Tulenie Meli

Rozmowa z Brunoszką

Mama trójki, projektantka, krawcowa, niestrudzona dekoratorka własnych wnętrz. Kobieta z poczuciem humoru i rozwianą grzywą. Wiecie kto tuli Melę? Sprawdźcie!

Bywają takie dziewczyny, które obserwujesz z daleka, i masz wrażenie, że mogłybyście się zakumplować. Paula, znana jako Brunoszka, jest takim moim typem. Wpisy z uśmiechem, nawet, kiedy bywa niełatwo. Fach w ręku, czego zawsze ludziom po cichu i z sympatią zazdroszczę. Styl, który widzę w jej ubraniach i wnętrzach, który mówi do mnie same miłe rzeczy, i do tego ta jej wesoła gromadka: siedmioletni Bruno, czteroletnia Bianka i roczna Mela. Poznajmy się lepiej, kto wie, co z tego wyniknie. Przedstawiam wam kolejną superaktywną, kreującą swój świat mamę, która tuli w naszym cyklu #Tulenie w Tula.

*

Moda to twój zawód, pasja, miłość? Jak to jest?

Tak, mój zawód projektanta to zdecydowanie miłość i pasja, a że jeszcze mogę z tego mieć pieniądze na życie, to ze mnie szczęściara (śmiech). Lubię proces powstawania projektów, potem realizację i ten efekt, kiedy klientka zakłada moje sukienki i czuje się w nich wyjątkowo.

Od dawna szyjesz?

Moja przygoda z szyciem na serio zaczęła się 7 lat temu, ale jak
byłam mała – mama mi to zawsze wypomina – wycinałam dziury w firanach i robiłam z resztek materiałów sukienki dla lalek (śmiech).

Te letnie sukienki są super, skąd inspiracje?

Tym wzorem sukienek i spódniczek zaczynałam swoją przygodę z szyciem i tak co jakiś czas wracam do tych modeli, odświeżam je, coś dodam, coś zmienię… No i materiał robi swoje, zawsze najlepszej jakości, z wysokiej półki.

Jak to się robi z trójką dzieci?

Sama nie wiem (śmiech). To się dzieje i już. Czasem zawalczę o więcej czasu na pracę i wtedy nad dziećmi czuwa mój mąż. Czasami przyjedzie siostra, która się zlituje. Generalnie niby jestem bardzo zorganizowana, ale mam wrażenie, że działam w chaosie, z pędem czasu. Zawsze jednak dzieci idą na pierwszy plan. Kiedy sąsiadka widzi, że idę z tą moją trójką, jedno na rowerze, drugie na hulajnodze, trzecie w nosidle, ja z zakupami i jeszcze do samochodu pakuje paczki dla kuriera, to łapie się za głowę i mówi: „Matka Polka, taka z prawdziwego zdarzenia” (śmiech). No i siedzę po nocach i kiedy te moje maluchy śpią, ja nadrabiam zaległości w pracy. Jakoś tak ciężko się pracuje, kiedy oni jeszcze chodzą po domu, bo a to się chcą tulić, a to „mama, pić”, a to piżamy nie może założyć, a to kolacja, a to się z nimi położyć, poczytać… Każda mama wie, jak to jest.

Macierzyństwo zainspirowało cię do samodzielnego biznesu?

Tak, zdecydowanie. Historia, że pracowałam w korpo nikogo chyba nie zdziwi (śmiech), ale tak było. Nigdy nie zapomnę, jak wieczorem, po całym dniu pracy, kiedy Bruno był z nianią, przyjeżdżałam do domu i zaczynałam go kąpać, a telefon nadal dzwonił – wszystko było na już, na teraz… Ogromny stres, nerwy, bo on na łóżku czekał aż matka skończy gadać przez telefon. Źle ten czas  wspominam. I przyszedł moment, że los fajnie zadecydował i kupiłam maszynę (śmiech).

Niedawno Mela, twoja najmłodsza córka, skończyła rok. Jaki to był rok dla waszej rodziny?

Najpiękniejszy. To był cudowny rok pełen wzruszeń, magicznych momentów, i jak o tym myślę, to oczy mam pełne łez i uśmiecham się do siebie. Nigdy nie zapomnę pierwszego spotkania naszej piątki. Było magicznie! Mela wniosła do naszej rodziny jakiś taki spokój, mimo że jest nas więcej i jest głośniej. Melka to dziecko szczęścia, bez przerwy się śmieje, nawet nie umie porządnie płakać, coś tam miałknie, ale za chwilę jej przechodzi.

Lubię twoje konto na IG – o wszystkich rzeczach, które – co tu kryć – bywają męczące, jak niespanie, wczesne pobudki, ogarnianie bałaganu po dzieciach, praca po nocach, piszesz z humorem. To twój sposób na życie?

Ja to życie kocham, akceptuje takim, jakie jest, nie umiem się złościć długo na to, na co nie mam wpływu. Dzieci dają dużego kopa do działania, raz jest super, raz nie, ale zawsze mamy siebie. Uważam, że jestem szczęściarą, że mam taki dom, dzieci, męża, którego kocham i on chyba mnie też (śmiech). Zawsze, jak kładę się wieczorem w łóżku, to sobie myślę: dzięki! mam gdzie spać, mam dom i tych ludzi obok siebie. Czego chcieć więcej. Dlatego nie ma co myśleć negatywnie, trzeba się cieszyć z tego, co się ma, a czasem jak sobie ryknę z bezsilności w poduszkę, bo coś mi nie wychodzi, to na dobry miesiąc wystarcza (śmiech).

Co lubicie robić wszyscy razem?

Mnie to cieszy zwykłe życie, jak razem coś gotujemy, robimy pizzę albo pieczemy. Lubię nasze powroty z przedszkola, kiedy idziemy wszyscy razem, oni na hulajnogach, rowerach, ja tarabanię się z Melką. Idziemy wtedy na lody, kupujemy oranżadę, zawsze namówią mnie na jakieś słodkości – kiedyś byłam bardzo na nie, a teraz mówię sobie: a co tam, ciut nie zaszkodzi! (śmiech). Mamy wtedy czas na rozmowę. Lubię im czytać, lubię, jak siedzimy razem i gramy w gry, kiedy kładziemy się razem spać i się tulimy, kibicujemy na treningach piłki nożnej Bruna albo oglądamy nagrany występ Bianki po każdych jej zajęciach tanecznych.

 

Kiedy najbardziej przydaje ci się Tula?

Praktycznie zawsze i wszędzie, bo przy trójce dzieci wolne ręce są na wagę złota (śmiech). Jak Melka była taka tycia, to chusta i nosidło były niezbędne. Właściwie nie wyobrażałam sobie bez tego życia – w domu i poza nim. Teraz, kiedy Mela już chodzi, Tula przydaje się bardzo na wyjazdach, wtedy i mój mąż może ją nosić, i ja, a Bianka okupuje wózek Meli (śmiech).

Mela lubi być w nosidle?

Tak, bardzo, bo jest przyzwyczajona – praktycznie zawsze ją noszę. Miałam i mam poczucie dużej bliskości z nią, kiedy tak sobie u mnie siedzi w tym nosidle.

Czy nosidło przydaje ci się podczas karmienia gdzieś poza domem?

Tak, bardzo łatwo można nakarmić maluszka, nie wyciągając go z nosidła.

Zdarza ci się pracować z Melą w Tuli?

Jak była maleńka, to praktycznie zawsze, kiedy starszaki były w
przedszkolu, ja korzystałam z okazji i siadałam do maszyny albo kroiłam, pakowałam paczki. Najłatwiej mi wtedy było mieć Melę w nosidle czy chuście, bo to dawało więcej czasu na ogarnięcie pracy. Kiedy ona była blisko mnie, stawała się spokojna albo spała.

Masz przytulaśne dzieci? Czy Bruno już się wymyka?

Wszystkie się tulą i wszystkie są pieszczochami. Widzę, że Bruno przy kolegach zgrywa już dorosłego (śmiech), ale jak ich nie ma, to synek mamusi… Bianka to typowy pieszczoch, lubi być w centrum zainteresowania, no a Mela to już w ogóle.

Wszystkie były w nosidłach?

Tak, wszystkie, ale wiadomo – przy pierwszym dziecku nie było takiej spiny. Bruno był sam, więc często zapominałam o tym, że mogę go wsadzić do nosidła i nosiłam go na rękach, a wtedy i ręce, i kręgosłup dostawały w kość. Po tym, jak urodziła się Bianka, trzeba było ogarniać dwójkę, więc już nauczona doświadczeniem częściej nosiłam córkę w nosidle, a nie na rękach. A Mela to dziecko chusty i nosidła na przemian, tu nie było wyjścia (śmiech). Szykowanie się razem do przedszkola, gotowanie obiadu, kąpanie starszaków, ogarnianie chaty… Co tu dużo mówić, bez nosidła nie dałabym rady.

Jakie macie plany na wakacje? Tula jedzie z wami?

Byliśmy już na wakacjach i właśnie z Tulą – bez dwóch zdań trzeba było ją zabrać. W tym roku planujemy jeszcze krótkie wypady i też nie wyobrażam sobie, że nie zabiorę nosidła. Na to miejsce w bagażu zawsze musi się znaleźć.

Dziękuję za rozmowę. Słonecznego lata wam życzę. 

*

Paula wybrała: Marigold – nosidełko Tula Free-to-grow

Szukając nosidła lub chusty na wakacyjne wypady, wejdźcie na stronę www.babytula.pl, znajdziecie tam wszystkie dostępne wzory.

*

Paula o sobie: Z zawodu wyuczonego jestem dziennikarzem, pracowałam w radiu, a potem w telewizji, od zawsze myślałam, że chce pracować w tym zawodzie do przysłowiowej grobowej deski, los zadecydował inaczej. Jestem szczęściarą, bo aktualnie robię zawodowo to, co kocham, i mam trójkę dzieci. Chciałam czwórkę, ale od kiedy na świecie jest już trzecie, nie wiem, czy ogarnę (śmiech). Jestem tym, kim jestem, dzięki mojemu mężowi, bo on we mnie uwierzył i wspierał mnie w trudnych momentach. Jestem tym kim jestem, bo moje dzieci dają mi niezwykłą energię. Kiedyś cierpliwość to nie była moja najlepsza cecha (śmiech), a teraz nie wiem, gdzie jeszcze mam schowane jej pokłady, ale wiem, że je mam. Lubię gotować, ale nigdy nie robię tego wg przepisu, kocham przestawiać meble w domu, generalnie rzadko siedzę na kanapie – moja siostra może to potwierdzić, bo zawsze ją to wnerwia, że w spokoju kawy się ze mną napić nie może, no a ja kocham pić kawę!

*

Rozmawiała: Paulina Filipowicz

Zdjęcia: Lidka Dzwolak/Oh, krab

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.