dzikie dzieci współpraca reklamowa

Rozwój dziecka to nie wyścig – to przygoda

Edukacja leśna i dzieciństwo w naturze

Rozwój dziecka to nie wyścig – to przygoda
Karolina Synowiec

Dobrze wiecie, że od lat ciekawi nas temat dzieciństwa unplugged i przyglądamy się różnym jego przejawom. Dziś pytamy o nie Magdę Godziszko, fankę edukacji leśnej i mamę trójki dzikich dzieci!

Magdę możecie znać jako założycielkę marki Good Wood z genialnymi domowymi placami zabaw z drewna. Ale nie o nich dziś będzie – choć w jej filozofii życiowej i w założeniach autorskiej firmy jest wiele punktów wspólnych. Mamę trzech chłopców: bliźniaków Janka i Franka oraz najmłodszego Henia, podpytujemy o założenia edukacji leśnej i o wychowywanie dzieci blisko natury, o których opowiada z fascynacją. Sprawdzamy też, jakie ubrania i akcesoria będą przydatne w plenerze, przybliżając młodym odkrywcom całe dobrodziejstwo świata przyrody!

Twoi chłopcy są w leśnej edukacji – opowiedz, jakie są założenia tej szkoły i na czym polegają zajęcia?

Niemożliwe jest krótko i zwięźle opisać, czym jest leśne przedszkole. Zacznę od najważniejszego i najistotniejszego – jest to społeczność różnorodnych ludzi: dzieciaków i dorosłych, tutorów i rodziców, którzy wyznają podobne wartości, a główną z nich jest szacunek wobec natury i zdrowe podejście do rozwoju dziecka. Oczywiście edukacja leśna to przyswajanie wiedzy, potocznie mówiąc – nauka – i dla wielu rodziców mógłby to być najistotniejszy punkt. Dzieciaki uczą się przecież liczyć i pisać, wykonują mnóstwo prac technicznych i plastycznych, poznają nowe języki, uczą się przyrody, rozwijają zdolności motoryczne… Jednak według mnie jest to coś zdecydowanie ważniejszego. I tutaj zacytuję słowa jednego z tutorów – Emilię Twardowską, które głośno we mnie wybrzmiewają. Te słowa są maksymą, która przyświeca naszej społeczności:

„Nie ma sukcesu edukacyjnego bez relacji, bez bliskości. Bez bezpiecznego stada, plemienia, które wspólnie odkrywa świat”.

I zapewniam was – to nie są puste zdania, czuję to za każdym razem, przekraczając „wrota” (a w rzeczywistości niewielką furtkę) naszego leśnego przedszkola. Każde dziecko ma możliwość przywitać się z opiekunami na swój sposób – może to być mocny „przytulas”, uścisk dłoni albo wesołe zawołanie. Co więcej, każdy rodzic może zrobić to samo – i ja z tego korzystam, to jest cudowny początek dnia! Uwielbiam poranki w przedszkolu – tu nie ma rozstań, progów, które trzeba przekroczyć, drzwi, za którymi trzeba zostawić mamę czy tatę (albo z mojej perspektywy – zostawić dziecko w małej, megagłośnej i pstrokatej sali). Tutaj jest pozytywna energia, zew przygody i kolejne tajemnice przyrody do odkrycia – każdego dnia.

W naszym leśnym przedszkolu nie znajdziecie typowych podręczników, wystawki z identycznymi pracami plastycznymi, rytmiki, gimnastyki czy wielu innych zajęć, które powinny ściśle wypełniać grafik przedszkolaka. Czy się tym martwię, czy traktuję jako niedoskonałość tego miejsca? Wręcz przeciwnie! Każdego dnia nabieram przekonania, że las daje dzieciom to wszystko i wiele więcej. Skarby natury są czymś, czego dzieciom potrzeba. Nic nie zastąpi swobodnej zabawy w otoczeniu przyrody, ze śpiewem ptaków, szumem drzew i akompaniamentem spokojnego strumyka na końcu działki.

Dzieciaki wbijają gwoździe, planują konstrukcję szałasu, wykopują kamienie, sadzą rośliny, rozpalają ognisko, lepią pierogi, robią sok z kwiatów czarnego bzu czy miód z mniszka, chodzą na wyprawy, nasłuchują, wypatrują, obserwują. Równolegle do tego, co można by nazwać „tylko zabawą”, uczą się przyrody, pracują w grupach, rozwiązują konflikty, planują i wykonują ustalone wcześniej obowiązki. I tak właśnie, zupełnie niepostrzeżenie, wymieniłam społeczne, poznawcze i emocjonalne kompetencje, których nabierają moje dzieci dzięki leśnej edukacji – a wszystko w zgodzie z naturą, niespiesznie, w odpowiednim, naturalnym tempie.

To wszystko brzmi niesamowicie i trudno mi uwierzyć, że leśne przedszkola to wciąż nisza. Co was skłoniło do wyboru alternatywnej opcji zamiast klasycznej placówki?

Nasza przygoda z leśną edukacją rozpoczęła się po roku doświadczeń ze standardową placówką edukacyjną. Kiedy bliźniaki, Jaś i Franio, skończyli trzy lata, poszli do konwencjonalnego przedszkola, z grafikiem pełnym atrakcyjnych i z pewnością bardzo rozwojowych zajęć, kolorowymi salami, nowoczesnym placem zabaw. Początki nie były łatwe, ale mówiono nam, że to normalne, że dziecko popłacze, a później mu przejdzie. I tak robiliśmy, wbrew naszej cichej (wtedy) intuicji, w dobrej wierze, za głosem doświadczonej kadry pedagogicznej, dla dobra dzieci. Poranki były znienawidzone nie tylko przez nas, rodziców, ale też przez Janka i Franka. Były pełne stresu, napięcia, płaczu, te uczucia towarzyszyły całej naszej czwórce. To był też okres, gdy Michał jeszcze pracował na etacie, najmłodszy Henio był malutki, więc potrzebowaliśmy rozwiązania, które pozwoli nam funkcjonować. Z czasem przyzwyczailiśmy się do sytuacji, uznaliśmy to za normę i coś naturalnego, przez co musi przejść każdy. W końcu w ciągu dnia Jaś i Franio dobrze się bawili, zapominali o rozstaniu i na twarzach nie było już smutku ani łez. Mimo wszystko codziennie ścigaliśmy się z Michałem, aby jak najszybciej odebrać chłopców z przedszkola, bo ich radość była ogromna, gdy tylko nas widzieli. Głęboko czułam, że coś nie gra, ale… nie widziałam alternatywy. Chciałam rozwijać Good Wooda, Henio był malutki, Michał pracował.

W październiku Michał odszedł z pracy, szykowaliśmy się do okresu przedświątecznego w firmie. Równolegle zyskaliśmy trochę więcej czasu dla naszej rodziny. Jaś i Franio byli najszczęśliwsi, gdy robiliśmy im wagary czy odbieraliśmy ich z przedszkola tuż po obiedzie. Stawialiśmy na intensywny rozwój firmy, a jednocześnie nie mogliśmy przestać myśleć o stresie i napięciu, jakie nam towarzyszyło każdego dnia w związku z wyjściem do przedszkola. W końcu podjęliśmy decyzję – z punktu biznesowego bardzo nieracjonalną, z punktu emocjonalnego – jedyną słuszną. Zmieniamy przedszkole!

I tak trafiliście do Przedszkola leśnego w Borchówce?

Tak –  fundacja, która w naszej okolicy z powodzeniem prowadzi miejskie przedszkole i szkołę, ma pod opieką ponad setkę dzieci, a nadrzędnym jej celem jest to, by każde z nich mogło wyrażać siebie i rozwijać się świadomie – otworzyła przedszkole leśne. Szczęśliwie dla nas są jeszcze wolne miejsca. W listopadzie rozpoczęliśmy adaptację – my wszyscy, synowie i rodzice, powolutku, pod czujnym okiem tutorów, w bliskości, zrozumieniu, razem, wszyscy. Marzłam każdego dnia, spędzając czas z chłopcami u boku leśnej rodziny. W głowie pełno wątpliwości: o temperaturę, zdrowie, brak zajęć dodatkowych, brak podręczników, brak leżakowania. Jednocześnie dużo rozmawiamy, obserwujemy, konsultujemy decyzję z rodziną, psychologiem, rodzicami innych dzieci z leśnego przedszkola.

Ten proces trwa, a nam wszystkim jest coraz łatwiej, jest coraz przyjemniej, spokojniej. Franio i Jaś codziennie opowiadają o przygodach, które ich spotkały, o miejscach, które odkryli w trakcie wypraw, o tym jak powstaje śnieg, jak smakuje chleb z ogniska czy owsianka ugotowana w garnku nad płomieniem, o ptakach, które odleciały na zimę do ciepłych krajów i tych, które zostały z nami. Te przygody, opowieści i odkrycia, te ubrania pachnące ogniskiem, te brudne rączki i buzie, ten spokój i uśmiech zostały i są naszą codziennością. Teraz kombinujemy, żeby jak najpóźniej odebrać chłopców z przedszkola, a i tak zawsze słyszymy od nich – niezależnie od pogody – co tak wcześnie? Adaptacja Henia, który rozpoczął edukację leśną, nie mając jeszcze 3 lat, trwała dwa dni. On po prostu czuł, że jest częścią tego plemienia.

Chciałabym jednak, aby dokładnie wybrzmiało, że leśna edukacja nie jest zaprzeczeniem placówki konwencjonalnej. Tak jak w każdym przedszkolu, taki i tutaj realizowana jest podstawa programowa, a dzieciaki są przygotowywane do podjęcia nauki w szkole. Różnią się natomiast sposoby jej realizacji – oparte o przyrodę i zakotwiczone w naturalnym doświadczaniu świata.

Co cenisz najbardziej w tej formie edukacji? I co raduje w niej chłopców?

Człowiek jest częścią przyrody, choć coraz częściej oddala się od niej – każdy potrzebuje jej do prawidłowego rozwoju. Ten aspekt obcowania z naturą, wśród drzew i ptaków, dobrodziejstw lasu, w trakcie zmieniających się pór roku, to najważniejszy dla mnie walor. Jedynie przebywając na łonie natury, można ją odkryć, zrozumieć i nabrać odpowiedniego szacunku. Czym Matka Natura się nam odwdzięcza? Kontakt z przyrodą, według badań, ale też naszego doświadczenia, istotnie redukuje poziom stresu, poprawia nastrój, reguluje.

Moi synowie są obdarowywani zaufaniem i wolnością, ale funkcjonują w bardzo jasnych granicach, które dają im poczucie bezpieczeństwa. Te warunki zdecydowanie sprzyjają uczeniu się, rozwijaniu poczucia pewności siebie, samodzielności, jak również pracy w grupie, gdzie każdy jest równy i szanowany. To natomiast sprzyja rozwojowi komunikacji, mowy, nauki języków, bo nie każdy w grupie mówi po polsku. Codzienny ruch na świeżym powietrzu, naturalny, leśny plac zabaw, pozytywnie wpływają na rozwój motoryki dużej. Z kolei prace manualne, operowanie młotkiem czy kombinerkami, i ta naturalna sensoryka, mają wpływ na rozwój motoryki małej, a ta jest przecież kluczowa w nauce pisania i czytania.

Jest jeszcze jeden aspekt, o którym warto wspomnieć. Ja i Michał, obserwując jak rosną nasi synowie i czując potężny wpływ przyrody na ich rozwój, codziennie nabieramy przekonania, że jest to słuszna droga. To przekłada się również na nasz częstszy kontakt z naturą. Korzystają z niej wszyscy!

Właśnie, jesteście dziką rodziną – gdzie mieszkacie? Jak wygląda u was bliskość z naturą?

Ostatnio, będąc w parku i obserwując kaczki w stawie, ułożyliśmy piosenkę o nas: Nad rzeczką, w Bobiszowie*, mieszkają Godziszkowie. Lecz zamiast trzymać się rzeczki, robią piesze wycieczki. To jest doskonały opis naszej rodziny. Jesteśmy szczęściarzami. Mamy piękny ogród, a za płotem ogromne pola i łąki. Z okiem obserwujemy sarny, dziki, nasłuchujemy bażantów, podpatrujemy sroki, sikorki i wiele innych ptaków, które lepiej rozpoznają chłopcy niż ja. W naszym ogródku mamy mały warzywniak i tak żyjemy z dala od cywilizacji. Do lasu mamy 5 minut drogi.

Ja i Michał mamy taki zwyczaj – jeśli jest poważny temat i chcemy porozmawiać, to zakładamy odpowiednie buty i idziemy do lasu. Spacerujemy wśród drzew, rozmawiamy, obserwujemy naturę. Po takiej wędrówce temat mamy omówiony, do tego czujemy spokój i wewnętrzną siłę do dalszych działań. To zabawne, bo ostatnio na konferencji Montessori mieliśmy przyjemność słuchać wykładu neurodydaktyka, prof. Kaczmarzyka, który mówił o rozwoju człowieka – o kognitywnym poznawaniu świata i o tym, że nasze mózgi są wprost proporcjonalnie aktywne do tego, jak ruchliwi jesteśmy. Profesor powiedział jeśli chcesz powiedzieć mi coś ważnego, to zabierz mnie na spacer – to było dokładnie o nas.

Pięknie piszesz na Instagramie, że życie rodzinne nie składa się z wielkich spraw. Składa się z nie-wydarzeń. Jakie macie ukochane nie-wydarzenia? Zarażacie chłopców miłością do małych wielkich rzeczy?

Od zawsze organizujemy wycieczki, małe lub większe wypady na łono natury. Tak często spędzaliśmy czas, zanim jeszcze zostaliśmy rodzicami, tak robimy również teraz z trójką synów. Punktem na rodzinny wypad może być nasz las lub fajne miejsce w okolicy, nie potrzebujemy nic oprócz piękna natury i otaczającego nas świata. Oczywiście, zdarzają się nam również zaplanowane wyprawy – zawsze wybieramy naturę z dala od wielkich miast. Jeździmy na Mazury na żagle, na kemping nad polskie morze, w góry do schroniska. Jednak nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy wybrali się na krótką wycieczkę, spontaniczny wypad do pobliskiego parku krajobrazowego. Uwielbiam przygotowywać odpowiednie przekąski na takie rodzinne wyprawy – pikniki to nasza specjalność i rodzinna forma spędzania bliskościowego, wartościowego czasu razem. Często robimy je też w ogrodzie, gdzie szczególnie w sezonie letnim, wpadają znajomi oraz gromadka dzieci z okolicy. Te niezaplanowane, spontaniczne biesiadowanie to nasze ukochane nie-wydarzenia. Ostatnio pojechaliśmy nad malutkie, krystalicznie czyste jeziorko, 20 minut drogi od domu. Ja popływałam, bo pływanie to moja pasja. Ta aktywność mnie uspokaja, pozwala poukładać myśli i jest dawką dobrego sportu. Michał w tym czasie był z chłopcami i wspólnie łowili ryby. Wędkarstwo to hobby Michała i sprawia mu ogromną radość, gdy chłopaki chcą go naśladować. Ostatnio w prezencie dostali od niego własne wędki.

Od samego początku staramy się dzieciom pokazywać nasze pasje, tłumaczyć, że każdy ma prawo mieć własne zainteresowania oraz że warto je pielęgnować i rozwijać. Siłą rzeczy chłopcy spędzają czas aktywnie, na łonie natury, bo my tak robimy. Pokazujemy im, że czasem wystarczy ogród obok domu czy las w okolicy, aby przeżyć wielką przygodę, nauczyć się budowy liścia czy zrobić karmnik dla ptaków. To są te małe wielkie rzeczy, które wplatamy w naszą codzienność. Czy nasi synowie potrafią to docenić? Wprost o tym nie mówią, jest to dla nich bardzo naturalne i oczywiste. Jednak my czujemy, że taka forma spędzania czasu nam wszystkim sprzyja, wzmacnia więzi, a każde nie-wydarzenie może przerodzić się w niezwykłe przeżycie.

Wakacje to czas dla zmysłów. Jakie masz patenty na sensoryczne lato dla dzieci?

Uwielbiam tworzyć, a przyroda jest źródłem kreatywności i wyobraźni. W końcu wiele rozwiązań technicznych ma swoje inspiracje właśnie w tym, jak natura projektuje i tworzy świat. Dla mnie każda okazja jest dobra, aby tworzyć coś z chłopcami – najczęściej są to skarby przyrody, które później wykorzystujemy w naszych pracach. To może być patyk, kamień, szyszka, piórko, ale też kawałek sieci znaleziony na plaży w Chałupach czy stary pływak od sieci rybackiej z Mazur. Robimy z tego łapacze snów, naturalne rzeźby, zaczarowane kije, latawce, ale również przedmioty użytkowe np. karmniki dla ptaków. Gdy dzieło jest skończone, to zazwyczaj zdobi nasz dom czy ogród. Lato to również czas zapachów. Ta pora roku pachnie cudownie: owocowym koktajlem, kwiatem akacji, koszoną trawą… wystarczy tylko na chwilę się zatrzymać i powąchać. Wakacje to nowe smaki, ostatnio zajadaliśmy się miodem prosto z plastra, poznaliśmy też strukturę i konsystencję tego plastra i pszczelego wosku, zajadamy leśne owoce zerwane prosto z krzaka, pijemy domową lemoniadę. Kolejną zaletą lata jest możliwość biegania boso! Ścieżką sensoryczną staje się wszystko, polna ścieżka, trawnik, plaża. Rozwój dziecka to nie wyścig – to przygoda, to bycie tu i teraz i podążanie za naturalnymi potrzebami i zainteresowaniami dziecka. I ta maksyma przyświeca nam przy każdej okazji.

Powiedz jeszcze, co przyda się do eksplorowania przyrody i bycia w niej rodzinnie? Macie sprawdzone niezbędniki?

Przede wszystkim wygoda. Wybieramy wygodne ubrania, nieograniczające swobody ruchów, oddychające i takie, które zapewniają nam odpowiednią termikę. Podstawą są też komfortowe buty dostosowane do terenu i pory roku. Drugi aspekt to bezpieczeństwo: odpowiednia ochrona przed słońcem, ale też przed komarami i kleszczami. Tutaj oprócz odpowiednich ubrań i czapki mam na myśli kremy z filtrem i bezpieczne, sprawdzone i skuteczne kosmetyki odstraszające owady. Jeśli natomiast chodzi o akcesoria, to mamy jeden koc piknikowy, który zabieramy zawsze ze sobą. On towarzyszy nam już kilka ładnych sezonów. Każdy z nas ma też wygodny plecak, do którego zabieramy bidony z wodą, termosy i pojemniki z jedzeniem. Ja wybieram akcesoria, które są bezpieczne, czyli z odpowiednich materiałów i trwałe, przez co posłużą nam na lata. Im jestem starsza, tym bardziej dokonuje świadomych wyborów. Zwracam uwagę na bezpieczeństwo materiałów, funkcjonalność i jakość produktów. Myślę również o tym, żeby dana rzecz posłużyła nam jak najdłużej. Od długiego czasu staramy się ograniczać, a gdzie to możliwe eliminować opakowania jednorazowe – w ten sposób dbamy o środowisko.

Gdybyś zapytała chłopców, to oni powiedzą, że na każdą wyprawę należy zabrać również metalowe pudełko. Może nim być puszka po herbacie na skarby natury: piórko, skorupkę ptasiego jajka, ususzoną ważkę, woskowy plaster z gniazda os. Dzieciaki zabierają też linę, bo nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać oraz bezpieczny, stworzony dla dzieci nóż – to może kontrowersyjne, jednak nasi synowie wiedzą, jak się nim posługiwać, i wiedzą, że mogą to robić jedynie w obecności dorosłego opiekuna.

Co powiedziałabyś rodzicom, którzy obawiają się kiepskiej pogody podczas aktywności pod gołym niebem albo nie mają pomysłów na zabawy w plenerze?

Nasz (społeczeństwa) stosunek do przyrody to zmiana, która dzieje się tu i teraz, i jest w mojej ocenie bardzo niepokojąca. Jeszcze niedawno wakacje w namiocie czy domku letniskowym to była największa przygoda i coś, na co czekało się cały rok. Obecnie prym wiodą modernistyczne hotele z klimatyzacją, minimum trzema basenami, wewnętrzną siłownią i obowiązkowo wewnętrzną salą zabaw. Kiedyś atrakcyjną aktywnością dla dzieci były zajęcia sportowe, gry terenowe czy po prostu wycieczki. Dziś jesteśmy zasypywani ofertą zajęć online, kursów programowania. Dzisiaj kontakt z naturą to luksus. Richard Louv – dziennikarz, autor książek o tematyce rodzinnej i przyrodniczej, twórca pojęcia „zespół deficytu natury” pisze w swojej książce „Ostatnie dziecko lasu” tak: (…) w miarę jak młodzi ludzie coraz mniej czasu spędzają w otoczeniu przyrody, ich zmysły ulegają fizjologicznemu i psychologicznemu ograniczeniu, a to zmniejsza bogactwo ludzkiego doświadczenia.

Warto zaznaczyć, że jest coraz więcej badań wskazujących na bezpośredni i niezaprzeczalnie pozytywny wpływ przyrody na nasze zdrowie. Kontakt z naturą poprawia stan zdrowia – i dotyczy to każdego jego aspektu: zdrowia fizycznego, psychicznego oraz duchowego. My, ludzie jesteśmy częścią przyrody i kontakt z nią jest niezbędny nam do prawidłowego, niezaburzonego funkcjonowania. Co do warunków atmosferycznych, to nie ma złej pogody, tylko są nieodpowiednio dobrane ubrania. Obecnie na rynku są ubrania dedykowane każdej pogodzie, więc wystarczy jedynie trochę wysiłku, aby odpowiednio się przygotować.

Nawiązując do zabaw w plenerze – Matka Natura daje nam ogrom możliwości. Możemy wybierać pośród zabaw motorycznych: wspinanie się na górkę, skakanie po pieńkach drzew, ćwiczenie równowagi na powalonym drzewie. Ponadto możemy wybrać zabawy sensoryczne: przesypywanie piasku, plecenie wianka, odkrywanie zapachów. Możemy zabawić się w detektywów czy przyrodników i odkrywać tajniki drzew i ptaków. To są wspaniałe zabawy poznawcze. Jeśli to wszystko to mało, wybierzmy się na leśny koncert i wsłuchajmy się w symfonie roślin i zwierząt. Uspokójmy oddech, dostosujmy się do rytmu otoczenia, wsłuchajmy w naturę. Lista zabaw i pomysłów, jakie daje nam otaczająca natura, jest nieskończenie długa i nieskończenie różnorodna.

DESZCZ NAM NIEGROŹNY Z NUURO

Chyba nie musimy wam przypominać, że nie ma złej pogody, są tylko… No właśnie – porządne funkcjonalne ubrania odczarują każde chłody i opady. Na deszcze i wiatry poleca się dwuczęściowy kombinezon nuuroo. Uszyte z recyklingowanego, wytrzymałego poliestru spodnie i kurtka z gumy ze współczynnikiem wodoodporności 8.000 mm, co oznacza gwarancję nieprzemakania podczas intensywnej i długotrwałej ulewy. Ubrania wzmacniają też klejone szwy – szczelność przed wodą to pewniak! Stopy chronią ukochane przez maluchy kalosze – Animal Black od nuuroo, które zrobiono z naturalnej gumy, a w środku wyłożono miękką bawełnianą wyściółką. Do tego na cholewkach mają sympatyczne myszy.

Po bieganiu w deszczu i zaliczaniu kałuż trzeba się też nawodnić – od środka! Na wodę albo chłodne i ciepłe napoje polecają się butelki termiczne nuuroo z najlepszej na rynku stali nierdzewnej. Pojemne bidony mają silikonowe ustniki do picia i wygodny uchwyt przy zakrętce. A do tego uśmiechają się oczami koali – do wyboru w wersji czarnej, granatowej i karmelowej.

TICKLESS – ŻEGNAJ, KLESZCZU!

W przyrodzie fascynujące są wszystkie żyjątka, no – może z wyjątkiem kleszczy, które skutecznie uprzykrzają wyprawy plenerowe. Mamy patent na to, by odpędzić je zanim dotrą na naszą skórę. TickLess to maleńkie urządzenie o wielkiej mocy – emituje impulsy ultradźwiękowe o częstotliwości 40 kHz, które blokują narząd Hallera (to dzięki niemu kleszcz namierza swoją „ofiarę”). Impulsy dezorientują tego natrętnego pajęczaka, a przy okazji także pchły, za to są zupełnie bezpieczne dla ludzi i zwierzaków.

TickLess jest całkowicie nieszkodliwy, nie ma żadnych substancji chemicznych i może być wykorzystywany także w otoczeniu niemowlaków. Umieszcza się go w pobliżu dziecka, np. przypiąć do plecaka czy wózka – i to tyle. Wystarczy go raz włączyć i nie trzeba już wyłączać – to sprytne urządzenie jest aktywne przez 6 do 12 miesięcy i działa na kleszcze w promieniu ok. 1,5 metra. O ile przyjemniejsze będą z nim rodzinne działania terenowe!

KINO PLENEROWE Z YELLOWWALL

Oswajanie przyrody i empatię wobec niej wzmacniają także mądre bajki i opowieści dla małych odkrywców świata. A gdyby tak zrobić sobie animowane kino w plenerze? YellowWall to uśmiechnięty (dosłownie!) projektor, dzięki któremu na ścianie wyświetlicie Multibajki – łagodne ilustrowane historyjki ze specjalnie opracowanym podkładem dźwiękowym. Maluch może obejrzeć bajkę samodzielnie, jej treść do samego obrazu może czytać rodzic albo dziecko może czytać ją samo, trenując tę cenną umiejętność. Świetnym pomysłem jest też zapis opowiadania w formie sylabowej, co znacznie usprawnia technikę czytania, ale też wpływa na rozumienie czytanego tekstu – mówi Maja Szwanka, neuroterapeutka i neurologopedka.

I tak dzieciaki rozwijają wyobraźnię, pobudzają zmysły, uczą się a przy tym świetnie się bawią! Synkowie Magdy oglądają Multibajki: Przyjaciele z dżungli. Cz. 1 Balu, Z głową w chmurach, Na ratunek małej foce, Bardzo ważne zadanie a do pobrania jest jeszcze wiele więcej.

Okiem mamy: Jesteśmy dziwną rodziną, bo nie mamy w domu telewizora. Bajki, jakie oglądają nasze dzieci, są przez nas starannie selekcjonowane. Mnie przy wyborze bajki przyświeca pytanie – czy ona nauczy czegoś moje dzieci? Jednak ten rzutnik jest odpowiedzią na jeszcze jedną naszą potrzebę. Idealnie sprawdzi się w trakcie podroży – tych małych i dużych. Projektor to zdecydowanie wartościowe rozwiązanie na wieczór, po dniu pełnym wrażeń.

RUSZAMY W PLENER Z LASSIG

To jasne, że jedzenie pod chmurką smakuje najlepiej! Wyruszając na wycieczkę w zielone, spakujcie przekąski do śniadaniówki, a wodę i ulubioną domową lemoniadę zamknijcie w szczelnym bidonie. Tu polecają się lekkie przyrodnicze zestawy Lassig, w składzie: lunchbox zamykany na klips i tritanowa butelka o pojemności 460 ml z uroczym zwierzakiem z serii About Friends – szopem, liskiem i lwem. Butelkę wykonano z Tritanu™ – nowoczesnego tworzywa wolnego od BPA – i wyposażono w zamykaną na klik nakrętkę z wygodnym ustnikiem i antypoślizgowym paskiem silikonu, który ułatwia jej odkręcanie.

Ci sami sympatyczni przedstawiciele fauny – szop, lis i lew, widnieją też na lekkich plecakach w wersji mini – zgrabne torby nadadzą się dla podróżników już od 2. roku życia. Spora komora główna plecaczka jest zapinana na suwak, a wewnątrz ma zmyślną kieszeń na butelkę oraz etykietkę z wizytówką – możecie na niej zapisać swój numer telefonu.

Okiem mamy: Produkty Lassig to odpowiedź na moje potrzeby. Są wykonane z bezpiecznych materiałów, większość z nich można myć w zmywarce, co również ma istotne znaczenie przy trójce dzieci. Oprócz designu w marce podoba mi się ich filozofia – zwyczajne, rodzinne życie wsparte jakością i dbałością o środowisko.

MIAPKA – KURTKA Z PATENTEM!

Sa takie ubrania, które przydadzą się w plenerze niemal przez cały rok. Ta sprytna kurtka do takich należy – jest wodoodporna, wiatroszczelna, szybkoschnąca i oddychająca, dzięki 3-warstwowemu materiałowi softshell z membraną. Polska marka Miapka ma też świetny patent stosowany w kurtkach – to element kroczny, czyli dolna część ubrania, którą można regulować albo całkowicie odpiąć. Dzięki niemu plecy malucha nie są odsłonięte, a kurtka pozostaje na właściwym miejscu – nawet podczas intensywnych wygibasów w plenerze!

Ta wytrzymała kurteczka zniesie dużo więcej niż lekki deszcz w czasie zabawy, a do tego ma wysoką paroprzepuszczalność – oznacza to, że para wodna przenika przez warstwy materiału, zmniejszając wilgotność małego ciała pod ubraniem. A dobrze wiemy, jak aktywna zabawa generuje przegrzanie. W temacie patentów – kurtka Miapka ma niezbędny kaptur i świetny kolor – intensywny pomarańcz będzie dobrze widoczny w lesie czy podczas mgły. A w środku kryje się niespodzianka – nadruk z ilustrowanymi zimorodkami. W sam raz dla odkrywców skarbów Matki Natury.

Okiem mamy: Jak wspominałam – nie ma złej pogody, należy po prostu wybrać odpowiednie ubrania. Miapka to właśnie coś dla każdego leśnego przedszkolaka. Ochrona przed wiatrem i deszczem, oddychające materiały i wygoda. To jest kurtka, którą Henio pokochał od pierwszego założenia.

SOLIDNE (I WYGODNE) BUTY Z BIBALU

Dobrze obute stopy to kluczowe narzędzia małych odkrywców planety Ziemia. Jakie powinny być idealne buty dla dziecka? Porządnie wykonane, lekkie i dopasowane do stopy – marka Bibalu ujmuje to jako „barefoot”. To termin nawiązujący do bosej stopy, czyli taki model bucika, który daje totalną swobodę, a przy tym chroni. W modelach Froddo, w których synkowie Magdy eksplorują leśne przedszkole, zastosowano takie patenty jak: elastyczna podeszwa, niewyprofilowana wkładka, anatomiczny kształt czubka (czyli nieco rozszerzony, aby palce miały przestrzeń) i pięta w płaszczyźnie z palcami. Prostym, acz sprytnym zabiegiem jest naciągnięcie gumy z podeszwy na sam czubek buta, dzięki czemu zabezpieczamy go przed ścieraniem i przemoczeniem – a to kluczowe w dzieciństwie unplugged! Do tego buciki Bibalu mają stylowa formę – chłopcy noszą modele Froddo: lekką parę z nadrukiem samolotów, skórzane sznurowane półbuty i karmelowe buty zapinane na rzep.

STYLOWA OCHRONA PRZED SŁOŃCEM Z OKULOZAUREM

Uwielbiamy promienie słoneczne, ale łapiemy je rozsądnie – dlatego już przy pierwszym wiosennym słońcu oswajamy maluchy z noszeniem okularów przeciwsłonecznych. Lato to apogeum emisji promieni UV, co oznacza, że solidna para oksów z filtrem to must have w plenerze. Po solidnie wykonane i wytrzymałe okulary dla dzieci zaglądamy do sklepu Okulozaur. Modele dziecięce zapewniają 100% ochronę przed promieniowaniem UV: UVA, UVB i UVC (UV 400), a do tego mają klasę optyczną 1, czyli najwyższą (nie zniekształcają obrazu).

Chłopcy chronią oczy, a przy tym zadają szyku, w modelach o uroczej nazwie Babiators z polaryzacją: tych z czarnymi oprawkami i szkiełkami blue series o nazwie The Agent, dla agentów specjalnych, wiadomo oraz turkusowych Keyhole The Sun Seeker, czyli w sam raz dla poszukiwaczy przygód.

Bibalu dba o Małych Aviatorów – dzięki gwarancji Lost & Found zgubione w ciągu roku okulary Babiators zostaną zastąpione nową parą.

Okiem mamy: W końcu bez wyrzutów sumienia przekazuję synom bezpieczne okulary. Świadomie wybrałam te z polaryzacją, zaprojektowane z myślą o dzieciach. Są one zdrowe, więc mam pewność, że nie zaszkodzę i nie zniszczę wzroku moich dzieci. Dodatkowo design i lustrzane szkła nadają tym okularom detektywistyczny charakter – Janek, Franek i Henio z przyjemnością zamienili się w leśnych agentów.

PANDA WANDA – KREM Z NATURALNYMI FILTRAMI

Podążając dalej tropem bezpiecznej przyjaźni ze słońcem, pakujemy w plener krem ochronny. Ten dwukolorowy sztyft przeciwsłoneczny marki Lekker znajdziecie w jednym z naszych ulubionych ekosklepów Pandzie Wandzie. Za co go lubimy? Jest naturalny, bo zawiera tlenek cynku i dwutlenek tytanu – to mocny duet naturalnych filtrów UV, które chronią skórę przed promieniami UVA i UVB. Jest wodoodporny, więc wszelkie wodne zabawy nie przeszkodzą mu w działaniu. Nie zostawia śladów na skórze zamiast tego mile ją nawilża i odżywia. A do tego wszystkiego jest wegański, pachnie delikatnie aloesem i ma piękne papierowe opakowanie, które nadaje się do recyklingu. Sami widzicie, że ten krem przeciwsłoneczny nie ma sobie równych!

PS Pamiętajcie, by nakładać krem z filtrem co 2-3 godziny.

Okiem mamy: W związku z naszym stylem spędzania wolnego czasu oraz z leśną edukacją krem z filtrem to u nas produkt pierwszej potrzeby. Serio! Wybieram te z jak największą ilością naturalnych składników i takie, które nie podrażnią wrażliwej skóry dzieci.

Ręka w górę, kto z was ma dzieci w leśnym przedszkolu? Podzielcie się wrażeniami w komentarzach!

Materiał powstał we współpracy z markami i sklepami: Bibalu, Miapka, TickLess, Panda Wanda, Okulozaur, Lassig, bbtb i YellowWall.

 

Dziękujemy za możliwość zrealizowania sesji fundacji Dmuchawiec.

Dodaj komentarz