Tulenie Idy

Rozmowa z Kasią Waligórą-Mąką

Balans, świadomość, spokój – to słowa, które najczęściej padają w rozmowie o rodzinnej bliskości z Kasią Waligórą-Mąką, tancerką oraz mamą 2,5-letniego Stasia i 5-miesięcznej Idy.

Trudno o moment, w który Kasia się nie uśmiecha. Serio, nie zarejestrowałyśmy takich chwil. To chodząca pogoda ducha, w dodatku ma w sobie niebywały spokój. Ale, jak sama otwarcie przyznaje, i u niej bywają chwile trudniejsze. Jedną z nich był moment, kiedy na świecie pojawiła się młodsza siostra Stasia. Drugie dziecko siłą rzeczy burzy ustalony porządek i może wywołać ambiwalentne uczucia u starszego brata, który dotąd był w centrum uwagi. Bo rodzeństwo to nie zawsze bajkowa historia, w której wszystko układa się doskonale od A do Z. Czasem o ład i happy end trzeba się postarać, zrobić krok, przygarnąć złośnika i mocno przytulić. A nic nie działa tak dobrze, jak solidna porcja rodzinnego przytulania i noszenia – na rękach, w chuście czy w nosidle, bycia blisko, zaciekawienia małym człowiekiem i jego niepoukładanymi emocjami. O tym wszystkim i jeszcze o tańcu, spacerach i łapaniu momentów, rozmawiam z kolejną bohaterką cyklu Tulimy w Tula, Kasią Waligórą-Mąką.

*

Twój syn Staś ma prawie 2,5 roku, a od 5 miesięcy jest z wami także Ida. Jakie emocje towarzyszyły jej przyjściu na świat?

Ida jest naszym słoneczkiem. Jest spokojna i bardzo pogodna, daje nam dużo przestrzeni. Jej narodziny były piękne, spokojne i świadome, bardzo dobrze je wspominam. Urodziła się w wodzie i odczarowała mój trudny pierwszy poród. Przekonałam się, że to może być cudowne doświadczenie i odkryłam, jak ważne jest świadome przejście przez ten proces. Oddech, świadomość swojego ciała, wewnętrzna kobieca mądrość, intuicja, miłość, zaufanie oraz wsparcie osoby bliskiej i wsłuchanie się w małą istotę powodują, że całe doświadczenie staje się metafizyczne. Jestem za nie bardzo wdzięczna.

Jak radzi sobie Staś w nowym układzie sił?

Dla Stasia posiadanie rodzeństwa i fakt, że nie jest już sam to – póki co – trudne doświadczenie. Bardzo przeżył pojawienie się Idy w domu. Jest wrażliwy i emocjonalny, płakał i wciąż chciał być na rękach, także wtedy, kiedy trzymałam albo karmiłam Idę. Dużo z nim rozmawialiśmy, czytaliśmy książeczki i z czasem było coraz lepiej. Teraz bardzo rzadko zdarza mu się zachować agresywnie czy wyrwać jej zabawkę. Ostatnio powiedział nawet: „Chajna Idusia” (śmiech). Ona jest bardzo wyrozumiała, nawet kiedy dostanie od Stasia piłką (śmiech). Nieustannie się do niego uśmiecha i tym chyba zaskarbiła sobie jego sympatię. Uwielbia go obserwować, ma wtedy w oczach prawdziwy zachwyt. Stasiowi też to się podoba, bo lubi być w centrum uwagi (śmiech).

 

Ida czuje się w nosidle jak ryba w wodzie. Czy ze Stasiem było podobnie? 

Tak bardzo, często go nosiłam. Najpierw w chuście, a potem w nosidle. Kilka lat temu wzięłam udział w warsztatach, na których nauczyłam się, jak wiązać chustę, bo to nie jest wcale taka łatwa sprawa (śmiech). Noszenie pomagało nam bardzo podczas ząbkowania. Staś szybciej się uspokajał i zasypiał. Jednak odkąd nauczył się chodzić, wolał przemieszczać się na własnych nóżkach albo w wózku. Teraz mogę nosić Idę i cieszę się z tego faktu, bo bardzo to lubię. Ona zresztą też (śmiech). Ostatnio byłyśmy razem na warsztatach kulinarnych prowadzonych przez Maję Sobczak, na które zabrałam ją w nosidle.

Jak wam się wspólnie gotowało?

Wspaniale, jesteśmy zgraną drużyną.

W jakich jeszcze sytuacjach nosidło najbardziej ci się przydaje? 

W tych najprostszych, codziennych. Idzie bardzo odpowiada zwiedzanie świata w nosidle. Lubi obserwować, co się wokół niej dzieje. Kiedy była maleńka i nie trzymała główki, nosiłam ją w chuście. Teraz korzystam na zmianę z chusty lub nosidła. To bardzo ułatwia wspólne spacery, kiedy ma się dwoje dzieci.

Z doświadczenia wiem, że nosidło spisuje się lepiej niż kołyska. Moje dzieci momentalnie w nim zasypiały. Jak jest u ciebie?

Tak samo! Ida szybko usypia w nosidle, a ja lubię mieć ją blisko siebie. Wiem, że kiedyś będzie mi tego noszenia bardzo brakowało. Mam jednak nadzieję, że z chęci do przytulania nie wyrosną już nigdy.

 

U was nosidło sprawdza się chyba też podczas domowych pląsów?

Tak, taniec to jest coś, co ja i Staś lubimy robić najbardziej. On potrafi nawet wykonać taneczny performance (śmiech). Ma niesamowitą wyobraźnię i świetnie się rusza. Z racji tego, że mój mąż Maciek jest gitarzystą, w naszym domu zawsze było dużo muzyki. Ze Stasiem tańczyłam jeszcze w 6. miesiącu ciąży, prowadziłam też zajęcia taneczne, może to też miało jakieś znaczenie. Z doświadczenia wiem, że zawód tancerza w tym kraju nie jest łatwy, więc wolałabym, żeby synek wybrał piłkę nożną, tym bardziej, że świetnie kopie lewą nogą (śmiech). W obrębie jego zainteresowań jest jeszcze perkusja. Ciągle pyta, czy idziemy pobębnić do taty do pracowni.

Wspomniałaś o tym, że tańczysz zawodowo. 

Tańczę od dziecka. Sama poprosiłam rodziców, by mnie zapisali na balet i tak się zaczęła ta przygoda – od tańca klasycznego, przez modern jazz, aż po taniec współczesny i ostatnio gaga dance. Pamiętam spektakl Piny Bausch „Vollmond”, po obejrzeniu którego zamarzyłam, żeby zatańczyć w strugach deszczu. Jakiś czas później odbyły się przesłuchania do opery „Latający Holender”. I udało się! Marzenia się spełniają. Tańczyłyśmy w blasku księżyca na scenie pełnej wody w sukniach ślubnych, które mokre ważyły tonę! Musiałam mieć wtedy niezłą kondycję (śmiech). Uwielbiam być na scenie, wyrażać siebie poprzez ruch i mieć bezpośredni kontakt z widzem. Cieszę się, że mogłam też występować w tak pięknej przestrzeni. Teatr Wielki Opera Narodowa to wyjątkowe miejsce, bardzo lubię tam wracać. Mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec tej przygody. Póki co, niezły teatr to mam teraz w domu! (śmiech)

 

 

Jak budujecie wzajemne relacje?

Staramy się żyć w prawdzie, nie udawać lepszych niż jesteśmy. Czuję, że to ważny przekaz, że można otwarcie mówić o sobie, o swoich słabościach, żeby niczego nie ukrywać i nie zakładać masek. Nie starać się być perfekcyjnym rodzicem, bo to bardzo duży ciężar, a dzieci i tak wyczują fałsz. Nawet jeśli pokłócimy się przy nich, to potrafimy ich przeprosić i porozmawiać. Chcę, żeby widziały życie takim, jakie jest i mimo problemów, które się mogą pojawiać, chcę żeby zawsze starały się popatrzeć na siebie uczciwie i umiały poszukać rozwiązania sytuacji. Szczera rozmowa jest bardzo istotnym aspektem budowania relacji. Nazywanie swoich emocji, nie wypieranie ich. Ważna jest też akceptacja różnych procesów, przez które przechodzą dzieci. Nie pozwalamy na wszystko, stawiamy granice, jesteśmy konsekwentni, ale robimy to z miłością. Dużo się przytulamy, wszyscy. Mamy nawet taką zabawę, którą nazywamy gniotki (śmiech).

Brzmi super, na czym polega?

To są takie przytulańce–przewalańce na łóżku. Poświęcamy dużo czasu na wspólną zabawę, dużo się śmiejemy, tańczymy i śpiewamy. Inspirujemy się wzajemnie i staramy się tak dzielić dobę, by każdy miał też trochę czasu tylko dla siebie, na swoje projekty, pasje, potrzeby. Staramy się jeść wspólnie posiłki, angażuję Stasia w gotowanie i sprzątanie. Pokazuję, że nie musi to być przykrym obowiązkiem, tylko fajną zabawa. I to działa.

A kiedy dochodzi do kłótni, jak sobie radzicie w takiej sytuacji?

Tym co u nas działa jest rozmowa, nazywanie emocji i pozwalanie na doświadczanie konsekwencji danego czynu. Nie chcę wciąż kontrolować, wolę dać mu możliwość dokonania wyboru. Nawet w drobnych sprawach, takich jak wybór skarpetek czy piłki, którą zabierze ze sobą na spacer. Kiedy Staś może decydować o sobie, mamy dużo mniej sporych sytuacji. On często nas testuje, więc musimy być stanowczy i mądrze wyznaczać mu granice. Nie stosujemy kar, wystarczy że poniesie konsekwencję swojego zachowania. Jeśli uderzy koleżankę, to ona nie będzie chciała się z nim bawić. Jeśli rzuci autkiem o podłogę, to zabawka się zepsuje i będzie musiał podjechać do mechanika (śmiech). Pomaga też opowiadanie tematycznych bajek na dobranoc albo czytanie książeczek. Staramy się też, w miarę możliwości, nie ingerować w spory między dziećmi, one sobie świetnie radzą same. Chyba że któreś z nich przekracza czyjeś granice, a drugie dziecko nie umie się przed tym obronić, powiedzieć ,,nie”.

Dobre podejście, ale też wymagające sporej cierpliwości. Powiedz proszę, jak osiągnąć zen? (śmiech)

Wiesz, my po prostu się wzajemnie szanujemy. Staramy się słuchać tego, co każdy z nas ma do powiedzenia i zrozumieć drugą stronę. Zastanowić się nad tym, co ta mała osoba może czuć w danym momencie. Patrzeć na siebie nazwajem z sercem, bo to chyba najważniejsze, choć czasem wcale niełatwe. Kiedy dopada mnie bezsilność, zawierzenie Bogu sprawia, że nawet te największe burze doświadczają mnie łagodnie – świadomość, że Ktoś nad nami czuwa jest bardzo uwalniająca i obdarowuje nas niezwykłym pokojem.

 

Dziękuję za rozmowę.

*

Zdjęcia: Ewa Przedpełska/fąfel.eu

Rozmawiała: Dominika Janik

*

Kasia używa nosidła Tula Play w rozmiarze Baby.

*

Katarzyna Waligóra-Mąka

Tancerka i instruktorka z wieloletnim stażem. Tańczyła w musicalach w Austrii, Niemczech i Szwajcarii. Pracowała w Teatrze Wielkim i Operze Narodowej w Warszawie. Wystąpiła m.in. w „Sudden Rain/Between” Mai Kleczewskiej oraz operach „Latający Holender” i „Jolanta/Zamek Sinobrodego” Mariusza Trelińskiego. Mama Stasia i Idy, lokalna patriotka zakochana w Grochowie. Pochodzi z Krakowa.

5 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.