Fore mama współpraca

Swój dom poznałam dopiero na macierzyńskim

Testujemy oczyszczacz powietrza Blueair i rozmawiamy o dobrym życiu rodzinnym u artystki Natalii Szerszeń

Swój dom poznałam dopiero na macierzyńskim
Piżmak Studio

W niedużym przytulnym mieszkaniu na warszawskiej Ochocie ukryła się wyjątkowa rodzina. Zaglądamy do ich świata, by poznać Natalię Szerszeń – twórczynię i mamę, która łączy wiele nietuzinkowych ról. Co jeszcze kryje dom Natalii?

W Ładne Bebe lubimy odkrywać świat inspirujących kobiet – ekspertek, przedsiębiorczyń, podróżniczek. Do drzwi Natalii Szerszeń pukamy, by poznać mamę piszącą doktorat, pracującą artystycznie i szykującą dom do narodzin kolejnego dziecka. Czy łatwo jest godzić obowiązki rodzinne z zawodowymi, gdy nasza praca polega na czytaniu i pisaniu w skupieniu? Czy jeśli kochamy piękno, musimy iść na kompromis wraz z pojawieniem się dzieci i zaakceptować chaos dookoła siebie? Co jest tak naprawdę ważne w domu i w kompletowaniu niemowlęcej wyprawki? Czy naprawdę można zapoczątkować jej komponowanie od ustawienia oczyszczacza powietrza? O tym wszystkim rozmawiam z Natalią i przy okazji testujemy oczyszczacz powietrza Blueair HealthProtect.

Jak sama siebie definiujesz? Artystka, naukowczyni? A może jednak mama?

Pierwsze słowo, jakie przychodzi mi do głowy, gdy myślę o sobie, to „kobieta”. W nim mieszczą się wszystkie rzeczy, które wymieniłaś. Nie zamykam siebie w definicji „matki” czy „osoby zajmującej się nauką”. Rok temu stworzyłam kolaż, który chyba nieprzypadkowo stał się bardzo popularny – z hasłem „kobiecość nie wyklucza siły”. W moim przypadku siłą jest wielozadaniowość. Macierzyństwo okazało się dla mnie najtrudniejszym, ale i najbardziej rozwijającym doświadczeniem. Jestem za nie bardzo wdzięczna.

Jakie było twoje wyobrażenie o macierzyństwie przed dziećmi?

Trudno było mi zwizualizować, co będę czuła wobec dziecka, gdy się urodzi. Wiedziałam, że muszę przygotować pokoik, ubranka, podstawowe sprzęty, ale także siebie: że będzie poród, potem połóg i opieka nad dzieckiem. Jednak do pojawienia się uczuć i emocji nie da się wcześniej przygotować, choć właśnie psychiczna gotowość okazuje się najważniejsza. Nie pieluszki, nie wózki, tylko emocje, których się nie spodziewasz, a które się pojawiają i są największym wyzwaniem.

Codzienność z dzieckiem wyobrażałam sobie zupełnie inaczej. Byłam przekonana, że będę mogła dość szybko zostawić córeczkę na kilka godzin z mężem, ciocią czy babcią, by móc wyjść z domu, na przykład do biblioteki, czy popracować nad projektami dla redakcji, z którą byłam związana przed porodem. Okazało się, że niekiedy nie mogłam nawet wyjść do toalety bez dziecka zamotanego w chustę. Przez pierwszy rok byłyśmy nierozłączne i przyznam, że był to dla mnie szok. Od rana do wieczora, a potem przez całą noc, byłam z małą bez przerwy. Próby odkładania na drzemki do łóżeczka kończyły się fiaskiem, wstawanie od śpiącego malucha oznaczało przebudzenie i płacz.

Potem zaczęłam obserwować inne mamy i zobaczyłam, że dzieci po prostu takie bywają, że potrzebują bliskości i nierozłączności. Potrzebują ich do wzrostu, jak wody i pokarmu. Ostatecznie jednak i sprawy organizacyjne, i to, co mamy w głowie, da się jakoś ułożyć. Wymaga to jednak czasu i wyrozumiałości wobec siebie i dziecka.

Zostawmy na chwilę temat dzieci – powiedz mi o swoim stylu. Czy zawsze byłaś dziewczyną retro?

Nie zawsze taka byłam, ale od kiedy zaczęłam ubierać się bardziej świadomie – nie w rzeczy podrzucane przez mamę – to raczej podążam konsekwentnie jedną ścieżką. Chodziłam do gimnazjum, w którym restrykcyjnie przestrzegano obowiązku noszenia mundurków, więc nie bardzo mieliśmy wtedy przestrzeń na szukanie własnego stylu. W liceum to, jak wyglądam i wyrażam się poprzez strój, stało się dla mnie ważne. Bo nie dla każdego takie jest, ale dla mnie to istotny element codzienności. Źle czułam się w przypadkowych ubraniach, sportowych, oversize’owych fasonach w intensywnych kolorach.

Poszukiwałam, eksperymentowałam i już wtedy zaczęłam fascynować się tym, co dziś nazywam klasyczną elegancją – raz skłaniając się bardziej w stronę lat 50., raz ku nowocześniejszej, bardziej minimalistycznej wersji tego stylu. Na studiach wybrałam kierunki artystyczne i to w pewien sposób przypieczętowało moje zainteresowanie „zamaszystymi spódnicami”, które stały się elementem wizerunku dziewczyny „od malarstwa i od romantyzmu”. Takich ubrań nie było jednak wtedy w sklepach, jeszcze kilka lat temu znalezienie spódnicy midi graniczyło z cudem. Stąd moja uwaga skierowała się w stronę mody vintage.

Mam wrażenie, że najpopularniejszym strojem każdej mamy są jeansy i bluza, a ty wybierasz bluzki na guziki i sukienki retro, włosy nosisz upięte w elegancki kok. Czy czujesz się ekscentryczna?

Czy ja wiem? Na pewno trochę inna. Oczywiście wiem, że się wyróżniam, ale przecież nie tylko ja jedna. Reakcje na mój wygląd bywają zróżnicowane, od bardzo pozytywnych po zarzuty o „babciowość”. Mam już za sobą etap przejmowania się ocenami innych. Moja droga do takiej szafy to był proces, który uwzględniał poznawanie dobrych tkanin, szukanie ulubionej kolorystyki i krojów, w których czuję się komfortowo. Ale miało być przede wszystkim pięknie i praktycznie.

Na co dzień noszę rzeczy eleganckie, mam też sportowe buty na wycieczki w góry czy bryczesy do jazdy konnej – to normalne. Elegancja nie wyklucza noszenia ubrań innych niż jedwabne sukienki i kapelusze, za to daje konkretne wskazówki, kiedy warto sięgnąć po dany element garderoby. Poza tym, w kwestii stylu można zapytać: czym jest piękno? Sama chciałabym to wiedzieć, bo zagadnienie estetyki w kulturze interesuje mnie zawodowo, napisałam nawet o pięknie pracę magisterską. Ale na to pytanie nie znam odpowiedzi, wydaje mi się, że poznawanie i definiowanie piękna to jest proces i lubię go.

Czy poświęcasz wiele czasu na codzienne stylizowanie? Dla wielu mam z dzieckiem przy piersi twój hasztag #dailyelegancepl to z pewnością coś niedoścignionego?

Teraz, gdy mam już dobieraną przez lata spójną i kompletną szafę, ubieram się w przysłowiowe 5 minut. Wszystko do siebie pasuje, więc otwieram szafę i bez problemu wybieram coś, co jest adekwatne do pogody i planów. Zaczyna się nowy sezon, a ja tak naprawdę nie muszę niczego dokupować, wszystko już mam. Płaszcz trzeba oddać do odświeżenia do pralni, przewietrzyć wełny, podzelować buty u szewca – i można zaczynać jesień. U mnie jeden styl i harmonijna paleta kolorów bardzo dobrze się sprawdzają.

Włosy też upinam ekspresowo – teraz są bardzo długie i łatwo je zwinąć w kok. Zapuszczam je, by po raz kolejny oddać warkocz dla fundacji szyjącej peruki dla dzieci chorujących na nowotwory. A hashtag #dailyelegancepl, odkąd urodziłam córeczkę, ma towarzystwo w postaci #dailyelegancemama i #dailyelegancebaby – dla mam i dzieci, aby łatwiej dzielić się zdjęciami ze swojej macierzyńskiej codzienności. Widzę, że mamy lubią tam zaglądać i powstała całkiem pokaźna galeria zdjęć będących dowodem na to, że nie tylko ja się staram i nie tylko ja lubię klasyczną elegancję – nawet z maluszkiem u boku.

Co na to twój mąż? Też nosi eleganckie tweedy?

Mąż ceni dobrze skrojone garnitury i jakościowe gatunki wełny. To on wyjaśniał mi na początku różnicę między różnymi tkaninami, pokazał, że wełna może być cieniutka i delikatna, że pół centymetra długości rękawa ma czasem istotne znaczenie dla całej sylwetki. Ale mąż nie jest wielbicielem mody retro, ceni klasykę, w czasie wolnym często wybiera swobodniejsze kroje niż ja, więc czasem, gdy idziemy gdzieś razem, jako para wyglądamy ciekawie (śmiech).

Moda jest jednym z wielu twoich zainteresowań. Haftujesz, projektujesz kolaże, malujesz… Czy naprawdę śpiewasz też chorały gregoriańskie?

Tak, to dość zabawna historia. Moja mama przez lata była przekonana, że nie mam słuchu muzycznego, więc nie zapisała mnie do szkoły muzycznej, choć mieliśmy ją 5 minut od domu. Wyrosłam w przekonaniu, że nie potrafię śpiewać, i wstydziłam się to robić. Dopiero mając około 20 lat, odkryłam, że śpiewam czysto. I że z tym głosem potrafię coś jeszcze zrobić! Wtedy myślałam, że edukację muzyczną trzeba zacząć bardzo wcześnie. Okazało się jednak, że głos można rozwijać i później. Trafiłam na dwie osoby, które we mnie uwierzyły. Poznałam nauczyciela klasycznego śpiewu, muzykologa, eksperta od chorału gregoriańskiego, który zdobywał o nim wiedzę we Francji. Tak zaczęła się moja przygoda ze scholą gregoriańską. Zdziwisz się, ale taki śpiew jako oprawa muzyczna, np. ślubów, stał się teraz bardzo modny. Śpiewałam nie tylko chorały, ale też bardziej tradycyjnie utwory, kompozycje na głosy, Moniuszkę.

Aktualnie przerwałam edukację muzyczną, bo to zajmowało bardzo dużo czasu, a przy dzieciach, niestety – coś trzeba wybrać. Ale nadal bardzo dużo śpiewam w domu, dla siebie, śpiewam też z córeczką, która już nie rozstaje się ze swoim pierwszym śpiewnikiem i zna mnóstwo tekstów i melodii. Muzyka jest moim zdaniem bardzo ważnym, naturalnym elementem życia, a edukacja w publicznych szkołach to nie jest prawdziwa nauka muzyki.

Jaka jest historia z kolażami? To teraz chyba jedno z twoich głównych zajęć.

Pracowałam kiedyś w redakcji, w jednym pokoju z grafikiem. To było wydawnictwo naukowe, więc nie było zwyczaju tworzenia bardziej urozmaiconych projektów okładek książek. W tym czasie często bywałam w pobliskiej bibliotece na ul. Koszykowej, gdzie funkcjonowała półka z tzw. bookcrossingiem – czy raczej dział książek „do wzięcia”. Uwielbiałam w nich buszować, w ten sposób weszłam w posiadanie kilku rarytasów, m.in. starych słowników czy przedwojennego wydania „Podstawowych pojęć historii sztuki” Heinricha Wölfflina. Znalazłam też mnóstwo świetnych wydań z polską ilustracją z doby PRL.

W końcu trafiłam na książkę z ilustracjami Daniela Mroza, która zainspirowała mnie, by przekonać kolegę z redakcji do nieco innej niż zwykle oprawy graficznej. Tak powstały kolaże, które weszły w skład wydania. Zrobiliśmy potem z tego wystawę w Domu Dziennikarza. Tak bardzo spodobało mi się to, co stworzyliśmy, że sama zaczęłam bawić się zestawianiem wycinków i tekstów. Długo nie wierzyłam, że moje kolaże mogą kogoś zainteresować, bo przecież nie mam wykształcenia w tym kierunku – powtarzałam sobie, hamując nie po raz pierwszy w życiu pasję artystyczną. Już wcześniej zrezygnowałam ze studiów na ASP, bo obawiałam się przyszłości z zawodem artystycznym. Ale gdy córeczka miała pół roku, zaczęłam pokazywać to, co robię na Instagramie. Byłam szczerze zszokowana, gdy zaczęli pisać do mnie chętni, by moje kolaże kupić, ozdabiać nimi wnętrza domów, pracowni, gabinetów lekarskich. Robię przede wszystkim kolaże analogowe, czyli korzystam z czegoś, co już wcześniej wydrukowano. Lubię taką pracę z elementem „zastanym”, to zawsze źródło zaskoczenia i radości, gdy ze starego powstają jakieś nowe, piękne rzeczy.

Twoje prace wydają się tak starannie wykonane, mimo że robisz je, jednocześnie opiekując się dwulatką. Gdzie ścinki, ślady kleju?

Lubię mieć porządek podczas pracy. Staram się wszystko robić, zachowując ład, i nie gromadzę wielu rzeczy wokół siebie. Sprzątam od razu, kleję na roboczym kartonie. To, że tworzę, mając małe dziecko, daje mi wręcz podwójną satysfakcję.

Oczywiście odnalezienie się w roli mamy zajęło mi dużo czasu i dalej jest źródłem wielu wyzwań. Nie miałam okazji niczego przećwiczyć, nie było przecież jak. Tworzenia z dzieckiem na ręku – nie tylko w przenośni, często po prostu dosłownie – wciąż się uczę. Nie wszystko jest kwestią organizacji, zwłaszcza jeżeli dziecko jest wymagające, i na dodatek zaczyna się pandemia. Niby mamy teraz wszelkie możliwości przygotowania się do macierzyństwa i ogromny dostęp do wiedzy o dzieciach, a jednak na niektóre pytania, na przykład, jak zarządzać sobą w obliczu trudnych emocji dziecka, odpowiedzi znaleźć jest bardzo trudno.

Zwłaszcza, że optymalne dla nas rozwiązania, na przykład, jak poradzić sobie ze zmęczeniem czy stresem, są nasze własne, wypracowane w toku osobistych doświadczeń. Moja metoda to dokonywać zmian powoli, wtedy da się połączyć różne role. Czasem więcej czasu mogę poświęcić na klejenie kolaży lub pisanie doktoratu, czasem jest zdecydowanie więcej tulenia i spacerów – przyzwyczaiłam się do tego. Znajduję czas na swoje pasje, bo świadomie wybieram, co będę robić. Nie oglądam seriali, telewizji, z social mediów zaglądam tylko na Instagram. Wolę poczytać lub wyciąć kolaż. No i zrezygnowałam z pracy zawodowej, co nie było dla mnie łatwą decyzją i nie dokonało się bez próby powrotu do pracy. Wykonuję kolaże i hafty głównie, kiedy córeczka śpi lub gdy akurat mam swój czas wolny, bo Helenka spędza czas z tatą.

Kolaże były dla mnie bardzo wspierającą praktyką w pierwszym, niezwykle trudnym półroczu macierzyństwa. Zapasy energii sprzed porodu powoli się wyczerpywały, rozczarowania i frustracje rosły, a tu niespodziewanie ktoś docenił, że jestem nie tylko mamą „siedzącą w domu z dzieckiem”, że mam również niepowtarzalny potencjał twórczy i wrażliwość, którą mogę się dzielić. Gdybym chciała rozwijać działalność związaną z kolażami, mogłabym już otworzyć firmę i zajmować się tym w pełnym wymiarze. Wybieram mniejszy zakres, który pozwala mi łączyć pracę twórczą z macierzyństwem i pracą naukową nad doktoratem. Kiedyś zdarzało mi się zarwać noc, żeby pogodzić opiekę nad dzieckiem i zajmowanie się domem w dzień, a wieczorami realizować pracę i pasje. Ale dziś już świadomie wybieram odpuszczanie, odpoczynek i sen. To najlepsze, co mogę podarować teraz sobie i swojej rodzinie.

Bez czego nie wyobrażasz sobie dnia?

Lubię zacząć dzień od umycia się, uczesania i ubrania. Nie wyobrażam sobie jeść śniadania w szlafroku, czuję się wtedy niekomfortowo, choć wiem, że wiele osób to uwielbia. I mnie to zupełnie u innych nie przeszkadza. Ja jednak mam taki nawyk, że do stołu siadam uczesana i ubrana. Podobnie do pracy w domu, nigdy nie lubiłam siedzieć przed komputerem w dresie – zadbanie o siebie pomaga mi skupić myśli i być efektywną.

Czyli lubisz harmonię… To powiedz, ile w twoim życiu miejsca zajmuje praca?

Bardzo chciałam wrócić do pracy po urlopie macierzyńskim, ale to się totalnie nie udało. Czas wychowywania mojego pierwszego dziecka trafił na pandemię. Ogromny, powszechny lęk o zdrowie i życie mieszał się z trudami ząbkowania, nieprzespanych nocy, płaczu niemowlęcia. Marzyłam, że w końcu po tym trudnym roku zamknięcia w domu odzyskam choć częściowo dawne życie zawodowe, odżyję, wrócę do towarzystwa dorosłych.

Okazało się, że to już nie ta sama praca co przed pandemią, moja redakcja funkcjonuje głównie zdalnie. Powrót do obowiązków w takim trybie okazał się dla mnie niewykonalny. Było mi bardzo trudno uczestniczyć w konferencjach i pisać z dzieckiem przy piersi. Dzieckiem, które bardzo potrzebowało mojej bliskości i płaczem reagowało na każdą próbę mojego wyjścia z domu. Nie chciałam zatrudniać niani, bo malutka jest wymagająca i ma chorobę, która w stresie bardzo się nasila. Nie chciałam zabierać jej tej bliskości ze mną, której potrzebuje. Podjęcie decyzji o rezygnacji z pracy w redakcji, którą wcześniej bardzo lubiłam, było dla mnie ogromnie trudne i okupione łzami. Ale wiem, że była to jedyna słuszna decyzja. I dla mnie, i dla mojego dziecka. Nadal jednak pracuję naukowo, piszę doktorat, szykuję kolejne produkty związane z kolażami, które tworzę.

Jak podsumowałabyś godzenie swojej pracy naukowej z macierzyństwem?

Choć kobieta jest tak samo dobra w analizie dzieła literackiego jak mężczyzna, to jednak mężczyzna ma nadal łatwiej, jeśli chodzi o robienie tego zawodowo – ma swobodny dostęp do bibliotek, wyjazdów naukowych czy konferencji, bo zwykle nie ma dziecka ze sobą, nie ma też raczej przerw w pracy związanych z urlopami macierzyńskimi. Dla kobiety urodzenie dziecka może spowodować zmianę priorytetów, która częściowo wiąże się z tym, że przedkłada ona dobrostan własny i dziecka nad kolejną publikację w prestiżowym czasopiśmie lub wyjazd na konferencję. Taki jest mój przypadek. Mówiąc najkrócej – doktorat jest dla mnie, nie ja dla doktoratu. Bardzo chcę dokończyć i obronić zaczętą już pracę, ale nie za wszelką cenę. I nie na wyścigi.

Brzmi dość gorzko, ale wiem, że odnalazłaś się w tym niełatwym układzie. Co pomogło ci się pogodzić z sytuacją?

Zrozumienie, że moja potrzeba niezależności, wyrażania siebie twórczo, kontaktu z dorosłymi, może być zaspokajana także poza pracą na etacie czy życiem na uczelni. I że na wszystko trzeba sobie dać czas. Z doktoratem też udało mi się dużo zrobić – ale inaczej niż wcześniej, sposobem. Pisałam teksty luźno podejmujące tematy mojego doktoratu na niezobowiązujące spotkania ze znajomymi, którzy też piszą doktoraty, i rozmawialiśmy o tych artykułach, a gdy trzeba było coś pokazać na seminarium, to pokazywałam właśnie to, nie kombinując już, że muszę dostarczać za każdym razem nowy artykuł z pełnym aparatem naukowym i kompletem analiz na kilkadziesiąt stron, tak jak kiedyś bym chciała (i jak robiłam, dumna z siebie). Liczyłam się z tym, że usłyszę, że praca jest niedopracowana, że wymaga poprawek… Kiedyś wystawienie się na taką krytykę byłoby dla mnie nie do zrobienia. Teraz wiem, że zrobione jest lepsze od doskonałego i że każdy artykuł wymaga poprawki.

Czy odpuszczanie i skupienie się na dziecku dało ci coś jeszcze?

Można powiedzieć, że dopiero wraz z pojawieniem się dziecka zaczęłam myśleć o domu i być w nim. Wcześniej miałam tyle zajęć – pracę, różne pasje, wydarzenia kulturalne, życie towarzyskie – że w ogóle nie spędzałam czasu w mieszkaniu. Wpadałam do niego wieczorem i wychodziłam z samego rana. Swój dom poznałam dopiero, gdy zostałam z dzieckiem na macierzyńskim – zobaczyłam, kiedy wstaje słońce, kiedy robi się jasno, jakie rzeczy w tym domu mnie denerwują i co chciałabym zmienić. Dostrzegłam, czego nie zrobiłam, mimo że powinnam była. Na przykład uświadomiłam sobie, że mimo kilku lat mieszkania w tym samym miejscu, nie zawiesiłam niczego na ścianach. Na co czekałam? Zaczęłam więc robić w ścianach otwory na obrazki, nie przejmując się, czy potem ktoś będzie musiał je zaklejać. Oglądanie tych obrazków na ścianie było ważnym krokiem w rozwoju Helenki – dzięki temu, że codziennie ze mną je oglądała i „czytała” to, co wisi w ramkach, przeliterowała też swojego pierwszego literata – Owidiusza.

Spodziewasz się drugiego dziecka. Czy myślisz, żeby teraz bardziej zaangażować się w wicie gniazda?

Dopiero zaczynam myśleć o zorganizowaniu przestrzeni pod kątem narodzin dziecka. W poprzedniej ciąży też zajęłam się tym dopiero na etapie, gdy już znałam płeć, teraz jest chyba tak samo. Powoli zaczynam myśleć o organizacji domu na przywitanie nowego członka rodziny, ale moje myślenie idzie w stronę „im mniej, tym lepiej”. Nasze mieszkanie nie jest duże, staram się więc nie gromadzić rzeczy, które mogą się przydać, ale nie muszą. Zawsze można dokupić coś już po narodzinach lub pożyczyć na wypróbowanie od znajomych.

Na pewno w takim wyprawkowym minimum są dla mnie sprzęty elektroniczne. Długo nie chciałam się z tym zgodzić, że mieszkamy w mieście, w którym jest smog, że chrypka przeszkadza mi nawet w śpiewaniu. Zdrowie dzieci jest jednak priorytetem, a o problemach zdrowotnych małej już wspomniałam. To zdecydowanie kieruje moją uwagę w stronę konieczności dbania o czyste, nawilżone powietrze, bo o kwestie takie jak bliskość mamy, która jest przecież najistotniejsza, na szczęście nie muszę się martwić.

Natalia oczyszcza swój dom z pomocą HealthProtect, urządzenia szwedzkiej marki Blueair, którego opatentowana technologia filtracji usuwa aż 99,97% zanieczyszczeń powietrza w pomieszczeniu: kurzu, zapachów kuchennych, ale także pyłów nisko zawieszonych (składnik smogu), mikroplastiku, sierści, a także alergenów, bakterii i wirusów. To idealne urządzenie dla domu, w którym mieszka alergik – bezpieczeństwo gwarantuje atest Asthma Allergy Nordic. Dużą rolę w funkcjonowaniu oczyszczacza odgrywa też filtr z aktywnego węgla kokosowego. Połączenie wydajności, małego poboru mocy i skuteczności oczyszczacza HealthProtect pomaga całej rodzinie zachować zdrowie i komfort. Wylot powietrza w oczyszczaczu ma 360 stopni, dzięki czemu można dowolnie zmieniać jego ustawienie w pomieszczeniu, co jest bardzo wygodne, zwłaszcza na małym metrażu.

Co powiedziała nam o oczyszczaczu Natalia?

Jestem wyprawkową minimalistką, a jeśli chodzi o technologię, to tu już naprawdę poważnie rozważam każdy sprzęt, jaki ma pojawić się w mieszkaniu. Decyzja o oczyszczaczu powietrza w domu z maluchem była dla mnie tak samo oczywista jak zakup wózka. Cieszę się, że oczyszczacz jest bardzo cichy, intuicyjny w obsłudze i naprawdę poprawia jakość powietrza w domu, a dodatkowo jest niewielki i estetyczny. Takie połączenie praktyczności z dobrym designem lubię najbardziej.

Główną zaletą oczyszczaczy HealthProtect, poza wysoką wydajnością i skutecznością, jest niezwykle cicha praca (zaledwie 25-45 dB) potwierdzona atestem Quiet Mark, co jest nie bez znaczenia w domu, gdzie spokojny sen rodziców i dzieci stanowi ważny aspekt funkcjonowania.

Materiał powstał we współpracy firmą z fore.pl

Dodaj komentarz