Tonia z yellowyarnyyak.pl

Poznajmy się bliżej!

Jeśli kochacie wełnę i druty, znacie jej bloga z pewnością. Jeśli wasza przygoda z motkami dopiero się zaczyna, przedstawiam wam kogoś, kto szybko stanie się waszą ulubienicą.

Tonia to kobieta pasja, kiedy coś dla siebie znajdzie, zatraca się w miłości i działaniu. Tak ma z dzierganiem, a owocem jej uwielbienia jest blogmarka Yellow Yarny Yak. Przyznaję, że zeszłej zimy straciłam głowę dla jej swetrów z pomponami i szarego koca z musztardowym wzorem, który grzał mnie przez długie miesiące. Wtedy nie wiedziałam, że jest mamą trójki dzieci, a jest nią w pięknej sile. Po rozmowie znamy się trochę lepiej, udało się to tylko dlatego, że nie miałam na sobie swetra. Dlaczego? Przeczytajcie.

 

*

Opowiesz mi o swojej miłości do dziergania?

Miłość, pasja, obsesja – to właściwe słowa. To jest taka miłość, która mnoży dużo skrajnych uczuć. Naprawdę to lubię, ale czasami też mi to przeszkadza. Myślę o splotach większość dnia. Kiedy z kimś rozmawiam, w myślach „pruję” jego sweter i rozpracowuję, jak został zrobiony. Nie pogadamy, jeśli jest zrobiony ręcznie. Albo pogadamy, ale wyłącznie o nim.

Jestem totalną melancholiczką, zatopioną w swoich włóczkowych myślach. Czasem ciężko do mnie dotrzeć. Zawsze taka byłam, zawsze coś mnie do reszty zajmowało. To nie jest tak, że kilka lat temu odpłynęłam w swój wełniany świat. Po prostu zaczęło mnie to interesować i przerodziło się w kolejną pasję.

Jak to się zaczęło? 

Od dziecka potrafiłam zrobić najprostsze sploty, a do reszty przepadłam w dzierganiu podczas drugiej, bliźniaczej ciąży. Ostatnie 4 miesiące musiałam leżeć i zajęłam się przygotowywaniem wyprawki dla dzieci. Dziewiarstwo jest wspaniałą aktywnością, którą można wykonywać w każdej pozycji, zawsze i wszędzie. To dobre zajęcie dla osób, które nie potrafią odpoczywać. Siedzisz sobie i widzisz efekt tego siedzenia. Jestem takim typem. Pierwsze kocyki, sweterki i czapeczki dla bliźniąt dały mi dużo radości. Przetrwałam ten ciężki etap leżenia w ciąży, a nawet dosyć dobrze to wspominam. Myślę, że byłoby inaczej, gdybym nie znalazła sobie takiego zajęcia. Od tamtej pory nie było dnia bez drutów. Zawsze noszę ze sobą swój bieżący projekt. Kolejka u lekarza? Super!

Uzależniona od wełny? 

Kocham wełnę i mam jej za dużo. Nie potrafię powstrzymać się przed następnymi motkami. Z drugiej strony interesują mnie nurty zero waste, less is more, kupuj odpowiedzialnie i rozsądnie. I tu pojawia się element walki ze sobą i frustracji, bo chciałabym całą włóczkę świata.

A miałaś projektować budynki…

Chciałam mieć dobry, pewny zawód. Kiedy wybierałam drogę zawodową, panowało przekonanie, że po ASP ciężko zarobić na chleb. Zawsze chciałam mieć dzieci, być niezależna, i wiedziałam, że będę tego chleba potrzebować dużo. Budownictwo i architektura mnie nie pochłonęły, a bez miłości nie potrafię. W zawodzie cały czas pracuję, ale budynków nie projektuję. Nie udałoby mi się połączyć swoich pasji z projektowaniem architektury. To bardzo czasochłonne zajęcie, którego nie da się robić na pół gwizdka. W każdym razie moje wybory i droga, którą przeszłam, ukształtowały dosyć zorganizowaną i skrupulatną osobę, jaką jestem. Poznałam na studiach wiele narzędzi, które w tej chwili używam. Nasze czapki i swetry często rysuję w programie AutoCAD do kreślenia architektonicznego (śmiech).

Wyczuwam, że jesteś kobietą wielu talentów. Piszesz o sobie, że myślisz obrazem – jak to się przekłada na twoje projekty? 

Jestem utalentowana manualnie, potrafię robić na drutach, haftować, uszyć płaszcz, zrobić wianek, łabędzia origami, narysować coś, naprawić zmywarkę. Byłabym dobrym chirurgiem albo pianistką. Moje ręce mnie słuchają.

Byłam kształcona plastycznie od dziecka i myślę, że dzięki temu to, co robię, wygląda dobrze. Widziałam w życiu wiele pięknych rzeczy i tworząc swoje projekty zawsze będę dążyć do idealnych, ładnych, zaskakujących połączeń.

Co cię inspiruje?

Cisza, natura, czyli to, czego szukam. Nie znam Pinteresta, nie szukam inspiracji u innych, nie robię moodboardów. Lubię bardzo proste rzeczy z dobrych materiałów. W produkcie ważny jest dla mnie nie tylko wygląd. Sposób wykonania, myśl, proces, materiał i jakość stawiam na równi z efektem końcowym, czyli wyglądem. Moje dzieci to moja główna inspiracja, mój dyrektor artystyczny i klient. Wiedzą, że mama potrafi zrobić wszystko, i przychodzą do mnie z zamówieniami. Tak powstaje duża część moich projektów. Jednocześnie jestem inżynierem, a jestem przekonana, że dla inżyniera nie ma hasła „nie da się”. Często powstaje coś fajnego, bo uparłam się, że to zrobię, i w procesie tworzenia znajduję nowe rozwiązania. Z myślą, że potrafisz zrobić wszystko, potrafisz zrobić wszystko.

Jakie wyzwania stawia przed tobą własna marka?

Radzę sobie z typowo biznesowymi kwestiami, choć czas mocno mnie ogranicza. Dziewiarstwo jest bardzo czasochłonne. Wykonuję własnoręcznie dużą część prototypów i zawsze będę to robić, to sprawia mi największą radość. Na pierwszym miejscu jest trójka moich dzieci, także firma rozwija się powoli. Ewa idzie do czwartej klasy, czteroipółletnie bliźniaki są coraz bardziej samodzielne. Mam wielkie plany, które realizuję w tempie podyktowanym przez nich i moją potrzebę tworzenia.

Sama sobie jesteś sterem, żeglarzem, okrętem? 

Firma nie istniałaby bez moich oddanych współpracownic, z którymi dogaduję się już czasem bez słów. Tworzymy zespół pracowitych pszczół, które cały czas uczą się i rozwijają. Bez Pani Eli, Pani Basi, Pani Marii, Pani Grażyny, cioci Marysi, Pani Anny i Pani Zosi nie przekułabym moich marzeń w sprawnie działającą firmę. To dla mnie bardzo ważne osoby, którym ufam i mogę powierzyć najbardziej skomplikowane projekty.

Opowiedz mi proszę o swoich dzieciach.

Moje dzieci to moje perły. Największy skarb, o którym zawsze marzyłam. Każde jest inny, zaskakujące, piekielnie inteligentne. Moje dzieci są super i jakoś ze mną wytrzymują (śmiech).

Ewa ma prawie dziesięć lat i ciągle słyszę, jak ją wszyscy chwalą. Za nami koniec roku szkolnego i jestem dumną mamą, która usłyszała same dobre rzeczy o dziecku. Ewa mnóstwo czyta, sama ogarnia swoje szkolne sprawy, pamięta o oddaniu książek do biblioteki. Zawstydza mnie, bo wszystko robi OK. Ja wiecznie czegoś w szkole nie miałam. Zapominałam o farbach, książkach, zadaniach, nie lubiłam czytać, wiele rzeczy sprawiało mi trudność. Ona jest takim wzorowym i grzecznym dzieckiem jak z Międzynarodowego Biura Miar i Wag. Oczywiście ma swoje zdanie i swoje fochy, ale zawsze da się z nią dogadać.

A bliźniaki?

Jaś jest dzieckiem, które wymaga bardzo dużo uwagi. Jest szybki, głośny, człowiek bomba atomowa. Sieje zniszczenie, rozlewa, rozwala, dużo płacze, chyba z nudów, bo też jest bardzo sprytnym i inteligentnym dzieckiem, jak Ewa. Ciągle lądujemy na rozmowach w sprawie jego zachowania. Jednak ja to w nim uwielbiam. W życiu sobie chłopak poradzi (śmiech). Wiele jego niepożądanych  zachowań wynika z potrzeby kontaktu fizycznego, chyba jako bliźniak został w brzuchu wygnieciony przez Kalinę i inaczej nie potrafi. Musiałam go wypisać z gimnastyki sportowej, bo gonił za dziewczynkami i je z sympatii przygniatał i tłamsił. On jest takim rozbrajającym łobuzem. Uwielbiam gościa, chociaż i mnie z tym tłamszeniem nie omija, i czasami trzeba go wysłać z ojcem na ryby. Pracujemy cały czas z Jasiem, pędzlujemy go, wyciszamy i rozmawiamy o emocjach. Uwielbiam w nim to, jak bardzo się zmienia.

Kalinka jest podobna? 

Kalinka to totalny freak, perfekcjonistka do kwadratu, indywidualistka, dziecko hipis (śmiech). Jest bardzo manualna, spędza całe popołudnia na jednej czynności, godzinami rysuje lub układa puzzle. Wszystko chce robić sama i nie uznaje pomocy. Odpuściłam jej dawno swoje stylizacje, ona po prostu nie zgadza się na moje musztardowo-szare propozycje. Lubi te wszystkie cekiny, koniki, trolle i róż, które ciężko mi zaakceptować. Jednak mnie też jest blisko do hipisa, wolę pokój i muszę jej dać sporo swobody. Pomimo że wypada w placówkach na bardzo grzeczne dziecko, to myślę, że z nią będą jeszcze przeprawy. Ona na wiele rzeczy się nie zgadza, nie chce współpracować, nie chce przepraszać. Ma gdzieś moje liczenie do pięciu. Jednocześnie jest nieustannie uśmiechnięta. Spędzam z Kaliną najwięcej czasu i chyba jej najbliżej do mnie charakterologicznie. Na szczęście rozumiem i lubię siebie, więc jestem w stanie zrozumieć indywidualistę i melancholika, który wszystko chce robić pod prąd.

Ależ w tobie dużo miłości!

Kocham, uwielbiam moje dzieci, chciałabym być z nimi cały czas. Jednak za dużo jedzą i śmiecą, i nie zrobiłabym nic więcej poza opieką nad nimi (śmiech). Chodzą więc do przedszkola i szkoły, wtedy – plus wieczorami – ja pracuję. Praktycznie cały mój czas jest wypełniony obowiązkami, ale uczę się odpoczywać. Odkąd pamiętam, jestem przepracowanym pracoholikiem (śmiech).

Z doświadczenia wiem, że czasami niełatwo pogodzić pracę i opiekę nad dziećmi.

Uczę się rozkładać siły, bo wiem, że nie mogę być wiecznie niewyspaną i rozdrażnioną mamą. Popołudnia poświęcam im. Często mój mąż kładzie dzieci spać, a ja mogę kończyć jakiś temat albo pojechać do pracownicy coś omówić czy odebrać. Andrzej bardzo mi pomaga na każdym polu, w YYY też. Wieczorem mam najwięcej energii i jasny umysł. Rano jestem do niczego i właśnie wtedy, jeśli mam ochotę, trochę odpuszczam i szukam chwili w ciszy dla siebie. Czasami robimy labę od przedszkola i spędzamy cały dzień razem. Weekendy są zawsze super, bliźniaki urosły i możemy już tyle rzeczy robić razem. W tym roku zaczęliśmy chodzić na górskie szlaki.

Lubicie aktywnie?

Uwielbiam ruch. Kupiliśmy przyczepkę rowerową i od tego czasu czuję, że znowu żyję. Możemy się snuć po mieście, zrobić razem zakupy, pojechać nad rzekę. Mam na myśli czas, w którym mąż jest w pracy, i nie dysponuję samochodem.

Na koniec pytanie, które pewnie słyszysz często, ale trudno go nie zadać – skąd nazwa Yellow Yarny Yak?

Zawsze marzyłam o swojej marce i nazwa powstała, kiedy nie było jeszcze marki, ani nawet konkretnego zarysu tego, co będę robić, ale była już obsesja związana z wełną. Ewa miała kilka lat i nagrała jej się piosenka ulicy sezamkowej o literze „Y”. Prosiła, żeby jej to w kółko puszczać. W tej piosence są wymieniane rzeczy na literę „Y”, między innymi „Yarny Yak”. Ja dołożyłam yellow i powstała nazwa o skrócie YYY. „Yarny” oznacza włóczkowy, „Yak” to zwierze, z którego robi się włóczkę, a „Yellow”, czyli żółty, to dokładka do fajnego skrótu, który układa się w trzy takie same litery. Nie lubiłam wtedy jakoś szczególnie żółtego koloru. Pierwsze sweterki dla maluchów zrobiłam z wełny merino w kolorze musztardowym, chodził mi po głowie ten „żółty” z nazwy i pokochałam ten kolor.

Życzę ci jeszcze wielu takich przyjemnych niespodzianek od losu. Dziękuję za rozmowę. 

*

Tonia Lechowicz – mama trójki dzieci, założycielka marki Yellow Yarny Yak, absolwentka konstrukcji budowlanych, studiowała też architekturę i wycenę nieruchomości. Samouk, pasjonatka dziewiarstwa, krawiectwa i wszelkich ręcznych robótek. Interesuje się architekturą, designem, sztuką, fotografią. Jeździ na rowerze, uwielbia slow fashion, nie cierpi sieciówek, wierzy w nurt fair trade i zero waste. Kiedy tylko może, ucieka ze swojego średniego miasteczka do jeszcze bardziej odludnych miejsc. 

*

Rozmawiała: Paulina Filipowicz

Zdjęcia: Archiwum Toni

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.