Tulenie Luny

Rozmowa z Marią TYmańską

Dla Marysi Tymańskiej nie ma rzeczy niemożliwych. Wszystko zawsze da się załatwić, do pracy pójść, zdjęcia zrobić, po lesie pobiegać, dzieci nakarmić a na koniec dnia urządzić wyścig z przeszkodami do łazienki. Gdzieś pomiędzy ściśle zaplanowaną codziennością i weekendowym rozleniwieniem, Maria czuwa też nad stworzoną przez siebie szkołą językową dla dzieci, opartą na metodzie Helen Doron. Bardzo skrupulatnie ogarnia każdą sytuację, a troski jej się nie trzymają. Swoją pogodą ducha obdziela po równo córeczkę Lunę, synka Teo oraz męża, Tymona.

Maria spakowała Lunę do Tuli, Teo wręczyła rowerek i wybrała się z nami na przechadzkę do pobliskiego lasu. Tam, wśród połyskujących na złoto drzew i krętych, usypanych z szurających liści ścieżek, opowiedziała o rodzinnych czułościach, panowaniu nad nie zawsze zgodnym rodzeństwem i błogim, niespiesznym byciu razem. Chodźcie posłuchać.

***

Czy Tula to Twoje pierwsze nosidło?

Tula faktycznie była moim pierwszym nosidłem. Pierwszą kupiłam jeszcze dla Teo, gdy miał 9 czy 10 miesięcy, skuszona wizją łatwego montażu dziecka na plecach (śmiech).

 

marysia-068

marysia-078

Właśnie, bo z chustami nie jest tak łatwo.

Wcześniej, gdy dzieci były młodsze, używałam chusty. Używałam jej właściwie od samego początku, choć te początki były raczej nieudolne. Teo był dzieckiem absolutnie nieodkładalnym a ja dopiero przy Lunie dowiedziałam się o instytucji doradcy chustonoszenia. I tego, że łatwiej się uczyć od niego niż z filmików na YouTube (śmiech).

Niestety, wtedy jeszcze byłam pod mocnym wpływem książki Tracy Hogg, która z mojego obecnego punktu widzenia jest w większości stekiem bzdur. Na swoje i Teo nieszczęście, wyczytałam w niej, że dziecko absolutnie nie powinno zasypiać i spać przy rodzicu, więc z uporem maniaka wyciągałam śpiące dziecko z chusty. Powodowało to natychmiastowe wybudzenie i moją rosnącą frustrację. Przy Lunie byłam już dużo mądrzejsza. Jeszcze przed porodem spotkałam się z doradcą, przećwiczyłam wiązania, i chustowałam młodą od 5 dnia życia. I tak sobie żyjemy w symbiozie od 1,5 roku. Pieszczotliwie nazywam Lunę dzieckiem hubą i prezentuję różne konfiguracje jej uczepionej na mnie dodając hashtag #dzieckohuba (śmiech).

marysia-075

marysia-051-copy marysia-074-copy

Cudowna ta Twoja Huba! Powiedz, kiedy nosidło najbardziej się Wam przydaje?

Tula jest dobrym rozwiązaniem na szybkie akcje, zwłaszcza takie, gdzie po kilka razy wkładamy i wyciągamy dziecko. Najlepszym przykładem jest chyba wyjazd na zakupy, aczkolwiek ja osobiście najczęściej chyba korzystam z Tuli albo chusty podczas gotowania. Luna zawsze chce mi w tym towarzyszyć, a sadzanie jej na blacie kuchennym nie jest najlepszym pomysłem. Głównie dlatego, że z uporem maniaka wyjada mi albo pomidorki koktajlowe, albo czosnek (śmiech). Tak tak, całe ząbki tegoż!

marysia-072 marysia-069 marysia-070

Jak Wam się żyje w Gdańsku? Jak spędzacie czas?

W Gdańsku mieszkam od 3 lat. Kiedy się przeprowadzałam, jakoś w ogóle nie wydawało mi się to problemem. W końcu Warszawa jest blisko, mam samochód, mam gdzie mieszkać na miejscu (moi rodzice są z Warszawy). I faktycznie tak było, dopóki nie wróciłam do pracy. Teraz coraz mocniej tęsknię za rodzinnym miastem bo, de facto, nie mam kiedy do niego pojechać. Od poniedziałku do piątku pracuję, zazwyczaj do 19:00 – takie uroki pracy lektora języka angielskiego i właściciela własnej szkoły językowej dla dzieci. A w weekendy staram się poświęcić maksymalnie dużo czasu dzieciom, zabierając je do kina czy aquaparku. W te dni też najczęściej mamy czas na spacery po lesie. Przed powrotem do pracy, zwłaszcza wiosną i latem, chodziliśmy codziennie. Teraz niestety muszą nam wystarczyć weekendy. Niemniej, ja z lasem obcuję nieco częściej, bo staram się regularnie po nim biegać.

marysia-022 marysia-006

marysia-020-copy

marysia-011marysia-017 marysia-016

A co robicie, kiedy jesteście w pełnym składzie, z tatą?

Tak naprawdę to jesteśmy typowymi kanapowcami. Przez cały tydzień snujemy szumne plany na weekend, a jak przychodzi co do czego to jesteśmy tak przemęczeni, że najchętniej leżymy na kanapie i oglądamy jakiś film familijny. Prawdopodobnie zostanę za to wyklęta przez część matek, ale Teo ma już na koncie obejrzanego Harryego Potter’a – dwie pierwsze części. Dziękujemy Bogu za UPC na żądanie i za 3-godzinną drzemkę Luny (śmiech). W tym czasie właśnie włazimy pod koc, odpalamy TV albo czytamy książki. Najlepiej w otoczeniu kubków z herbatą.

marysia-039

marysia-047

A jak już się odpowiednio wylenimy, to zazwyczaj gonię towarzystwo na dwór, żeby choć trochę się przewietrzyć. Myślę, że generalnie wzbudzamy sensację na osiedlu, jako jedyna rodzina, która w pełnym zestawie gra w piłkę nożną w listopadzie, w trakcie mżawki, przy 7 stopniach Celsjusza!

Jak Teo zareagował na pojawienie się młodszej siostry, Luny?

Lubię sobie mówić, że dzięki porodowi domowemu i temu, że nie zniknęłam na 3 dni i nie wróciłam z nowym bobasem, Teo przyjął wiadomość o posiadaniu siostry całkiem dobrze. Jednak mimo to początki były naprawdę trudne. Teo miał rok i 9 miesięcy, kiedy urodziła się Luna, więc naprawdę jeszcze niezbyt wiele rozumiał. W momentach uniesienia zdarzało mu się ją zwyczajnie trzepnąć bez ostrzeżenia. To trudne chwile dla rodzica, bo z jednej strony masz ochotę zagryźć kogoś, kto krzywdzi twojego bezbronnego noworodka, a z drugiej wiesz, że to też jest twój mały dzidziuś, który przeżywa zaistniałą sytuację.
marysia-033 marysia-031 marysia-030

Wiadomo, to jeden z trudniejszych momentów w byciu mamą, musisz towarzystwo godzić, zachęcać do wspólnych zabaw i ogólnej współpracy. Teraz jest już lepiej?

Teraz, kiedy Teo ma ponad 3 lata a Luna 1,5 roku, jest inaczej. Powoli zaczyna dochodzić do równowagi sił – i to dość dosłownej. W dużym uproszczeniu: Luna nie pozostaje Teo dłużna jeśli chodzi o solidne przyfasolenie w ramach rewanżu za utraconą zabawkę. Niestety, wciąż ich interakcja opiera się głównie na biciu, aczkolwiek ostatnio ogromną popularność zdobywa także plucie (śmiech). Głęboko wierzę w to, że nadejdzie taki moment, kiedy będą, choć przez kilkanaście minut dziennie, w stanie bawić się w coś razem i to zgodnie. Proszę nie wyprowadzać mnie z błędu!

marysia-034 marysia-036

 Nie będę, też jako mama dwójki usilnie w to wierzę! Opowiedz jeszcze, co robisz, że tak dobrze wyglądasz. Jak się regenerujesz?

Najskuteczniej regeneruję się po prostu śpiąc. Jestem rasowym susłem, typowym śpiochem, nałogowym leniem. Wyznaję filozofię siedzenia i leżenia przez maksymalną możliwą ilość godzin. Czasem potrafię nawet wstrzymywać siku tylko dlatego, że nie chce mi się wstać z wygodnej kanapy. Moją ulubioną formą relaksu po całodziennej bieganinie jest leżakowanie na kanapie przy jednoczesnym byciu masowaną po stopach przez męża. W takiej konfiguracji zazwyczaj odpływam po, plus minus, 15 minutach. Teraz już się wycwaniłam i przed zejściem do salonu po uśpieniu dzieci na wszelki wypadek od razu zakładam piżamę (śmiech).

marysia-042

Na koniec zdradź proszę parę szczegółów odnośnie waszych rodzinnych rytuałów.

Wieczorne rytuały, to u nas chyba najważniejsza część dnia, zwłaszcza od kiedy wróciłam do pracy. To wtedy w końcu nie musimy się nigdzie spieszyć i wreszcie jesteśmy wszyscy razem. Zazwyczaj wracam do domu ok. 19:00, we wtorki i czwartki, Tymon od razu wychodzi na trening karate, w pozostałe dni jesteśmy we czwórkę. O 19 dzieci dostają kolację. Potem odpalamy nasz ulubiony wyścig do łazienki – to najlepsze remedium na niechęć do kąpania, która jakiś czas temu się u nich pojawiła.

Jak to robicie?

Grupujemy się w drużyny, zazwyczaj dziewczyny kontra chłopaki, i wykonujemy karkołomny pościg po schodach (niemądrzy, nieuważni rodzice, nu nu nu!) do łazienki. Wielka niesprawiedliwość leży w tym, że drużyna chłopaków zazwyczaj wygrywa… Potem kąpiel, a w niej zabawa w gotowanie zupy czy atakowanie brzuchów i pach wodą ze słuchawki prysznicowej (salwy śmiechu gwarantowane!) i wskakiwanie w ciepłe piżamy.

Przed snem czytam jeszcze dzieciakom jedną lub dwie książki, choć póki co słucha raczej Teo, bo Luna jeszcze nie jest w stanie się skupić na dłuższej historii. Obecnie staram się, żeby były to książki po angielsku. Dzięki temu, że Teo uczestniczy w moich zajęciach angielskiego, naprawdę coraz więcej rozumie, więc jest to coraz większa frajda. Metoda Helen Doron, według której prowadzę swoją szkołę, zakłada magię osłuchiwania się z językiem, no więc niech dzieciaki mają. A ja po prostu uwielbiam książki po angielsku, które można wyrwać w TKMAXX (śmiech). Klasyczna win-win situation!

Najlepsza z możliwych! Dzięki za rozmowę.

***

Zdjęcia: Ania Rutko/mammamija.pl.

Rozmawiała: Dominika Janik

8 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.