trójgłos

Zawsze płaczę, gdy wyjeżdża

Trójgłos, czyli trzy rozmowy na jeden temat

Zawsze płaczę, gdy wyjeżdża

O czym jest bliskość, kiedy z najbliższymi dzielą nas setki kilometrów? Czy można przyzwyczaić się do ciągłych tęsknot i euforii ułożonych obok siebie niczym szachownica?

Odpowiedzi próbuję znaleźć dziś w rozmowach z Evą, Martą i Magdą. Z rozstań i powrotów skonstruowały rzeczywistość, do której zaglądam z ciekawością. Samodzielne macierzyństwo, bycie z dziećmi na odległość, związki na co dzień funkcjonujące osobno, a sobie najbliższe. Sporo tu zmagań, sporo radości. Czy komuś marzy się zmiana?

*

Eva, samodzielna mama pięcioletniego Nico i Photo Art Director w jednej osobie, opiekuje się ich dwuosobowym teamem w Londynie. Najbliższa rodzina mieszka w Warszawie i Meksyku. Daleko, ale świat się kurczy, kiedy z kimś ma się bliskie więzi, a i rodzinne relacje tworzą się z ludźmi, którzy wpadają w nasze życia przez przypadek. 

Jak to jest być samodzielną mamą w wielkim świecie, z dala od rodziny?

Bywa rożnie. Dużo poświeceń. Nawigacji. Desperacji.

Przykład z mojego ostatniego projektu powinien zobrazować to dość dobrze. Sobota rano, wstaje o 5.30: medytacja, prysznic i dopinanie ostatnich szczegółów przed sesja. 7:00 – budzę Nico i zaczynamy naszą sesję poranną: śniadanie, ubieranie, wygłupianie się i tak dalej. Potem zamawiam Ubera, by dotrzeć na 9:00 na sesje zdjęciową na drugim końcu Londynu. Nico jedzie ze mną. Tata Nico też jest zajęty, nie mam opiekunki na ostatnią chwilę, wiec wyjścia też brak. Kiedy dojeżdżam na plan, uświadamiam sobie, że jestem tu dzisiaj nie tylko artystyczną głową projektu, ale też mamą 5-latka, który jest przyzwyczajony do bycia w centrum mojej uwagi. Poziom nawigacji i desperacji jest więc wysoki. Zaś poświęcenie kolejnej nocy (by najpierw wykapać, poczytać, utulić do snu Nico, a następnie zedytować zdjęcia, złożyć story i wysłać prezentacje (3 rano!) wyznaczyło kolejne rysy na mojej twarzy. Może dodam, że o 6:00 rano musiałam wstać, by nas dopakować, wydrukować bilety i ruszyć na lotnisko, tym razem do Warszawy, na kolejne spotkania – rodzinne, przyjacielskie, zawodowe.

Oczywiście nie każdy dzień tak wygląda. Pomiędzy sesjami pracuję z domu, wiec jest dużo spokojniej. Każdą wspólną wolną chwilę spędzamy, odwiedzając z Nico muzea, wystawy czy po prostu włócząc się po parkach.

Jak to wygląda, kiedy musisz wyjechać zawodowo?

Są to zwykle 10-dniowe podróże do innych krajów, wtedy czasami udaje mi się ściągnąć do Londynu moją mamę, drugą babcię lub ciocię z Meksyku. Gdyby nie ich pomoc, nie wiem, jak bym sobie dała radę z opieką nad Nico. Moja praca jest bardzo nieregularna, wiec trudno znaleźć opiekunkę.

Od dawna jesteś w Londynie, umiałabyś być blisko z rodziną na co dzień? 

Na co dzień, w tym samym mieście, tak! Byłoby cudownie. Ale w tym samym domu, przez więcej niż kilka tygodni – to by było wyzwanie. Jestem specyficzna w tym temacie. Zawsze lubiłam spędzać dużo czasu sama ze sobą. Moja rodzina to wie, chyba też rozumie. Lubię rodzinne zjazdy, ale moja artystyczna dusza często szuka ucieczki w samotne rejony. Po kilku godzinach potrzebuję przerwy, wyciszenia, odosobnienia. Uciekam na spacery, w muzykę albo w medytację. Myślę, że ma to związek z tym, że moja praca jest dość intensywna i na wielu poziomach rozgrywa się w głowie. Śmieję się, że chociaż jestem wolnym strzelcem, to pracuję stale w swoim Head Office. Nieustannie wymyślam nowe koncepty, historie. Spisuję, obrazuję, prezentuję, realizuję… To powoduje, że bywam bardzo zmęczona psychicznie i potrzebuje wyciszenia.

Nico jest rodzinny? 

Zdecydowanie tak. Z radością zauważam, że ma dużą i naturalną potrzebę nawiązywania głębokich relacji, rodzinnych czy przyjacielskich. Pielęgnuję to. Jeździmy do Polski co najmniej raz na pół roku, na kilka tygodni, i jest to bardzo ważny rodzinny czas. Zazwyczaj rezydujemy wówczas u jednej z moich sióstr w Warszawie i tam obecnie jest centrum naszych rodzinnych spotkań. Nico ma bardzo bliską relację ze swoimi kuzynami, była wyjątkowa z dwóch stron, od początku. Ciągle się rozwija, ewoluuje.

Nico ma też dziadków w Meksyku, tam też jest bliskość?

Bardzo dbałam, żeby nawiązać i utrzymywać bliskie relacje rodzinne w Meksyku, gdzie mieszka rodzina ze strony taty Nico. W pierwszych 3 latach życia syna spędzaliśmy tam kilka tygodni w grudniu lub styczniu. Cały czas jestem otwarta na utrzymywanie tych relacji, tyle że na gruncie europejskim. Meksyk, zwłaszcza rejony dziadków Nico, stały się zbyt niebezpieczne, byśmy mogli kontynuować nasze zimowe eskapady.

Nico ma potrzebę bieżącego zdalnego kontaktu z babcią z Warszawy czy wszystko załatwiają wizyty? 

Kiedy babcia jest obok, relacja jest bardzo żywa, kwitnie. Potem Nico tęskni i wspomina babcię przez kilka dni, ale generalnie nie ma dużej potrzeby, by regularnie rozmawiać z nią przez telefon czy Skype. Tak samo jest z jego ulubioną kuzynką Elenką. Kiedy są razem – on szaleje z miłości, ale kiedy wracamy do Londynu, Nico zaczyna żyć własnym życiem i tylko trzyma to uczucie w sercu, czasami nawiązuje, wspomina. Kiedy zaś przychodzi czas spotkania, wszystko ożywa i Nico liczy dni i godziny, totalnie podekscytowany, i żyje chwilą, kiedy ono trwa.

Macie swoich ludzi w Londynie?

Mam wrażenie, że wszyscy moi londyńscy przyjaciele rozjechali się po świecie. Tak to tu często wygląda. Poznajesz ludzi, których czujesz, przyjaźń kwitnie, potem, po kilku latach lub miesiącach ktoś wyjeżdża. Jestem w Londynie niezmiennie od 14 lat, wiec przeżyłam wiele takich rozstań. Ostatnio, na fali Brexitu, dużo moich przyjaciół wyprowadziło się z powrotem do swoich krajów. Przyjaciele z mojej branży pracują, podróżując po świecie. Jesteśmy w znaczącym kontakcie, ale nie mogą ich już zaliczyć do „moich ludzi w Londynie”.

Ostatni rok zrewidował mocno moje grono przyjaciół. Kiedy po 12 latach rozstałam się z mężem, tatą Nico, zakończyłam też kilka innych przyjaźni, ale też kilka odnowiłam. Pojawiło się także wiele wspaniałych nowych osób w moich życiu – a może to ja nagle otworzyłam się na nowe relacje? Jednak mogę powiedzieć, że obecnie mam swoich ludzi w Londynie.

Rodzina to więzy krwi? 

Rodziną może stać się niemal każdy, kto w relacji ze mną przekroczy barierę egoizmu i strachu, i jest w stanie zaangażować się na poziomie uczuciowym, emocjonalnym bez udawania. Dla mnie rodzina to prawda, wsparcie, miłość bezwarunkowa. To nie muszą być więzy krwi. Rodziną są dla mnie ludzie, którzy mają podobne wartości moralne i którzy dbają o nasze relacje. Niekoniecznie poprzez stały, nieustanny kontakt. Za to koniecznie przez szczerość i bezinteresowność tych relacji.

Ostatnio Nico rozbroił mnie swoim spisanym komentarzem w szkole, na temat „My Family”. Powiedział, że nasza rodzina tu w Londynie jest bardzo mała. Tylko mama, on i tata. Ale wspomniał też, że mamy nowe sąsiadki, i że one stały się częścią naszej rodziny – co jest prawdą i on to wyczuwa. Pożyczamy sobie sól i chleb, jak się skończy. Skaczemy z radości i podnosimy z podłogi, w zależności od nastroju. Mam tam ostatnio totalnie wsparcie i to było bardzo rozbrajające, że Nico to wyczuł i zaklasyfikował rodzinnie.

Dziękuję za rozmowę. 

 

*

Marta, mama trzyletniej Laury i rocznej Mii, przez większą część czasu jest z dziewczynami sama. Mąż i tata, pracujący w Norwegii, bywa z nimi, kiedy może, otaczając je wszystkim, co dobre. Związek na odległość, rodzina na odległość, a wszystko pełne bliskości. Jak sobie radzą?

Trochę razem, trochę oddzielnie, tak to u was jest?

Dokładnie. Tak jest od bardzo dawna. Gdy poznałam mojego męża, a było to 16 lat temu, po pół roku oznajmił mi, że wyjeżdża do Londynu. Po pewnym czasie założył firmę w Oslo i z małą przerwą po naszym ślubie – w Polsce, nadal tam działa. Przylatuje co 9-10 dni i jest 4-5 dni w Polsce. Oczywiście są wyjątki, gdy jesteśmy ze sobą dłużej. Staramy się jak możemy. Zwykle jesteśmy jeden weekend oddzielnie i jeden przedłużony weekend razem. Aktualnie są tego plusy. Nadal mam przerwę w pracy zawodowej, więc te 4-5 dni jesteśmy praktycznie bez przerwy razem. Powinnam przyzwyczaić się do tego układu, ale zawsze płaczę, gdy wyjeżdża…

Czujesz, że będąc w związku, działasz w dużej mierze jako mama samodzielna? Kiedyś jedna mama z podobnego układu mówiła mi, że jak jest sama z dziećmi, to ma wszystko poukładane, a kiedy przyjeżdża partner – nic nie działa. Jak ty sobie radzisz?

Coś w tym jest. Na co dzień nie dzielę obowiązków na dwoje, zatem siłą rzeczy muszę być bardzo samodzielna. Zawsze w naszym związku tak było. Odkąd mamy dzieci, musiałam zwiększyć swoje pokłady siły i cierpliwości. W mojej opinii dobrym pomysłem jest plan dnia, wypracowanie rutyny. Tak już mam, że gdy mam cel, to oddaję się mu w pełni. Jestem typem perfekcjonistki. Jak się domyślasz, nie zawsze jest kolorowo i bywa bardzo ciężko. I choćbym była najsilniejsza na świecie, to różne życiowe sytuacje lub zwykła natura ludzka kładą kłody pod nogi. Odliczam wtedy dni do przyjazdu męża lub zwalczam swoją przypadłość, jaką jest nieumiejętność proszenia innych o pomoc (śmiech). Z mężem nieustannie jesteśmy w kontakcie, kilka wideorozmów dziennie przychodzi nam z pomocą. Staramy się jak najwięcej uczestniczyć w codzienności. A gdy on już jest, to faktycznie wszystko pęka i nic nie jest poukładane (śmiech). Przyjazdy są jak święto. To chyba taka zaleta, że świętujemy co drugi weekend.

Jak widzisz relację dziewczynek z tatą?

Wszyscy kładziemy duży nacisk na emocje, nie obce jest u nas mówienie o miłości. Wszyscy jesteśmy do siebie przywiązani. Dziewczynki uwielbiają tatę i mają z nim cudowny kontakt. Tata to taki nasz rodzynek, więc dziewczynki są w niego bardzo wpatrzone. Uwielbiają z nim żartować, a gdy jest w domu, tulą się do niego nieustannie.

Jak Laura ułożyła sobie waszą rzeczywistość? Jak radzi sobie z pożegnaniami? Pytam o nią, bo jest starsza i pewnie czytelnie komunikuje swoje emocje.

Co do zasady, Laura radzi sobie dobrze z rozłąką. To dzielna, kochana dziewczynka. Mamy też wypracowane pewne rutyny, które różnią się w zależności od tego, czy jest tata, czy go nie ma. Bywają jednak różne momenty, bo i Laura ma różne etapy rozwoju emocjonalnego. Jest coraz bardziej świadoma, co można dwuznacznie rozumieć. Z jednej strony wie, że tata musi wyjechać, z drugiej strony rozumie i bardzo odczuwa tęsknotę. Gorzej też bywa, gdy jesteśmy ze sobą dłużej. Wtedy rozstać się jest trudniej. Jednak staramy się wszystko tłumaczyć, dużo z nią rozmawiamy, nie ukrywamy wyjazdów i nie kłamiemy. Pilnujemy, aby złych przeżyć było jak najmniej. Mam wrażenie, że Laura, podobnie jak ja, będzie „twardą babeczką”, ale z dużą wrażliwością.

Oglądając twoje konto na IG, mam wrażenie, że związek na odległość ma dużo dobrych stron, nie mylę się? 

Sama zauważyłaś, co powtarza się w naszej rozmowie w moich odpowiedziach – dużo uczuć, emocji… Kochamy się ogromnie, niesamowicie cieszymy, gdy możemy być razem, urozmaicamy wtedy ten wspólny czas wyjazdami lub po prostu przebywamy ze sobą: słuchamy dużo muzyki, wygłupiamy się, przytulamy. Dlatego pożegnania po prostu nie są łatwe. Na pewno też jest dużo dobrych stron. Nie ma u nas nudy. Ciągle, pod pretekstem spędzenia ze sobą czasu, wyjeżdżamy na kolejne wakacje (śmiech).

Myślisz o zmienia waszego układu?

Nieustannie biję się z tymi myślami i nic z tego nie wynika. Powodem jest mój zawód – jestem adwokatem i ciężko mi nagle zacząć wszystko od zera po tylu latach edukacji. Uwielbiam też Warszawę, choć pewnie, gdybym miała do wyboru Rzym… (śmiech). A może właśnie powodem jest to, że ten układ jest dobry. Sama widzisz, nie jest łatwo zdecydować.

Dziękuję za rozmowę. 

*

Magda jest latającą mamą pięcioletniej Luśki i półtorarocznej Zuzi. Aktywna zawodowo na pół etatu, co dwa tygodnie zakłada mundur stewardessy i znika z domu na 5 dni. Nieregularność bycia może stać się rutyną, w której niezależnie od dzielących odległości, jest bliskość. Wystarczy to sobie poukładać. Jak się udaje to mamie dwóch małych dziewczynek? 

Często nie ma cię w domu? Jak wygląda system twojej pracy?

Pracując na pełen etat w moich liniach, jesteśmy 5 dni w pracy a następnie mamy 4 dni wolnego. Jednak gdy ma się dziecko można pracować na zredukowanym etacie np. na pół etatu. Wtedy pracujemy 5 dni i mamy 14 dni wolnego. 90% z moich koleżanek, które mają dzieci, pracuje na mniejszy etat. Oprócz tego przysługuje nam 12 dni na chorobę dziecka – wtedy nie musimy przedstawiać zwolnienia od lekarza. Do tego dochodzą również zwolnienia na dzieci. Możemy również zgłaszać prośby grafikowe, które nie zawsze są rozpatrywane pozytywnie, ale szefowie starają się pomóc jak mogą, bo sami są rodzicami i wiedzą, jak to jest.

Występy w przedszkolu, a ty w wielkim świecie, bywa i tak?

Zdarzyło się niestety i tak, ale staram się tak zorganizować wszystko, żeby być na najważniejszych wydarzeniach. Biorę pod uwagę to, że nie wszystko jest dla dzieci tak samo ważne. Pasowanie na przedszkolaka nie miało dla Lusi takiego znaczenia jak to, że mama ma przyjść i przeczytać bajkę dla wszystkich dzieci w jej grupie. Bardzo pomaga roczny plan wydarzeń w przedszkolu. Jestem wtedy w stanie nie ominąć żadnej imprezy, co bardzo mnie cieszy, bo uwielbiam brać udział w takich wydarzeniach. A jeśli mi tylko czas pozwala, to staram się pomagać np. w pakowaniu prezentów na Mikołajki czy upieczeniu ciasta na piknik.

Jak dziewczynki radzą sobie z rozstaniami?

Lepiej niż ja (śmiech). Przy Lusi po prostu znikałam, bo gdy się żegnałam, to zaczynała płakać, a jak ona płakała – to i ja. Kiedy znikałam, to chociaż jedna nie była smutna przez pół dnia. Zgadnij, która (śmiech).

Przy Zuzi już wiem, jak postępować, choć ona gorzej znosi nawet moje wyjścia do sklepu na pół godziny. Ćwiczyłyśmy więc najpierw krótsze rozstania i tak w miarę upływu czasu idzie jej coraz lepiej. Oczywiście dziadkowie bardzo jej rekompensują te rozłąki, co uważam za bardzo duży plus moich wyjazdów.

Tęsknisz za domem, kiedy jesteś w pracy czy może tedy ładujesz akumulatory?

To chyba najtrudniejsze pytanie. I jedno, i drugie. Nie chciałabym być źle zrozumiana, ale kiedy jestem w pracy, to nie mam możliwości wrócić natychmiast do domu, więc korzystam z tego, bo wiem, że w domu nie będę mieć tego czasu dla siebie. I nie chcę go mieć. Staram się efektywnie wykorzystywać czas, kiedy jestem z dziewczynkami, bo wiem, że później będę miała chwilę dla siebie. Po pracy, kiedy jestem w Norwegii, staram się ćwiczyć, poczytać, obejrzeć dobry film czy po prostu się wyspać, bo tego najbardziej brakuje nam, mamom. Ale nigdy nie jest tak, że się wyłączam i nie myślę o dzieciach. Cokolwiek i gdziekolwiek robię, myślę o nich. Najchętniej miałabym monitoring 24 godziny na dobę wszędzie, nie tylko po to, żeby je widzieć, ale żeby mnie nic nie ominęło. To tak, jakbym była cały czas na właściwym miejscu.

Pamiętasz, żebyś miała ostatnio takie poczucie, że coś przegapiłaś, bo nie było cię w domu?

Na szczęście ostatnio nie, ale może to przez to, że już raz to przerabiałam przy Luśce i jestem trochę mniej wrażliwa. Kocham moją pracę, choć potrafi nieźle dać w kość, nie zamieniłabym jej na nic innego. Nie ma złotego środka. Widzę moje koleżanki, które pracują od 8:00 do 16:00. Później godzinny powrót do domu i tak naprawdę zostaje im chwila z dziećmi. Sama byłam tak wychowywana. Rodzice mieli własną firmę i wracali do domu o 18:00 czy 19:00. Nie czuję, że czegoś mi brakowało w dzieciństwie, ale z perspektywy czasu widzę, że nie da się zrobić wszystkiego. Zawsze jest coś, co nas ominie, niezależnie od tego, jaką pracę wykonujemy. Moja daje mi chwilowy oddech i przez to ładuję baterie na te wszystkie dni razem, przez to bardziej mi się chce, bo wiem, że za chwilę znów nie będę ich widzieć.

Pożegnania i powroty są receptą na udany związek?

Zdecydowanie. To jest niesamowite, jak ludzie potrafią za sobą tęsknić, będąc już w drodze na lotnisko i mając w tyle głowy, że przez 5 dni nie będą się widzieć. Myślę, że na mnie działa to bardzo dobrze, bo nawet kiedy mamy jakąś kłótnie, którą widać na horyzoncie, to bardzo szybko wracamy do stanu wyjściowego, bo oboje wychodzimy z założenia, że szkoda się kłócić. Choć czasem narzekamy na to, że nie mamy czasu dla siebie, i śmiejemy się, że odpoczniemy wspólnie na emeryturze, to i tak próbujemy znaleźć chwilę, gdy jesteśmy razem. Kawa, wspólne gotowanie, obejrzenie ulubionego serialu, cokolwiek, co sprawia nam przyjemność razem, a nie jednemu z nas. Uważam, że przez te ciągłe rozstania i powroty nie mamy siebie dość i ciągle nam siebie mało. Uwielbiam ten stan, bo powoduje u mnie powracające uczucie motyli w brzuchu. Na pewno jesteśmy parą, która na starość nie będzie się nudzić, bo najzwyczajniej w świecie szkoda nam na to czasu.

Dziękuję za rozmowę.