Rozmowa z ilustratorką Ainą Bestard

O babci Finie, pointylizmie i olśnieniu sztuką

Dla Ainy Bestard, hiszpańskiej ilustratorki, rysunek jest formą komunikacji ze światem, niedoskonałą, ale czułą i pojemną. Może być informacją, manifestacją zachwytu, miłości albo wsparcia. Podobnie jak bycie obok i czuwanie by marzenie z dzieciństwa miało szansę się ziścić.

Tym właśnie zajmowała się babcia Ainy Bestard, mistrzyni cichutkiego wspierania, która pomogła Ainie ukończyć jej ostatnią książkę zatytułowaną ,,Narodziny”. Pełno w niej wiedzy o tym, jak zwierzęta dobierają się w pary, jak ich młode przychodzą na świat i sobie w nim radzą. Czy szukając swego miejsca w świecie działają w pojedynkę, czy skupiają wokół siebie całe stado, jednego czy dwoje rodziców? Dowiedzcie się jak się sprawy mają u kangura rudego, pingwina cesarskiego, konika morskiego i płetwala błękitnego, ale zanim sięgnięcie po książkę, przeczytajcie poruszającą rozmowę z ilustratorką.

*

Na początku chciałam cię zapytać o babcię. To jej zadedykowałaś swoją najnowszą książkę ,,Narodziny”. Napisałaś: ,,Dla Babci Finy, która dbała o mnie, kiedy byłam dzieckiem i wspierała mnie, kiedy stałam się dorosła”.

Moja babcia zmarła w zeszłym roku. Była dla mnie bardzo ważną osobą, zawsze spędzałyśmy mnóstwo czasu razem, a nasza miłość była największa na świecie. Moment pisania ,,Narodzin” zbiegł się w czasie z jej odchodzeniem. Bardzo mi pomagała przy jej tworzeniu i opiekowała się mną jak najczulsza z matek. Nie mogłam zadedykować jej nikomu innemu. Dziadkowie to bardzo ważni towarzysze dla wnuków, a często ich rola jest niedoceniana i oni sami spychani na dalszy plan. Ta dedykacja miała wyrazić jak ważna była dla mnie relacja z babcią.

Gdzie obecnie mieszkasz? Jak wygląda twoje miejsce do pracy?

Mieszkam w Barcelonie, dopiero co przeprowadziłam się do nowego mieszkania i tworzę powoli swoje studio. W tej chwili panuje tam spory chaos, ale ja nie mam wielkich potrzeb. Najważniejsze żeby znalazł się w nim duży stół do rysowania.

Jak było z tym rysowaniem? Zawsze czułaś, że to właściwa droga?

To chyba tak nie działa. Do niedawna pracowałam dla wielkich korporacji, aż pewnego dnia pomyślałam, że zacznę robić swoje rzeczy i będzie to inna forma tego, co robiłam do tej pory. Nie myśl, że to była łatwa decyzja, do dziś jest we mnie wiele niepewności jeśli chodzi o wartość mojej pracy, ale staram się z całych sił.

Gdzie uczyłaś się rysunku?

Rysuję od maleńkości. W moim rodzinnym domu prawie wszyscy zajmowali się czymś, co miało bliższy lub dalszy związek z rysowaniem. Mój styl bardzo się zmienił przez lata, wiele się nauczyłam i stale rozwijałam swoją technikę. Epoka Renesansu zawsze bardzo mocno mnie inspirowała, przekaz sztuki tamtego okresu jest niebywale sugestywny. Rysując unikam przesady i wyznaję prostotę – szkicuję ołówkiem lub piórem technicznym Rotringa.

Jak określiłabyś swój obecny, wypracowany styl?

W ostatnich latach, kiedy powstawały kolejne części serii ,,Co kryje…”, skoncentrowałam się na rozwijaniu wątków, detalach i mój styl zbliżył się mocno do pointylizmu.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Co najbardziej lubisz w swojej pracy? Co cię nakręca?

Uwielbiam pierwszą myśl i jej rejestrowanie na papierze, a potem budowanie pierwszych modeli dla mojego wydawcy, żeby przestawić koncept bardziej obrazowo i zrozumiale. To jest najprzyjemniejsze, najświeższe, najbardziej ekscytujące kiedy popełniasz błędy, poprawiasz je, adrenalina zwyżkuje. Podobnie to postrzegam z biznesowego punktu widzenia – ta część procesu, kiedy wszystko się waży, robisz testy i na ich podstawie formułujesz ostateczną wizję. Jako że pracuję w obu tych sferach: twórczej i biznesowej – moje ulubione etapy pracy nad książką są takie same.

A co jest najsłabsze?

Szczerze? Nic. Mam wielkie szczęście, bo robię to co najbardziej lubię.

Bardzo dyplomatycznie. Powiedz proszę, jaką płacisz cenę za ten dobrostan.

Jeśli już naprawdę miałabym marudzić powiedziałabym, że najgorszą częścią pracy ilustratora jest samotność.

,,Narodziny” to książka wielkiej urody, ale wyobrażam sobie, że jej wyprodukowanie musiało nastręczać trudności. Jest taka delikatna. 

Samo obrazowanie procesu narodzin działo się naturalnie. Bardzo mi zależało na kolorze i pracy na papierze roślinnym, co spowodowało pewne komplikacje na etapie drukowania. Zastanawiałam się, czy obstając przy swoim nie działam na szkodę projektu, czy za bardzo nie opóźniam realizacji, ale ostatecznie udało się stworzyć książkę, z której jestem w pełni zadowolona.

Z twojego Facebooka i Instagrama wynika, że jesteś prawdziwie zatroskana o kondycję naszej planety. Powiedz co czujesz, kiedy dowiadujesz się o kolejnej katastrofie ekologicznej? Jesteś zła, zrezygnowana, wystraszona?

Wystraszona po koniuszki palców. Z lękiem myślę o zmianach klimatycznych i ich konsekwencjach dla zwierząt, lasów, roślin i ludzi. Chyba nie zdajemy sobie sprawy z powagi sytuacji. Zamiast bagatelizować problem, powinniśmy apelować do polityków i wymagać planu oraz konkretnych działań. Nie ma nic ważniejszego niż zdrowie naszej planety.

 

Wiem, że często prowadzisz warsztaty dla dzieci, zdarzało ci się też pracować z małymi uchodźcami.

Dwa lata temu brałam udział w projekcie Open Cultural Center. Wspólnie tworzyliśmy dokument o prawie do nauki, o które walczą dzieci z obozu dla uchodźców w Grecji. Rozmawialiśmy dużo z dziećmi o tym, co przeszły, rysowaliśmy je i na podstawie tych materiałów stworzyliśmy animację. Bardzo intensywnie to przeżyłam. To bardzo ważne by dawać głos tym dzieciom, umożliwiać im wyrażanie własnych tęsknot i potrzeb, a nie mówienie za nich. Chciałabym częściej pracować w ten sposób, wtedy wszystko wydaje się mieć sens. Powinniśmy częściej i z większym zaangażowaniem nieść pomoc innym, bez tego podstawowego odruchu wszyscy będziemy zgubieni.

Pamiętasz kim chciałaś zostać gdy dorośniesz?

Nigdy nie byłam tym typem dziecka, które od razu wie co chce robić w życiu. Pamiętam za to pierwszy moment, w którym sztuka dotknęła mnie do żywego. To było w Galerii Uffizi we Florencji, miałam wtedy 12 lat. Gdy przekroczyłam wejście do sali, w której wisiał obraz ,,Narodziny Wenus” Botticellego, zamarłam. Poczułam jak piękno tego płótna pieści moje oczy, stałam tam jak sparaliżowana. To był ten przełomowy moment, w którym coś się we mnie otworzyło i poczułam, że mogłabym być częścią artystycznego świata.

Dziękuję za rozmowę.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.