Rysuję tak, żeby było mi fajnie

Rozmowa z Maciejem Szymanowiczem

Ta jesień należy do Krasnoludków! Dzieci i rodzice z rozbawieniem obserwują ich świat w książce Macieja Szymanowicza. Jak autor bawił się przy pracy?

Maciej Szymanowicz zdaje się lubić to, co robi. Inaczej może śpiewałby w operze albo grał w teatrze lalek. Takie był plany i doświadczenia, a teraz są ilustracje i książki. I całe nasze szczęście, jego ostatnia pozycja „Krasnoludki. Fakty, mity, głupoty” wydana przez Naszą Księgarnię to gorący tytuł sezonu. Moje dzieci książką podzieliły się w przedszkolu, zrobiła wrażenie nie tylko na dzieciach… Sami w domowych zaciszu chętnie przeszukujemy bogate ilustracje w poszukiwaniu nieodkrytych faktów. Udaje nam się to doskonale, bo autorowi pomysłów nie brakowało. Zapraszam na recenzję książki i rozmowę z Panem Maciejem o tym, jak wygląda jego praca i jak się czuje z gotowym wydaniem.

 

*

Co Pana najbardziej zaskoczyło w badaniach nad Krasnoludkami?

To, jak bliskie są każdemu człowiekowi, niezależnie od jego wieku. Jak łatwo poruszają wyobraźnię. No i to, że nie sposób ich policzyć. Miałem z tym problem nawet w książce, dlatego na okładce widnieje ich przybliżona liczba. A najbardziej chyba to, jak dziwaczne i zwariowane miewają pomysły. I jeszcze to, że te pomysły wymyślają się same. Albo wymyślają je krasnoludki…? Ale tworząc książkę, miałem wrażenie, że pomysły – podstawowy budulec książki o krasnalach – wymyślają się same, niezależnie ode mnie. Albo są cały czas gdzieś obok, łażą dookoła głowy i gdy przyjdzie im na to ochota, łaskawie przestają być niewidzialne. Ale ja jako autor niestety kompletnie nie mam na nie wpływu.

To był długi proces?

Bardzo długi, choć trudny do sprecyzowania nawet w przybliżeniu. Pomysł na książkę o krasnoludkach chodził mi po głowie od kilku lat, choć myślałem o całkiem innej książce. Raczej o serii ilustrowanych opowiadań. Ale w końcu krasnoludki wzięły sprawy w swoje ręce. Bo to trochę było tak, że najpierw wlazły mi ukradkiem do książki pt. „Rok w Krainie Czarów”, ale najwidoczniej było im w niej za ciasno, więc podszepnęły wydawnictwu, że może by tak narysować książkę tylko o nich, dla nich, ich własną, której z nikim nie będą musiały dzielić. Wydawnictwu pomysł się spodobał, a i ja zareagowałem z entuzjazmem. I od tego momentu musiało minąć kilka miesięcy pracy. Czasami bardzo intensywnej.

Moje dzieci są zachwycone bogactwem detali – książka kryje wiele niespodzianek, które odkrywają przy każdej kolejnej lekturze. Dobrze się Pan bawił przy pracy?

Oj tak, wymyślanie i rysowanie tej książki było bardzo zabawne. Żadna inna książka nie sprawiła mi tyle frajdy. W pewnym momencie widziałem krasnoludki wszędzie (mimo że są niewidzialne) i łapałem się na tym, że gdy rysuję ilustrację do jakiejś zupełnie innej niekrasnoludkowej książki, kombinuję, gdzie by dorysować krasnoludki. Obrazki bez krasnoludków zdawały mi się niedokończone, niepełne. A z drugiej strony ta książka pochłonęła ogromną ilość pracy i czasu, bo stężenie pomysłów i obrazeczków jest tu dość wysokie i przyznam, że czasami miałem tych krasnoludków serdecznie dość. Ale tylko czasami.

Syn wykazał się jakąś pomocną tajną wiedzą na temat Krasnoludków? 

Kajetan zaangażował się w tę książkę z pozycji kibica, jak w żadną inną wcześniej. I nie poprzestał na tym – wspomógł mnie kilkoma pomysłami. Ma 9 lat i bardzo dużo rysuje. Uwielbiam jego rysunki. Są zupełnie inne niż moje, rysuje inne rzeczy w całkiem inny sposób. Ostatnio wziął się za bary z perspektywą, która dla mnie jest ciałem obcym i nieznanym. Ale najbardziej lubię, jak rysuje supermoce. I smoki.

Znam dziewczynkę, która niespecjalnie przyjaźni się z książkami, a z „Krasnoludkami” nie rozstaje się od kilku dni, czyta, ogląda, wymyśla swoje historie. Pan czegoś oczekuje od swoich czytelników, tworząc książki?

Nie, nie mam żadnych oczekiwań. Rysuję tak, żeby mi było fajne. Zwykle gdy mi jest fajnie, to innym też się podoba. A dziewczynkę bardzo proszę cieplutko pozdrowić.

Zna Pan każdą kreskę z książki. Jak to jest, kiedy siada Pan z gotowym wydaniem?

Szału nie ma… Na początku patrząc na książkę, widzę głównie historię jej choroby, tzn. przypomina mi się proces powstawania. Widzę, co można było narysować fajniej, a co z jakichś powodów odpuściłem, widzę miejsca, które rysowałem w znoju, ale też te, przy rysowaniu których rosły mi skrzydła. Widzę poprzednie bądź alternatywne wersje niektórych rysunków, pomysłów, czasami widzę błędy, pomyłki i różne inne takie tam. I to niekoniecznie jest odprężające uczucie. Więc rzadko zaglądam do swoich książek. Po roku, dwóch, gdy o tym wszystkim uda się troszkę zapomnieć, zaglądam chętniej i widzę inaczej, z większym dystansem. Ale wtedy zwykle mam w głowie kolejną książkę, nad którą pracuję, i to ona jest najważniejsza. Zdecydowanie więcej radości sprawia mi siadanie nad gotowymi wydaniami cudzych książek. Oczywiście pod warunkiem, że są cudne.

Napisał mi Pan, że teraz musi odpocząć od rysowania. Mogę Panu uwierzyć?

Nie ma Pani wyjścia. Ja też. To czasami naprawdę ciężka praca, mimo że siedząca i umysłowa (choć do „Krasnoludków” bardziej pasuje określenie „psychiczna”). Taka książka zjada dni, wieczory, często weekendy, a gdy termin oddania do druku tuż tuż – potrafi zjeść o wiele więcej z życia. Przynajmniej ja tak mam, bo każdy twórca ma pewnie inaczej ustawiony swój zegar pracy. Więc po czasie intensywnego rysowania robię sobie czas nieznacznego wypoczywania. Oczywiście czas to znacznie skromniejszy, ale w zupełności wystarczy.

Jak się Pan czuje ze słowami?

Z pisanymi wyśmienicie. Z czytanymi również. To cudni towarzysze. Z mówionymi i słuchanymi bywa różnie, jak z ludźmi.

Korci Pana, żeby zrobić ilustrowaną książkę dla dorosłych? Dużo oczek Pan do nas puścił w Krasnoludkach.

I tyle oczek musi wam, Drodzy Dorośli, tymczasem wystarczyć. Wymyślając Krasnoludki, nie temperowałem pomysłów specjalnie na potrzeby dziecięcego odbiorcy. Stąd te oczka, choć nie wtykałem ich z rozmysłem. Tak w ogóle to niesprawiedliwe, że np. spodnie dla dorosłych wystarczy zrobić takie same, tylko mniejsze i mamy pełnoprawne spodnie dla dzieci, a z książkami to nie działa. Nie, nie korci mnie, żeby zrobić książkę specjalnie dla dorosłych. Zresztą chyba bym nie umiał. Albo nie wiem, czy bym umiał i boję się sprawdzić? Może kiedyś się odważę, bo teraz albo muszę robić książki dla dzieci, albo odpoczywać. No i okazuje się, że wiele na pozór dorosłych i poważnych osób zaśmiewa się nad książką o krasnoludkach, więc albo zaczynam całkiem niechcący trafiać do dorosłych, albo trafiam na specyficzne egzemplarze dorosłych pielęgnujących w sobie cieplutkie pokłady dziecinności. Bardzo lubię towarzystwo takich dorosłych. Bardziej korci mnie, żeby napisać książkę dla dzieci, ale żeby zilustrował ją kto inny. Niestety wydawcy pukają się w czoło. Choć zdarzyło mi się stworzyć książkę, w której jest zdecydowanie więcej moich liter niż moich obrazków. I bardzo jestem z niej dumny. Też była o czymś małym – o najmniejszym słoniu świata. Kolejna książka, którą wymyślam, też będzie o maleńkich stworkach. Jakaś mikroobsesja… I jak tu myśleć o książce dla dużych, dorosłych ludzi?

O mały włos zamiast rysować, grałby Pan lalkami. Jak patrzę na pańskie ilustrację, to mam wrażenie, że gdzieś podskórnie Pan te lalki cały czas w sobie ma?

Nie sądzę, żeby kontakt z lalkami wpływał na to, co i jak rysuję. Jeśli już nastąpiło jakieś przenikanie tych światów, to bardziej prawdopodobne, że w przeciwnym kierunku. Pewnie mam w sobie ogólną, wrodzoną atencję do różnych odrealnionych ludzików, nierzeczywistych sytuacji i owa atencja przyciągnęła mnie do świata lalek, a później do świata stworów i przetworów własnoręcznie malowanych. W tym drugim świecie mam więcej władzy, w zasadzie nieograniczoną i może dlatego wybrałem pisanie i ilustrowanie. Nikt mi nie mówi, co mam robić. Nie mam szefa, nie mam reżysera. Bardzo mi to odpowiada.

Co się Panu jeszcze nie podobało w aktorstwie?

Prawdę mówiąc, nie pamiętam. To było dość dawno, jakieś pół życia temu. Gdybym się nad tym zastanawiał, pewnie codziennie zmyślałbym inną odpowiedź. Ale się nie zastanawiam. Na pewno ja się sobie nie podobałem w aktorstwie.

Śpiewa Pan pod prysznicem?

Od kilku lat zupełnie nie śpiewam. Nawet pod prysznicem. Tylko Sto lat na różnych urodzinach.

Nie żal trochę opery?

Ani trochę.

Jest taki obrazek, który Pan w sobie nosi i jeszcze nie wie, jak przenieść go na papier?

Jest. Właściwie każdy takim jest, nim go przeniosę. Ale kilka tematów pozostaje w głowie od lat i sobie tam dojrzewają powoli. I niektóre nawet po przelaniu na papier wracają do głowy, nieusatysfakcjonowane tym, w co je ubrałem. I mieszkają sobie w głowie dalej, do następnego podejścia. Obok nich pojawiają się nowe uparte obrazki, inne się poddają i pozwalają się zapomnieć… Kotłuje się ogólnie. Po to jest głowa.

Dzięki za rozmowę. 

 

Książkę autorstwa Macieja Szymanowicza Krasnoludki. Fakty, mity, głupoty” wydaną przez Naszą Księgarnię kupicie tu

*

Maciej Szymanowicz

W dzieciństwie kochał rysować, ale studiować postanowił na białostockim wydziale lalkarskim Akademii Teatralnej. Został aktorem lalkowym, ale to zajęcie nie przypadło mu do gustu. Powrócił do miłości z dzieciństwa. Ilustruje, projektuje książki, tworzy plakaty teatralne i gry planszowe. W 2014 r. wydał autorską książkę „Najmniejszy słoń świata”. Za ilustracje do książki „Asiunia” otrzymał Nagrodę Miasta Stołecznego Warszawy (2011), a za „Wszystkie moje mamy” – nagrodę w konkursie Przecinek i Kropka oraz nagrodę Festiwalu Literatury dla Dzieci (2014). Tata dziewięcioletniego Kajetana. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.