Tulenie Milo

Rozmowa z Izą Perez Hariette

To miała być opowieść o wnętrzarskich inspiracjach, trochę o Kubie, ciut o macierzyństwie w rytmie salsy. A będzie to historia o miłości, ze zwrotami akcji lepszymi niż w kinie. To nie nudna wenezuelska telenowela. To dramat i komedia w jednym. Z polsko-kubańskim happy endem. Vamos!

Jechałam na to spotkanie podczas styczniowej mżawki, brnąc w błoto i smętną szaroburość. Ale każdy, kto zna mieszkanie Izy Perez Hariette, Yoilana oraz ich synów, prawie 10-miesięcznego Milo i 7- letniego Yosiela, wie, że czeka go po pierwsze kubańska energia i muzyka od progu, a po drugie – bezpardonowy atak błękitów, ultramarynów, szafirów i kobaltów. Jakby ktoś zamknął w ścianach bloku wspomnienie morza i wakacji. Izę znacie na pewno z jej kreatywnych przeróbek mebli, wszelakich DIY i stylizacji wnętrz, w których ów kolor stał się wręcz znakiem rozpoznawczym.

Z głośników dobywa się klasyka, czyli Buena Vista Social. I muzyka na żywo w wykonaniu Yoilana, który jest muzykiem, oraz malutkiego Milo, dla którego gitara czy bębenek taty są ciekawsze niż niejedna zabawka. Nie zdążę pogadać z Izą o wnętrzach, o jej blogu, czy przesłuchać wszystkich nagrań i kompozycji jej męża, bo gdy tylko cofam się o 10 lat i pytam o ich pierwsze spotkanie na kubańskiej plaży w Baracoa, rozpoczyna się opowieść dwojga ludzi, którzy o tę miłość walczyli jak mało kto. Spotkanie z serii #Tulenie w tula dziś będzie pod znakiem miłości. Tej od pierwszego wejrzenia. Amor a primera vista, wierzycie w nią?

 

Iza, co ciebie ciągnęło na Kubę? Chyba te kolory…

Iza: Od zawsze uwielbiałam morze. Lato jest we mnie. Z Kubą to jest śmieszna sytuacja, bo jakoś w 2005 roku poczułam, że po prostu muszę tam jechać. I jest jeszcze coś… W 2001 roku moja mama poszła do wróżki, która jej powiedziała, że kiedyś wyjadę daleko zagranicę i tam się zakocham. Zawsze wyjeżdżałam na własną rękę i myślałam, że pewnie chodzi o jakiegoś Polaka. Przypomniałam sobie o tym już, jak wróciłam z Kuby! Pojechałam z przyjaciółką z zamiarem zwiedzenia całej wyspy, więc zawitałyśmy też do Baracoa. Poszłyśmy do Casa de la Trova, to takie miejsca z muzyką na żywo, i tam na scenie zobaczyłam Yoilana. Miałyśmy z grupą poznanych muzyków iść dalej na miasto, a ja powiedziałam, że nie ruszę się z miejsca bez niego…

No właśnie, słyszałam, że to ty poderwałaś Kubańczyka! Trochę to wbrew stereotypom i historiom o turystkach. To ja poproszę o przepis: jak się podrywa chłopaka z Kuby? 

I: Chyba na upór! Wszyscy wyszli, w pewnym momencie zostałam tylko ja i on, i przegadaliśmy całą noc – do wpół do siódmej rano. Potem mnie odprowadził i… poszedł do pracy.

Y: Tak, tak. Pracowałem w szkole z dziećmi jako nauczyciel muzyki. A potem po lekcjach jechałem uczyć w domu kultury. Łatwo nie było. Chyba nie spotkałem wcześniej takiej dziewczyny, która weszła, pokazała palcem do znajomych i powiedziała: to ten! Ja grałem schowany za głośnikiem, nawet tego dobrze nie widziałem. Grałem w domino po koncercie, a tu znajomy wyciąga mnie na spacer z poznanymi dziewczynami. Ale po co, mam tu domino, muzykę, wino… Ja jutro pracuję… – pomyślałem. Serio, ociągałem się.

I: Ja to potraktowałam jak wakacyjny romans. A że to miłość na całe życie – zrozumiałam dopiero po powrocie.

Często mówimy Kubańczyk przyjechał za Polką, nie wiedząc, że dla mieszkańców Kuby wyjazd to najczęściej słowo tylko ze strefy marzeń. Bo ta historia jest dużo bardziej skomplikowana…

I: W tamtym czasie nie wiedziałam nic o realiach życia na Kubie, o zarobkach Kubańczyków. Nie można ot tak sobie wyjechać. Bez paszportu? Żeby mieć paszport, potrzebne jest zaproszenie, żeby mieć wizę, potrzebna jest carta blanca, czyli tysiąc papierów, które pozwolą ci wyjechać. A jeśli jesteś pracownikiem sektora edukacji, nie licz, że cię łatwo wypuszcza z kraju. Potem jest servicio social, praca odpracowująca wojsko…

Czekaliście na siebie rok, aż Yoilan skończy pracę na rzecz kraju. Zużyłaś tonę papieru na listy?

I: List na Kubę idzie ponad miesiąc. Yoilan nie miał komórki, miał szwajcarską kartę pożyczoną od koleżanki do telefonu… pożyczanego wieczorami od brata (śmiech). A więc zostały nam SMS-y, które dostawałam o szóstej nad ranem w Polsce.

Determinacja!

I: To jeszcze nie. To dopiero przed nami. Bo uwaga, planowałam kolejny przyjazd na Kubę. Napisałam więc do niego o bilecie, a on do mnie: Bardzo dobrze, bo muszę ci coś powiedzieć w cztery oczy: mam kogoś. Nie mogę być ani z tobą, ani z nią, bo nie umiem wybrać. Nie jadłam przez tydzień.

Y: A potem poszłaś do wróżki…

I: No dobra, dwa razy w życiu byłam i dwa razy przez niego (śmiech). Wróżka oznajmiła, że jeśli mam mu powiedzieć o moich uczuciach, to nie teraz. Wytrzymałam dwa miesiące i wróżka powiedziała, że teraz albo nigdy. W 3 tygodnie załatwiłam pieniądze i bilety. On ciągle trzymał mnie w niepewności. Gdy już dotarłam na Kubę, byłam tak wyprana z emocji, że powiedziałam mu wprost: Walczyłam rok o ciebie, ale już nie wiem, czy chcę z tobą być. Będę tu 3 tygodnie, masz czas, by udowodnić, że ci zależy. I zawalczył.

 

Jak walczy Kubańczyk o kobietę? Była salsa pod balkonem?

Y: Powiem tak – muzycznie jak kogut! Grałem cały czas, śpiewałem nie tylko o miłości. Na plaży, nad rzeką. Pokazałam jej moje miasto, pierwszą stolicę Kuby, jest piękne no i ma najlepsze plaże.

I: Tak, zabrał mnie na koncert do miasteczka obok – zrobiłam tam zdjęcie, które wygrało Grand Prix w National Geographic. Grał dla mnie. Nie jestem typem romantyka, a jednak on mnie na te romantyczne gesty złapał! Minęły 3 tygodnie, zawalczył dzielnie, no i zaczęła się procedura. Chociaż z początku on wcale nie chciał wyjechać.

Y: No, dobra – na pomysł o wyjeździe najpierw powiedziałem nie. Miałem pracę z dziećmi, na karku urząd. Ale zmieniłem zdanie i zaczęło się zbieranie dokumentów, by móc wyjechać z Kuby. Mój szef, u którego pracowałem lata, miał mi dać enty dokument potrzebny do wyjazdu i odmówił w momencie, gdy tak bardzo tego potrzebowałem. Pomogła mi mama mojego przyjaciela. Potem zmieniałem daty lotów, załatwiałem kolejne papiery… Niekończąca się historia.

Dobrze się składa, bo trafiło na siebie dwoje bardzo upartych, zdeterminowanych ludzi.

Y: To nie koniec. W Baracoa w tym czasie nie było bankomatów, musiałem pojechać do brata do innego miasta, by nauczył mnie, jak się obsługuje karty, bo w ich mieście był bankomat i internet. Dziś to wydaje się oczywiste, ale nie wtedy. Teraz mija moje 10 lat w Polsce, moi znajomi z Kuby nie wierzą, że wciąż tu jestem!

I: Nie wspomnieliśmy, że naprawdę igraliśmy z ogniem. Przez trzy tygodnie mieszkaliśmy na nielegalu, bo wynajmowałam pokój dla turysty, a nie można do niego zapraszać Kubańczyka. Grozi to więzieniem dla niego i karą oraz więzieniem dla właściciela mieszkania. Mamy swoją matkę chrzestną tego związku – Ramonę, właścicielkę domu. Ona najwięcej ryzykowała. Raz podkablował nas sąsiad i policja przyszła 15 minut po wyjściu Yoilana. Ostatnie dni już nie mieszkaliśmy razem. Potem już zawsze widok policji przyspieszał mi bicie serca.

 

Ślub w Polsce i happy end?

I: No nie tak od razu! Musieliśmy wziąć szybko ślub, by Yoilan mógł tu zostać, ale potrzebowaliśmy jednego dokumentu – zaświadczenia o zdolności zawarcia związku małżeńskiego. A jemu wydali inny dokument! Papier, że jest po prostu kawalerem. I tu kolejny szczęśliwy przypadek – moja znajoma w tym czasie też przechodziła przez proces sprowadzania Kubańczyka, którego mama pracowała w urzędzie i załatwiła dokument, który ta dziewczyna nam przywiozła. Ale…

Y: … brakowało na nim pieczątki.

I: Tak! W ambasadzie dano nam pieczątkę, której nie uznał warszawski urząd stanu cywilnego! Ja jestem z Pruszkowa, wysłałam dokument faxem do Pruszkowa i przyjęto nas z otwartymi rękami. Do dziś nas tam pamiętają!

Yoilan, zostałeś w kraju nad Wisłą. Co cię zaskoczyło?

Wysokie budynki! Myślałem, że takie są w Hawanie, ale jak wysiadłem w centrum Warszawy… A potem zaskoczeniem był sklep i długa półka z kurczakami. Na Kubie mięso to był rarytas. Za kradzież krowy jest większa kara niż za zabicie człowieka.

A co z Kuby przywiozłeś do Polski. Oprócz salsy i uśmiechu?

I: Imprezy i kuchnię! U nas gotuje głównie Yoilan. I polskie dania i kubańskie ryże z fasolą czy ropa vieja (rwane mięso z resztkami), ale też jego popisowy deser – flan.

Y: Nieskromnie, jest najlepszy w Warszawie.

 

Wychowanie dzieci tu i tam. Różnice, podobieństwa?

I: Wychowanie dzieci na Kubie wygląda mniej więcej jak u nas za czasów PRL. Dzieci szybko stają się samodzielne, dużo czasu spędzają na dworze. Rodzice nie skaczą wokół dzieci, ich potrzeb, rozwoju, emocji tak, jak aktualnie u nas. Ja staram się świadomie wychowywać nasze dzieci. Jak coś mnie niepokoi, czytam o tym, drążę temat. Choć podstawą mojego sposobu wychowania jest intuicja. Mój mąż był wychowywany przez mamę, bez taty. Nie ma wzorca męskiego. Stara się jak może. Bardzo chce być fajnym tatą, jakiego sam nie miał. Jednak to ja jestem mediatorem między nim a starszym synem. Obaj są charakterologicznie bardzo podobni do siebie i to rodzi zgrzyty. Ja tłumacze mężowi, jak działa psychika dziecka i pomagam zrozumieć trudne sytuacje i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Myślę że to działa. Stanowczo to ja pozwalam na więcej dzieciom. Całe szczęście moje argumenty Yoilana przekonują i dajemy radę wychować wspólnie synów bez konfliktów rodzicielskich na tym tle.

Relacja z bratem: wojna i pokój?

Yosiel jak usłyszał że będzie miał rodzeństwo przyjął to bardzo źle. Obawiałam się ich pierwszego spotkania i późniejszych relacji. Okazało się, że musiał po prostu przepracować sobie te informacje. Miał na to ponad 7 miesięcy, bo z różnych względów musiałam mu powiedzieć bardzo wcześnie. Yosiel i Milo są bardzo za sobą. Starszy powtarza że ma najfajniejszego brata, jest bardzo opiekuńczy. Obaj to bardzo towarzyskie chłopaki. Muszą mieć ludzi wokoło siebie. Yosi najchętniej mieszkałyby 24 godziny na dobę z kolegami. Jak był mały, nigdy nie bawił się sam w pokoju. Musiał mieć ludzi wkoło siebie. Widzę, że Milo idzie w tym samym kierunku.

Są podobni?

Trudno mi jeszcze powiedzieć jak się różnią, a jak są podobni, bo Milo dopiero pokazuje nam swój charakter. Choć już teraz mogę stwierdzić, że jest uparty i ciekawski. I chyba ta ciekawość jest silniejsza niż strach. Jest roześmianym maluchem i bardzo ceniącym sobie przytulanie. Nie bez przyczyny ma ksywę Mi-lu-ś Koala. Jest też bardzo energetycznym dzieckiem. Tak samo jak jego starszy brat.

Milo garnie się do muzyki, wyrywa gitarę, śpiewacie mu kubańskie kołysanki?

I: Najśmieszniejsze jest to, że najwięcej w domu dzieciom śpiewam ja – muzyczne beztalencie. Fałszuję przeokrutnie.

Y: Jak coś komponuję, to im puszczam, to moi pierwsi recenzenci – jeśli ruszają w rytm głową, jest dobrze. Jak nie, znaczy, że muszę coś w muzyce zmienić.

I: Kiedy nasz starszy synek, Yosiel, był na Kubie, miał ze dwa lata, to zawsze zasypiał przy głośnej ulicznej muzyce. Muzyka na Kubie jest wszędzie. Mógł głęboko spać w knajpach.

Komponować muzykę przy dwójce dzieci – mission impossible?

Y: Rozkładam swoje sprzęty tu w domu i nagrywam. Przy Yosielu nagrałem bardzo dużo kawałków, teraz Iza wychodzi z Milo, kiedy gram i potrzebuję absolutnej ciszy.

Dziękuję wam za tę opowieść i dobra energię! A was, czytelnicy, zapraszam na kubański koncert Yoilana, karnawałowe gorące rytmy, więcej o tu!

*

Kawałek Kuby na Bielanach, a tak się szaro i gnuśnie ten poranek zapowiadał. Myślę sobie o tym, ile murów przed tą dwójką wyrastało, ile napotkali bezdusznej biurokracji, polityki, która ma w nosie nasze intymne historie i marzenia. Kto wie – gdyby nie pewna wróżka, gdyby nie pewna odważna właścicielka hotelu, gdyby nie znajoma…

 

Izabela Perez Harriette – po godzinach blogerka Colores de mi alma, mama dwójki, na zawsze związana z Kubą. Kobieta wielu zainteresowań: fotografka (GRAND PRIX Wielkiego Fotograficznego Konkursu National Geographic Polska), zapalona autorka projektów wnętrzarskich i DIY.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.