Matka Amerykanka

Rozmowa z Callie Lipkin

Bycie mamą trójki maluchów wymaga siły charakteru. I niekoniecznie chodzi o wytrwałość w karmieniu czy nieskończoną cierpliwość. Macierzyńskim wyzwaniem fotografki Callie Lipkin było przejęcie roli osoby utrzymującej rodzinę, bo w domu z dziećmi został tata.

Choć Callie Lipkin typową mamą bywa tylko czasami, umie skupić się na szczegółach, wychwycić abstrakcyjną poezję schowaną za trudami opieki nad dziećmi. Fotografuje matki karmiące w nocy, mimowolnie spoglądające w ekran komórki. Matki które zasypiają na kanapie, matki zajęte, wykonujące wiele czynności na raz. Skrajne emocje związane z macierzyństwem alegorycznie pokazała w cyklu Mom Time Series. Można pomyśleć, że to dzieło kogoś, kto spędza całe dnie w świecie pampersów. Zwłaszcza sądząc po Instagramowym profilu fotografki, gdzie dzieci to temat numer jeden. Ale Callie Lipkin zaraz po urodzeniu synów wróciła na plan zdjęciowy, do podróży i zleceń na całym świecie. Dziećmi zajmował się mąż.  Na co dzień jest wziętą fotografką reklamową, pracuje dla dużych koncernów takich jak Kleenex, McDonald czy Whirpool. Sama utrzymuje rodzinę, co dla artystki mieszkającej w USA stanowi nie lada wyzwanie. Pasja i powołanie każą Callie realizować także projekty osobiste, takie jak właśnie Mom Time Series . Pytania o powstanie projektu okazały się punktem wyjścia do rozmowy o utartych kulturowo rolach rodziców i kosztach, jakie ponosi kobieta, chcąca pracować mając dzieci.

Czym różni się twój najnowszy projekt „Mom Time Series” od poprzedniego, opowiadającego o relacji ojca z dziećmi? 

Myślę, że w projekcie Dad Time Series, byłam obserwatorem oddalonym na bezpieczną odległość, w sensie od tematu moich fotografii. W przypadku projektu Mom Time mogłam potraktować sprawę bardziej od środka, sportretować sceny z mojego własnego życia. To był projekt, w którym czułam dużą potrzebę wyrażenia swoich doświadczeń. Chciałam stworzyć z jednej strony nowe dzieło, ale też chciałam by moja praca wyraziła to przez co przechodziłam jako mama, zwłaszcza niektóre momenty.

Ale gdy urodziły się dzieci, ty głównie pracowałaś, a maluchami całymi dniami zajmował się twój mąż. Nie żałujesz takiego układu?

Tak jak wszyscy rodzice, oboje z mężem musimy ponosić ogromne wyrzeczenia. Dzięki temu, że on w ciągu dnia jest z dziećmi, realizowanie mojej pracy jest w ogóle możliwe. Myślę raczej, że wspaniale, że chłopcy są z tatą i że nie musimy mieć dodatkowego stresu związanego z szukaniem i finansowaniem opieki dla nich.

Po latach takiego funkcjonowania rodziny stworzyłaś opowieść o byciu mamą, która sprawia mimo wszystko wrażenie, jakby autorem był ktoś bardzo doświadczony macierzyństwem, i przez macierzyństwo.

Mój mąż nadal ogarnia dzieci w ciągu dnia – wozi je do szkoły, dba by wszyscy byli najedzeni, zajmuje się typowymi wyzwaniami, które wiążą się z posiadaniem trzech małych chłopców. Ale ja włączam w sobie tryb mama, gdy tylko wychodzę z pracy. Czasem nawet zanim z niej wyjdę. Mój mąż robi bardzo wiele dla dzieci, więc zależy mi by tak wszystko zorganizować, by na przykład w weekendy chłopcy byli tylko ze mną, a on mógł w tym czasie odpocząć.

Czyli to była świadoma decyzja, nie przypadek, że ty poszłaś do pracy a mąż został w domu z chłopcami?

Szczerze mówiąc, to był nasz plan od początku. Mój mąż w czasach przed dziećmi pracował ze mną w branży fotograficznej. Gdybym zrezygnowała z pracy, oboje bylibyśmy bezrobotni. Można więc powiedzieć, że chodziło mi o kwestie kreatywnego spełnienia, ale też po prostu o finansowe utrzymanie rodziny.

Czy uważasz się za szczęściarę, że masz takiego wspierającego męża?

Jasne, jestem absolutną szczęściarą. Swoją drogą, przez ostatnie 20 lat z zainteresowaniem obserwowałam jak różnie postrzegani są mężczyźni i kobiety w pracy, i poza pracą. Moje doświadczenie osoby, która utrzymuje rodzinę rezygnując z bycia pierwszoplanowym rodzicem spowodowało, że jeszcze bardziej przyjrzałam się całemu zjawisku. Przez wiele pokoleń to mężczyźni realizowali się podążając za swoim twórczym powołaniem, podczas gdy ich żony były tymi wspierającymi, zakulisowo zajmując się wszystkim innym. Teraz to to ja robię dokładnie to, co dawniej było przypisane mężczyznom, a mąż mi pomaga. Zauważ, że w przypadku tradycyjnych ról dla każdej z płci, w ogóle nikt nie podnosi kwestii bycia szczęściarzem, z powodu posiadania wspierającego małżonka.

Skoro poszłaś szybko do pracy po urodzeniu dzieci, to co z karmieniem piersią? Patrząc na twoje fotografie odnoszę wrażenie, że karmienie naturalne jest dla ciebie istotnym aspektem macierzyństwa. Jak sobie poradziłaś?

Tak, karmienie piersią jest dla mnie bardzo ważne. To było niesamowicie trudne i w pewnym sensie traumatyczne doświadczenie. Każdy z moich synów był inny. Jednego karmiło się bardzo łatwo, ale odmawiał butelki. To oczywiście mocno utrudniło moje wychodzenie do pracy mężowi. Pozostali dwaj synowie stanowili wyzwanie w karmieniu piersią na innych polach. Niestety doświadczyłam przykrego osądzania ze strony innych kobiet, komentowano, że wracam do pracy tak szybko. Inne matki mówiły mi, że nigdy nie dam rady wykarmić dzieci pracując. I szczerze mówiąc, miały rację. Komercyjnej fotografce, stale podróżującej i pracującej całymi dniami po prostu nie jest pisane udane karmienie dzieci piersią. Dałam radę karmić średnio przez 3-4 miesiące każdego z synów. Nie żałuję, bo moje dzieci są ze mną bardzo głęboko zżyte i mamy świetne relacje. Ostatecznie możliwość zapewnienia moim dzieciom utrzymania wzięła we mnie górę nad sprostaniem współczesnym wymogom karmienia piersią. To okazało się dla mnie po prostu nieosiągalne.

Masz troje dzieci. Czy planowałaś dużą rodzinę od zawsze?

Jestem najmłodsza z trójki rodzeństwa, więc opieka nad maluchami chyba nigdy mnie nie interesowała. Jako dwudziestoparolatka prowadziłam aktywne życie, przemieszczałam się po Stanach i po świecie. Lubiłam mieć kontrolę nad swoim czasem, więc zawsze wydawało mi się, że posiadanie dzieci byłoby trudne. Ostatecznie jednak doszliśmy z mężem do wniosku, że jakaś ważna część życia nam przepadnie, że czegoś będzie brakować, jeśli nie zostaniemy rodzicami. Urodziłam pierwszego syna w wieku 35 lat i to naprawdę zmieniło moje postrzeganie rodzicielstwa. Kiedyś wydawało mi się, że bycie mamą to tylko ciężka praca i poświęcenie. Moje dzieci nauczyły mnie jednak tak wiele i wniosły tak niewyobrażalną ilość miłości i radości do mojego życia, że nie wiem co bym zrobiła gdybym pozostała bezdzietna.

Co oprócz dzieci i rodziny wpływa na twoją pracę? Jakie masz wizualne inspiracje?

Podziwiam wielu artystów, chyba zbyt wielu by ich teraz wymienić. Moje wczesne inspiracje to dokumentaliści, fotograficy jacy jak Sebastião Salgado czy Mary Ellen Mark. Teraz wciąż stykam się z nową twórczością, którą podziwiam, ale najbardziej wpływ na moją pracę osobistą mają zjawiska z mojego życia. Podróże, a także inne media takie jak filmy, książki, telewizja czy nawet podcasty.

Jak wyglądał proces powstawania zdjęć do Mom Time Series? Czy dużo „ustawiasz” na planie? Bardzo ingerujesz w to co robią modele?

Pracuję w różny sposób, w zależności od tego co chcę osiągnąć. Czasem wykonuję zdjęcia bardziej w stylu dokumentalnym – trochę śledząc rodziców i obserwując co się wydarzy. Innym razem mam określoną scenę w głowie, przynoszę na plan garderobę czy elementy scenografii, starając się kontrolować każdy element na zdjęciu, nawet gdy robię zdjęcia u kogoś w domu. Dad Time Series to była seria bardziej dokumentalna, Mom Time jest projektem, w którym więcej było planowania i wcześniejszego aranżowania.

Skąd wzięłaś modeli do tego projektu?

Z różnych miejsc. Wiele osób to znajomi, czasami jacyś dawniej poznani modele, którzy zostali rodzicami. Czasami robiłam w mediach społecznościowych nabór. Z rzadka prosiłam o pomoc agencje, które reprezentują dzieci, ale gdy tworzę osobiste projekty, prawie zawsze fotografuję rodziców z ich prawdziwymi dziećmi.

Pracujesz sama, czy z dużą ekipą?

Zawsze mam asystenta, czasami stylistę, niekiedy drugiego asystenta czy producenta. Najczęściej jednak mam małą ekipę, bo projekty takie jak Mom Series finansuję sama. Co innego zlecenia komercyjne, wtedy zdarza się, że mam naprawdę wielki zespół, w zależności od tego co robimy.

Portretujesz niekiedy trudne uczucia związane z macierzyństwem, takie jak strach, zmęczenie czy frustracja. Odnoszę wrażenie, że zależało ci by stworzyć coś co jest zaprzeczeniem wyidealizowanego obrazu kobiety i matki, jaki widzimy naokoło w mediach. Czy tak właśnie było?

Absolutnie tak. Wyidealizowany obraz macierzyństwa nie pomaga mi w żaden sposób. Myślę, że to przez te wyobrażenia wiele osób czuje się, jakby ponosiły rodzicielską porażkę. A ja chcę by ludzie oglądając moje zdjęcia poczuli: „znam to!”, i żeby pomyśleli, że w tych trudnych momentach życia też jest ukryte piękno.

Pokazujesz dość intymne sytuacje życiowe. Gdzie twoim zdaniem leży granica, zwłaszcza jeśli chodzi o pokazywanie dzieci w mediach społecznościowych i internecie?

O tym jaki wpływ ma to zjawisko na dzieci, dowiemy się dopiero gdy nowe pokolenie dorośnie i będzie w stanie mówić za siebie. Moim zdaniem dopóki dzieci są portretowane z miłością i szacunkiem, to jest to coś dobrego. Myślę, że część bohaterów zdjęć będzie je w przyszłości uwielbiać, część nie znosić, a dla części będzie to całkowicie obojętne. Czy są ludzie którzy wykorzystują swoje dzieci jako rekwizyty, tylko po to by pokazać innym jak wspaniałe i piękne jest ich życie? Może. Ale nie czuję by to była moja rola by to oceniać. Myślę, że w tej kwestii każdy może mieć swoje zdanie.

Jak określiłabyś swoje aktualnie najważniejsze cele, prywatne i zawodowe?

Moje cele są teraz bardzo ograniczone. Chcę kontynuować wykonywanie pracy, robić najwięcej jak się da, na ile to możliwe. Chcę dalej utrzymywać moją rodzinę. Chcę wychować moje dzieci by wniosły pozytywną wartość dla społeczeństwa. Trochę staram się nie martwić na zapas w tym przypadku, skupiam się na tym co jest teraz.

A co dla Ciebie jest największym wyzwaniem?

Dla mojej rodziny największą bolączką jest jej struktura. Wraz z mężem zostaliśmy rodzicami  mając 30/40 lat, więc nasi rodzice są już po siedemdziesiątce, w dodatku mieszkają w innych stanach. Dziadkowie nie mogą więc nam pomagać przy dzieciach i wszystkie nawet prozaiczne sprawy stanowią dla nas wyzwanie organizacyjne. Każde pójście do fryzjera, lekarza, ogarnięcie domowych napraw, czy wyjście razem na kolację oznacza konieczność wynajmowania niani, a to naprawdę trudno znaleźć kogoś chętnego by pilnować dzieci tylko okazjonalnie. Mąż stara się jakiekolwiek swoje sprawy umawiać na weekendy, lub na dni kiedy ja nie mam zdjęć.

A gdybyś miała podsumować największe problemy dla rodzin żyjących w Ameryce? Opowiedz jak żyje się z trójką dzieci w USA.

Nie mogę wypowiadać się za wszystkich Amerykanów, ale wydaje mi się, że kwestia edukacji i opieki zdrowotnej są potwornym problemem w tym kraju. Naprawdę trzeba się przeprowadzać do dobrych i droższych dzielnic, by mieć szansę na przyzwoitą szkołę dla dzieci. I ogromną część zarobków musimy przeznaczać na ubezpieczenie zdrowotne. Chciałabym, żeby te sprawy zostały rozwiązane poprzez nieco bardziej przyjazną politykę społeczną, ale w ciągu mojego życia to się tylko stale pogarszało. Czuję się więc niesamowicie szczęśliwa, że jestem w stanie wspierać i utrzymywać moją rodzinę pracując w artystycznym zawodzie.

Jak myślisz, co usłyszysz od swoich dzieci gdy dorosną?

Sama się zastanawiam! Ciągle próbuję uczyć ich, by być miłym dla innych i dla siebie, by pamiętały o empatii. Jestem trochę żandarmem w moim domu, więc czuję, że chłopcy zapamiętają rygor. Ale jednocześnie mam nadzieję, że będą pamiętać przede wszystkim chwile wspólnego śmiechu.

Jesteś mamą z Chicago. U nas Chicago jest zwane drugim największym polskim miastem z powodu Polonii tam zamieszkałej. Jakie poleciłabyś fajne miejsca przyjazne rodzinom i atrakcje dla turystów z Polski?

Tak, mamy ogromną społeczność Polaków w Chicago. Czuję się szczęściarą, że mieszkam w mieście z taką dużą i różnorodną grupą imigrantów. Mamy tu jedne z najlepszych muzeów. Praktycznie co tydzień bywamy z dziećmi w Lincoln Park Zoo, które jest darmowe. Chodzimy też dosyć regularnie do Muzeum Nauki i Przemysłu. Niestety większość muzeów u nas jest niewiarygodnie droga, zwłaszcza te w tzw. Museum Campus . Najmniej polecam Navy Pier bo jest zatłoczony, a parking drogi. Za to Maggie Daly Park jest rewelacyjny i za darmo, z wieloma wyjątkowymi placami zabaw. W Peggy Notebaert Nature Museum mają motylarnię z żywymi motylami, fajna atrakcja dla całej rodziny. Generalnie polecam Chicago w cieplejszych miesiącach, gdy można skorzystać z parków i plaży nad jeziorem Michigan.

Wygląda na to, że faktycznie u was jest co robić. Oby było mi dane kiedyś się przekonać! Dziękuję za rozmowę.

*

Callie Lipkin od dwudziestu lat zajmuje się fotografią komercyjną. Początkowo studiowała by zostać inżynierem,  ale po studiach na uniwersytecie Northwestern oraz przebytych wielu podróżach po całym świecie, postanowiła że to fotografia stanie się jej głównym zajęciem. Doświadczenie zawodowe zdobywała pośród wybitnych dokumentalistów, pracując w prestiżowych redakcjach takich jak Boston Globe. Od 2001 roku realizuje przede wszystkim zlecenia reklamowe dla klientów takich jak McDonald czy Kellog’s. Mieszka w Chicago z mężem i trójką synów w wieku 8, 6 i 2 lat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.