolenie, to dzieci zostają z babcią. Zabawne, że gdy byłam mamą jednego dziecka, to inaczej traktowałam siebie, a z każdym kolejnym dzieckiem psychicznie było mi lżej, mimo że przybywało obowiązków. Jestem dużo bardziej wyluzowaną mamą trójki, niż byłam mamą jednego dziecka. Jestem wrażliwa osobą i chwytają mnie za serce proste momenty w codzienności, a moje dzieci dają tyle powodów do wzruszeń, że jestem po prostu szczęśliwa! Zawsze powtarzam, że wieczorem kładę się zmęczona, ale szczęśliwa. Zdecydowanie zawsze widzę szklankę do połowy pełną i mam w sobie dużo wdzięczności za wszystko, co mam.

Znam wiele mam, które mają jakiś talent, hobby, ale porzucają je ze względu na dziecko. To zrozumiałe. Mówimy sobie: za rok, za dwa, gdy podrośnie, gdy pójdzie do szkoły, gdy…

Dokładnie tak u mnie było! Myślę, że trzeba poczekać, aż przyjdzie nie idealny, ale po prostu dobry moment. Nie wymagajmy zbyt wiele. [śmiech] Według mnie to całkowicie normalne, że po porodzie nie potrafimy odnaleźć się w nowej rzeczywistości, a co dopiero kontynuować swoich pasji. Trzeba spokojnie wyczekać momentu, kiedy dostrzeżemy w sobie tę przestrzeń i damy sobie zgodę na to, aby realizować pasję w nieco innych warunkach niż przedtem. Taki moment na pewno przyjdzie, w końcu dzieci z czasem stają się coraz bardziej samodzielnie.

Koło garncarskie – ceramika to nowe wyzwanie? 

Niezupełnie. Koło garncarskie zawsze mnie fascynowało i bardzo chciałam spróbować, ale miałam malutkiego Antosia, którego karmię piersią, więc warsztaty odkładałam na moment rozszerzania diety, by móc go zostawić na dłużej pod opieką kogoś innego. Malowanie daje mi ogromną frajdę, więc pomyślałam, że mogłabym malować naczynia użytkowe. Okazało się, że samo ich tworzenie jest niesamowicie przyjemnym doznaniem. Taka zabawa bardzo relaksuje, uspokaja, pozwala nie myśleć o niczym, a chyba każdy potrzebuje takich chwil w zabieganej codzienności. Niestety, trochę trudniej mi poświęcać czas na ceramikę – w przypadku malowania wystarczy, że odłożę pędzel, i w sekundę mogę zająć się dziećmi, co nie jest możliwe, gdy jestem cała ubrudzona gliną. Ceramiką zajmuję się tylko wieczorami, gdy dzieci zasną.

Artystyczne poszukiwania, uczenie się czegoś zupełnie nowego to chyba niezłe antidotum na powtarzalność, domową rutynę.

Coś w tym jest. Przez wiele lat szukałam dla siebie jakiejś artystycznej drogi i chwytałam się różnych rzeczy. Kiedyś dekorowałam meble i pudełka metodą decoupage, tworzyłam obrazy z włóczek metodą punch needle, robiłam też na drutach, zaliczyłam nieudolne próby robienia ubranek, fotografia też przez jakiś czas dawała mi spełnienie. Mam potrzebę, aby coś tworzyć. Zdecydowanie jest to oderwanie od prozy życia. Cieszę się, że żyjemy w czasach, w których mamy dostęp do internetu i możemy zdobywać wiedzę z całkiem nowej dziedziny bez wychodzenia z domu.

Czego najbardziej nie lubisz albo co jest dla ciebie największym wyzwaniem w macierzyństwie?

Niepowielanie schematów w wychowaniu i realizowanie tych, które czuję, że są najlepsze dla moich dzieci. Niepoddawanie się emocjom, praca nad sobą, aby być najlepszą wersją siebie dla moich dzieci.

Ogarniasz to słodkie stadko świetnie! Jakie trzy rady dasz koleżance, która dopiero zostanie mamą?

Kilka lat temu nie uwierzyłabym, że jako mama trójki znajdę czas dla siebie. Ja po prostu im więcej mam dzieci, tym lepiej rozumiem, że jeśli nie zadbam o siebie, o swój dobrostan psychiczny, to nie udźwignę więcej. Przy czym muszę zaznaczyć, że mam męża, który jest aktywnym tatą. Co prawda pracuje od poniedziałku do piątku, ale wieczorem zajmuje się dziećmi: kolacja, kąpiel, usypianie – nie robię tego sama! Myślę, że gdybym nie otrzymywała tego wsparcia, to wieczorem, gdy dzieci śpią, zdecydowanie nie miałabym siły na realizowanie swoich pasji.

A jakie rady dla młodej mamy? Nie odkładać swoich potrzeb na daleki koniec listy zadań, a gdy tylko jest taka możliwość, korzystać z pomocy dziadków, cioć, wujków, przyjaciół. Wierzyć we własną intuicję, bo to mama jest najlepszym ekspertem od swojego dziecka.

Przyszła wiosna, niebawem będzie lato. Na zakończenie: gdy myślisz o wymarzonych wakacjach, to co widzisz?

Lubimy chodzić na spacery, zwłaszcza do lasu – i tu, na takie dłuższe wyprawy, niezbędne okazuje się nosidło Babytula, bo zazwyczaj któreś z trojga dzieci w końcu zaczyna marudzić, że bolą je nogi. Lubimy rowery, często spędzamy czas w ogródku, lubimy jeździć nad jezioro, spotykać się z przyjaciółmi. Wymarzone wakacje? Widzę nas na rajskiej plaży, najlepiej bez innych ludzi. Widzę moje spokojne, szczęśliwe dzieci, którym wszystko smakuje. Widzę, jak się ze sobą bawią, śmieją i przytulają do siebie, a ja i mąż podziwiamy, jak cudownie nam razem.

Tego wam życzę!

*

Przygotowuję ten wywiad i zerkam na lekko zakurzoną matę do jogi, kiedyś regularnie używaną, zanim w naszym życiu pojawił się ostatni maluch. „Hej, on ma już dwa lata i to chyba słaba wymówka”, myślę. Czuję, że to najwyższy czas, by zapisać się na zajęcia i dać sobie samej chwilę wytchnienia. Świat się nie zawali!

Beata do sesji wybrała nosidełka Explore, Free-To-Grow i Toddler.

 

Materiał powstał we współpracy z marką Baby Tula.

Dodaj komentarz