mama emigrantka wspólny czas zabawa

Siedmioro ich i las. A tam… wymarzony domek dla dzieci!

Rozmowa z Aleksandrą Tryścień-Borulą

Siedmioro ich i las. A tam… wymarzony domek dla dzieci!
Archiwum prywatne

„Dziki teren uczy samodzielności, napędza do działania. Dziewczynki mają swoje sukcesy i porażki, które uczą dalszego poszukiwania. To cenna lekcja” – mówi Ola, która od 14 lat mieszka z pięcioma córkami w Szwecji, w… lesie. Ma cały ten „babiniec” na głowie, ale wspólne zabawy, szycie, haftowanie, malowanie i zaplatanie dają jej niesamowitą satysfakcję i rozwijają nie tylko dzieci, ale i mamę!

Ola to kobieta, która może inspirować niejedną, zmęczoną zgiełkiem miasta i szarą codziennością, mamę. Od 14 lat mieszka w Szwecji, w lesie. Ma wykształcenie pedagogiczne i socjologiczne. Zawodowo zajmuje się opieką nad osobami niepełnosprawnymi, jest asystentem personalnym, obecnie na urlopie macierzyńskim. Jest też mamą pięciu córek: Igi, Evy, Ady, Mii i Liv, dlatego teraz przede wszystkim organizuje i koordynacje życie domowe. Do najbliższej szkoły, przedszkola i sklepu ma 40 km, stąd najprostsze czynności to nie lada wyprawa. Jej mąż Łukasz, w związku z pracą, często jest poza domem (ale jak już wraca, to na maksa!), stąd cały wesoły babiniec jest na głowie Oli. Ale nie narzeka! W każdej sytuacji, jak przekonuje, widzi coś inspirującego. Czas z córkami spędza aktywnie i kreatywnie – razem haftują, szyją, zaplatają koraliki, malują. A przede wszystkim są blisko dzikiej przyrody. Zachwycam się naszą leśną ciszą i dzieciowym chaosem – zapewnia Ola. Swoje codzienne przygody opisuje na blogu Siedmioro nas i las, a kiedy zobaczyłyśmy ich domek dla dzieci, wiedziałyśmy, że musimy porozmawiać.

Jak znaleźliście się w Szwecji?

W 2008 r., po skończonych w Polsce studiach, nie miałam zobowiązań, planów, które trzymałyby mnie w ojczyźnie. Mój partner miał pracę, ale bez większych trudności mógł to samo robić za granicą. Kierunki zakładaliśmy dwa: Anglia i Szwecja. Nasza bliska rodzina już tam mieszkała, mogliśmy więc liczyć na wsparcie. Zapadła decyzja o Szwecji. Szybkie pakowanie, podróż na prom w Gdańsku i po 18-godzinnej podróży zaczęliśmy przygodę w Szwecji. Jesteśmy tu już 14 lat.

Dom w lesie

A dlaczego las?

Najstarsza córka miała lada moment zacząć szkołę. Zależało nam na kameralnej placówce. Doskwierał nam też miejski zgiełk. Poza tym musieliśmy szukać domu, bo ten, który wynajmowaliśmy, miał iść na sprzedaż. Mąż znalazł dom daleko od wszystkiego, ale w lesie. To było wyzwanie i przygoda. Bliskość z naturą, cisza i minimalna ilość bodźców. Poczucie, że masz swój kawałek „do bycia”, oazę spokoju. Owszem, zmagamy się z wieloma wymagającymi sprawami. Dom w lesie wymaga wiele pracy. Klimat najłagodniejszy nie jest. Wszędzie mamy daleko. Ale wciąż dostrzegamy więcej plusów niż minusów.

Z piątką dzieci nie narzekasz na nudę. Jak organizujecie sobie czas?

Doba wypełniona jest po brzegi. Ale im więcej mam do zrobienia, tym bardziej szanuję każdą chwilę. Dobra organizacja czasu przychodzi sama, jest wpisana w moją codzienność.
W wakacje jest swobodniej. Korzystamy z lokalnych atrakcji, jak ciekawe miejscówki do spacerów, do podziwiania (wokół masa „perełek widokowych!), festyny, parki zwierząt. Robimy też dalsze wycieczki, np. do miejskich muzeów.

Jak wygląda wasza domowa codzienność?

To spontaniczny rozwój wydarzeń. Staramy się, by dziewczyny miały pod ręką rzeczy dające możliwość tworzenia, rozbudzające ciekawość, umilające spędzanie czasu. Malują, rysują, czytają książki, grają w planszówki, konstruują, eksplorują podwórko. Mamy też ogródek. Jest także czas na nudę. Córki czerpią ze wszystkiego z różnym zaangażowaniem. Mają wszechstronny repertuar do zaspokajania ich potrzeb. Bywa, że każda ma swój plan na zagospodarowanie czasu, wiec jednocześnie dzieje się wiele. Razem robimy wypady nad rzekę, wieczory filmowe, czytamy.

Podwórko, ogródek i kuchnia błotna

Mnóstwo czasu spędzacie na świeżym powietrzu. Dzieciom do szczęścia więcej nie trzeba…

Staramy się korzystać z podwórka w atrakcyjny sposób. Domki dla dziewczyn, ogródek, kuchnia błotna. Swoboda w korzystaniu z terenu daje radość. Nawet gdy warunki pogodowe nie sprzyjają, chęć zabaw podwórkowych nie maleje. Jeśli córki mają ochotę biegać w deszczu, to robią to.

Jak bliski kontakt z naturą wpływa na ich rozwój?

Po pierwsze, mają dobre zdrowie. Czasem się przeziębiają, ale poważniejsze dolegliwości omijają je szerokim łukiem. Mogą zaspokajać ciekawość przyrodniczą, poznawać rozmaite stworzenia. Przygarniają znalezione okazy, są nimi zachwycone! Zasuszone wnikliwie poznają pod mikroskopem, żywe mogą obserwować z bliska, poznają cykl rozwojowy żab czy biedronek. „Dziki” teren uczy samodzielności, napędza do działania. Dziewczyny mają swoje sukcesy i porażki, nie wszystko, co zaplanują, się udaje. Porażki uczą dalszego poszukiwania, to dobra lekcja. Natura jest kojąca, uspokajająca. Mimo pozornej nudy oferuje wiele ciekawostek. Dzięki temu, że córki są odcięte od bodźców utrudniających koncentrację, nie pędzą w wyścigu szczurów. Dokonują przemyślanych wyborów. Są jeszcze małe, więc trwamy w „dzieciowym” chaosie, ale bardziej okiełznanym.

Leśna chatka dla dzieci

Stawiasz na manualne zabawy, szycie, haftowanie, koraliki. Jak dzieci się w tym odnajdują?

To wyciszające, trenujące koncentrację zajęcia. Tworzenie piękna własnymi rękoma daje dużą satysfakcję. Moment, gdy haftowany obrazek jest gotowy, daje ogromne poczucie wiary we własne umiejętności. Nie jest to proste, wymaga wiele czasu i skupienia. Podobnie jest z zabawą koralikami. Skupienie, umiejętne zrobienie węzła, by projekt nie rozsypał się w drobny mak. Dziewczynki widzą swoje postępy, a to daje wiarę w siebie.

A jak powstała chatka dla dziewczyn? Jest piękna!

Domki wymyślił mój mąż. To było drugie podejście do tej unikalnej budowli. Pierwsza powstała z plecionych gałęzi brzozy, ale zimą ciężki, wilgotny śnieg załamał konstrukcję. Szkoda, był równie ciekawy! Stąd pomysł na drugą budowlę, udoskonaloną i trwałą. Tata dziewczynek ją zaprojektował, zgromadził materiały i wykonał. Domek komponuje się z lasem. Daje przestrzeń na przyjemne spędzanie czasu. Ma pobudzać chęć robienia rzeczy unikatowych. Jest tam bardziej swobodnie, bo to miejsce dziewczynek, nie wtrącamy się. Zabawa „z dala” od rodziców może być inna.

Każdy był zaangażowany w budowę?

Pierwszy domek był wspólną zabawą. Dziewczyny pomagały przy zbieraniu materiałów, tworzeniu konstrukcji, próbowały sił przy przeplataniu ścian. Drugi był na tyle poważny i skomplikowany, że nie dokładałyśmy „dobrych rad”. Nie bardzo było tam miejsce na naszą pomoc, zostawiłyśmy to tacie. I sprawdził się świetnie, wszyscy są zadowoleni z efektu końcowego!

Stać w deszczu? Czemu nie!

Co robicie przy złej pogodzie? Kiedy pada deszcz, dzieci się nudzą?

Gdybyśmy mieli ograniczać się pogodą, niewiele byśmy zrobili (śmiech). Pogoda ma wpływ na samopoczucie, nie zawsze jest ochota na „podwórkowe” zabawy. Ale to nie powód, by siedzieć w domu. Gdy pojawia się chęć eksploracji błota, kałuż, czy po prostu postania w deszczu, to robimy to! Jeśli dziewczynki mają z tego przyjemność, to nie widzę w tym nic złego. Ale w domu też lubią posiedzieć. Pochmurna aura sprzyja poleżeniu pod kocem, ponudzeniu się. Nuda to dobry czas na wymyślanie, a co za tym idzie, na realizację ciekawych pomysłów.

W wakacje wielu rodziców stoi przed wyzwaniem – jak zorganizować czas dzieciakom, by nie zalegały w domu i nie nudziły się. Doradziłabyś coś?

Każdy ma inne możliwości, więc ciężko doradzać. Jak wspomniałam, nuda nie zawsze jest zła, ale już permanentna bezczynność może być uciążliwa. Mogę puścić dzieci przed dom i wiem, że będą we względnie bezpiecznej leśnej przestrzeni. Nie pomiędzy nieznanymi ludźmi, samochodami, czy na innym niesprzyjającym swobodnej zabawie terenie. Mam pod tym względem nieco łatwiej. Stawiam na podsuwanie dziewczynom materiałów, bez większej ingerencji w to, jak i co robią. Kiedyś może bardziej aranżowałam aktywności, tworzyliśmy kartonowe budowle, kuchenki, zamki… Dziś jest więcej swobody. Jeśli córki proszą o pomoc, pomagamy. Jeśli chcą spróbować czegoś nowego, zapewniamy materiały, rozmawiamy o ich oczekiwaniach. Czasem tworzymy razem. Dziewczynki są zainteresowane tym, co my robimy, więc dołączają do naszych aktywności twórczych lub inspirują się nimi.

Im więcej uśmiechniętych buziek w domu, tym weselej?

Zdecydowanie! To bardzo przyjemny aspekt rodzicielstwa. Radości i zachwytów jest wiele. Oczywiście, tak samo wiele jest obowiązków i zmartwień. Taki balans (śmiech). Mnie ten nieustanny chaos napędza, czerpię z tego przyjemność. Posiadanie gromadki dzieci to dla nas wartość sama w sobie. Dzieci są ważne i wspaniałe.

Namawiamy was do zaglądania do tej inspirującej rodziny. Kto marzy o takim domku w lesie?

Coś dla Ciebie

Justyna w Montrealu

Justyna w Montrealu

Dodaj komentarz