Tulenie Marcelego

Na spacerze z Magdą z Krytyki Kulinarnej

Mówi, co myśli. Nie ogląda się na innych. Jednych onieśmiela przebojowością, innych inspiruje – oto Magda z Krytyki Kulinarnej. Złapać ją na sesję to nie lada wyczyn, a nam się udało. W pewien zasnuty mgłą, dżdżysty listopadowy poranek opowiada nam o sposobach na hejt w internecie i o debiutanckim macierzyństwie.

Jeśli znacie Magdę z jej recenzji kulinarnych oraz iskrzących od dowcipu felietonów, to dziś z góry uprzedzam – nie będzie żadnych zdjęć jedzenia! Będzie natomiast Magda jako mama, przyłapana w Parku Zdrojowym, do którego często wpada z małym Marcelem. Sesja jesienna, z całym dobrodziejstwem tej jesieni, ale bez przereklamowanych jesieniarskich akcentów, czyli w skrócie polska szaruga, dżdżysta i klimatyczna. Park Zdrojowy serwuje nam dziś bogatą paletę szarości i przybrudzonych brązów oraz dawkę wilgoci – sól z tężni osiada nam na ustach, gdy przechadzamy się po parku. Magda dopiero teraz, po ukończeniu prac nad swoją książką, może złapać chwilę oddechu. Pewnie z jeden łyk, bo zaraz popędzi gdzieś w świat. Dziś spotkanie z cyklu #Tuleniewtula pośród solankowych mgieł, tak zdrowo to jeszcze nie było!

 

Magda, twój język potrafi być ostry jak najlepszej próby nóż do sushi, bywa to dla innych problemem?

Nie wiem, czy „cięty język” to nie za dużo powiedziane. Ja po prostu nie mam problemu z mówieniem tego, co naprawdę myślę. Możliwe, że dla niektórych sam ten fakt już jest trudny. Ale też nigdy nie miałam z tego powodu problemów czy przykrych sytuacji. Może to po prostu jest onieśmielająca postawa?

Po twoim tekście o dzieciach w restauracji zrobiło się w internetach głośno. Zyskałaś nowe grono hejterów? Dostało ci się od matek, które odebrały tekst jako atak?

To zaskakujące, ale negatywne komentarze były pomijalnym marginesem. Natomiast pod tym tekstem wypowiedziało się bardo dużo osób ze sporym doświadczeniem jako rodzice i były to bardzo zdroworozsądkowe wypowiedzi. To cieszy. Cieszy, że nie idiociejemy kompletnie od samego faktu posiadania bąbelków. Poza tym bąbelki, wbrew pozorom, lubią granice.

A czy dziś, już jako bardziej doświadczona matka, coś byś zmieniała w tym tekście? Masz więcej wyrozumiałości?

Nic. Nie zmieniłabym ani jednego słowa. Nadal uważam, że dzieci są odpowiedzialnością rodziców, a nie przypadkowego otoczenia. To rodzice odpowiadają za ich zachowanie. Wiem, że to nie jest łatwe. Nasz syn ma w tej chwili rok i jest dzieckiem bardzo ruchliwym, ciekawym świata. Nie zawsze daje nam w spokoju zjeść posiłek, ale też po to ma rodziców, aby się nim zajęli. Bywa, że jemy na zmianę, i nie widzę w tym nic nadzwyczajnego. Myślę, że w długiej perspektywie jemu też dobrze zrobi, jeśli poprzez przykład będzie się uczył szacunku do innych i nienaruszania ich granic czy spokoju.

Coś się w tobie zmieniło po urodzeniu syna?

Poza większym zrozumieniem problemów, z którymi borykają się rodzice, chyba niewiele. Chętnie bym sobie czasem pojechała na jakimś stereotypie, bo naprawdę bawi mnie pisanie takich tekstów, ale zwyczajnie mam mniej czasu i jestem bardziej niewyspana, a to nie wpływa szczególnie dobrze na kreatywność. Wiem jednak, że to po prostu taki etap, który minie.

Pisałaś kiedyś, że madki to najdziwniejsze plemię pod słońcem. Krytyka dotycząca wychowywania nieswoich dzieci jest nie do podrobienia. Czy po latach blogowania ktoś lub coś jest w stanie cię jeszcze wyprowadzić z równowagi?

Raczej nie. Po pierwsze się uodporniłam, po drugie – znam wszystkie sztuczki, a po trzecie – u mnie prawie nie ma hejtu. Może dlatego, że nie ma też na niego przyzwolenia, i zamiast marnować energię na dyskusję – banuję, co jest powszechnie wiadomym faktem.

Masz na hejt patent? Dystans, żart? Wbrew pozorom to poważna sprawa, wielu blogerów nie umie sobie z tym poradzić.

Tak, mam zerową tolerancję na hejt. Uważam, że bezinteresowna złośliwość jest wstrętna i dużo mówi o człowieku. Myślę, że hejterzy to ludzie zakompleksieni, którzy w internecie te kompleksy próbują leczyć. Hejterów natychmiast banuję i nie chodzi wyłącznie o mój spokój, ale też o spokój moich czytelników. Wokół bloga zgromadziła się potężna społeczność, każdego miesiąca odwiedza go przeszło czterysta tysięcy osób. To są mili, fajni ludzie, a ja czuję się w obowiązku dopilnować, aby do tego mojego internetowego domu nie wchodził nikt w zabłoconych butach. To jest moje miejsce i to ja decyduję o tym, jaka będzie w nim panowała atmosfera.

Za to nie wierzę, że nie usłyszałaś jeszcze w realu „a gdzie pani ma czapkę dla dziecka?”.

O czapeczce nie słyszałam, ale raz pani w sklepie zapytała, dlaczego nie mam przy wózku czerwonej wstążeczki i czy się nie boję, że ktoś spojrzy na mojego syna „złym okiem”. Nadal nie wymyśliłam wystarczająco błyskotliwej riposty.

Ile zrobiłaś kilometrów przez ostatnie miesiące, zbierając materiał do swojej nowej książki o polskich agroturystykach? Zakładam, że przydała się Tula i sporo cierpliwości.

Sporo, w sumie około piętnastu tysięcy kilometrów po polskich drogach i bezdrożach. W większości z moim synem. Gdy wyruszaliśmy w pierwszą trasę, skończył pół roku, ostatnią kropkę postawiłam w dniu jego pierwszych urodzin. Był naprawdę dzielny, bo średnio co dwa dni zmienialiśmy miejsce noclegowe. Ale za to kompletnie ominął go etap lęku separacyjnego i jest bardzo otwarty na wszystkie nowe osoby. I rzeczywiście, obok wózka nosidło jest podstawowym wyposażeniem każdego rodzica, który choć trochę się przemieszcza. W wiele miejsc nie dotarłabym wózkiem, np. w górach. A poza tym to bardzo rozczulające i rozkoszne mieć swojego malucha tak blisko. Ten czas mija zbyt szybko.

Jakiś zakątek Polski był dla ciebie totalnym odkryciem, zaskoczeniem?

Zakochałam się w Dolnym Śląsku. To jest moje największe odkrycie. Ten region jest naprawdę magiczny, co rusz znajdujesz perełkę, a to pałacyk, a to dworek, a to widoczek jak z pocztówki. Dolny Śląsk na pewno nie jest na jedne wakacje, lecz na wiele powrotów.

A zachwyt kulinarny ostatnich miesięcy?

Mam dużo szacunku do kuchni wysokiej, fine diningu, ale największy zachwyt zawsze budzi we mnie doskonały produkt i respekt, jaki kucharz mu okazuje. Lubię więc rzeczy proste, dobrej jakości, świetnie przyrządzone. No i zawsze mam kłopot z udzieleniem odpowiedzi na tak postawione pytanie. Na świecie jest tyle wspaniałego jedzenia!

Wymień więc twoje top 3 miejsc,  których lubisz być karmiona.

Bardzo lubię Cucinę Poverę w Zalesiu Górnym, nie tylko z powodu świetnej włoskiej kuchni, ale i nieformalnej atmosfery. Z miejsc raczej bez dzieci wciąż w moim sercu mocno trzymają się Dyletanci i Zielony Niedźwiedź.

Twój jesienny comfort food?

Coś, co zawiera dużo masła. No i coś z ziemniaków. Ja w gruncie rzeczy jestem bardzo prostym człowiekiem. Zupełnie nie wiem, skąd się mojemu dziecku wzięły te krewetki i ośmiornice!

Coś czuję, że rośnie u boku mały gourmand…

Co do tego nie mam wątpliwości. Kończąc rok, sam z wyboru odrzucił mleko i prawie go nie pija. Najlepsze jedzenie zawsze znajduje na naszych talerzach. Ostatnim hitem jest grillowana ośmiornica. Trochę się martwię, co będzie, gdy odkryje ostrygi.

Spoko, są zdrowe…

Ale martwię się, czy mój portfel to wytrzyma (śmiech). Trochę sobie teraz żartuję, ale fakt jest taki, że nasz syn je wszystko i je chętnie. Na ogół jeśli coś odrzuca, to są to rzeczy zwyczajnie niesmaczne i ja się z nim w tym zakresie zgadzam.

 

Dużo u ciebie na blogu porad życiowych. A na jaką najgłupszą radę na regale autoporadników natrafiłaś?

Uwierz w siebie. Dzięki, Sherlocku. Wiarę w siebie pozyskujemy z dwóch miejsc: z domu rodzinnego i z własnych osiągnięć. To pierwsze jest bardzo znaczącym kapitałem, który jednym jest dany, a innym nie. Ja to z domu dostałam i wiem, jaka to jest siła. Ale na to drugie trzeba sobie zapracować. I to jest ten niewygodny fragment, o którym tanie poradniki zapominają wspomnieć.

Ty na brak pracy nie narzekasz. Odliczasz właśnie czas do wydawniczego debiutu. Czujesz ulgę, że to koniec orki, czy raczej dreszcz emocji?

Ulgę poczułam, gdy oddałam cały materiał do druku. Porywając się na napisanie przewodnika, tak naprawdę nie wiedziałam, z czym się mierzę i jak dużo pracy będzie mnie to kosztowało. Większość z tego półrocza spędziłam w drodze, starając się jednocześnie i zbierać materiały, i normalnie pracować. To naprawdę było ogromne wyzwanie. Teraz zaczynam powoli się cieszyć. Jeszcze trochę nieśmiało, ale wiem, ile w ten projekt włożyłam energii, wiem już, że książka została bardzo dobrze przyjęta i rozchodzi się w przedsprzedaży jak ciepłe bułeczki. Wiem też, że pierwszy nakład będzie bardzo duży, a to oznacza, że tacy giganci jak Empik również we mnie wierzą. To wszystko jest naprawdę szalenie budujące.

*

Ja dziś, oprócz sukcesu wydawniczego, życzę Magdzie jak najwięcej godzin przespanych w łóżku – każdy, kto ma roczniaka, wie, o co chodzi! A na drugim miejscu winszuję podróży, ale nie wątpię, że o to już się sama zatroszczy.

*

Marcel jest tulony w nosidełku Everblue Tula Explore.

Materiał powstał we współpracy z marką Tula.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.