Rodzinny dom z klocków

Rozmowa z Marią Rauch

Nie ma jak w domu, a jeśli w domu jest jak na wakacjach, to już trudno wyobrazić sobie lepszą sytuację. Pukamy do domu z klocków, zaprojektowanego przez jego mieszkańców. Wejdźcie z nami.

Dom dobrze zaprojektowany to taki, w którym spełnione są wszystkie potrzeby lokatorów. Dom dobrze przemyślany to taki, który może się zmieniać, kiedy zmienia się zamieszkująca go rodzina. Rozwiązania, które zastosowali architekci: Maria Rauch i Tomek Żemojcin w swoim ustawionym na łące domu o powierzchni 50 mkw, są szyte na miarę. Na miarę rodziny 2+1, bo jest tu jeszcze ich syn Staś. Zajrzycie?

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

*

Mieszkacie w domu z klocków własnego projektu, opowiedz o nim proszę.

W naszym domu chcieliśmy czuć się „jak na wakacjach”. I to nie od święta, ale każdego dnia. Dom, w którym czuć wakacje, to taki, który pomaga nam złapać oddech. Otula jak ciepły koc. Wspiera. Relaksuje. Jest swego rodzaju ostoją. Azylem. Chcieliśmy, żeby ten dom był jak dobrze skrojone ubranie. Uszyte na miarę. Takie, które nas nie uwiera. Czujemy się w nim sobą. Nikogo w nim nie udajemy. Jesteśmy na luzie.

Projektując, mogliście wszystko to dla siebie zrobić. 

Był to też swego rodzaju eksperyment. Oboje z mężem jesteśmy architektami, więc musieliśmy coś wymyślić (śmiech). Od zawsze mówiliśmy naszym klientom, że dom odpowiadający na wszystkie nasze potrzeby to kwestia dobrego projektu, nie metrów kwadratowych. Postanowiliśmy sprawdzić tę teorię w praktyce i tak zaprojektowaliśmy nasz dom, który odpowiadał dokładnie powierzchni mieszkania, z którego się wyprowadziliśmy. Czyli jak na dom – bardzo niewielkiej, bo to niecałe 50 mkw. Tyle miało nasze lokum w Warszawie. Zamiast miasta wybraliśmy wieś. Zamiast mieszkania w bloku – dom. Jedynie liczba metrów kwadratowych pozostała niezmienna. Poza tym faktem zmiana odczuwalna jest na każdym kroku.

Czego zabrakło wam w mieście? 

W mieszkaniu w bloku brakowało nam przede wszystkim kontaktu z naturą. Mieliśmy tylko mały balkonik, tzw. ambonkę i mieszkaliśmy na trzecim piętrze. Myślę, że dlatego w nowym domu tak mocno postawiliśmy na duże przeszklenia i liczne tarasy, których powierzchnia ogółem liczy praktycznie drugi tyle, co powierzchnia domu. To daje nam poczucie, że jesteśmy połączeni z tym, co wkoło nas. I w każdej chwili możemy wyjść z domu bosą stopą bezpośrednio na łąkę.

Ale życie w mieście to też był fajny czas. Przeprowadzaliśmy przeróżne sąsiedzkie akcje podwórkowe. Zasadź drzewko. Trawka dosiewka. Kwiatek na kwietnik. To było fajne wspólne działanie. Dużo mi dało. Próba naprawy tego, co wokół nas. I co często nazywane jest niczyje. A to jest przecież nasze. Do nas należy ten widok za oknem. I to my jesteśmy za niego odpowiedzialni. Przez 7 lat mieszkania w bloku w Warszawie przeprowadziliśmy szereg takich akcji, poznając przy tej okazji wspaniałych ludzi. Ale z perspektywy czasu widzę też, jakie to było trudne. Dużo łatwiej jest mieć „swój kawałek ziemi”. I tworzyć na nim to, co dla nas ważne. Jak chcemy i kiedy chcemy.

Opowiedz proszę o rozwiązaniach zbliżających was do otoczenia.

Chcieliśmy móc patrzeć na to, co za oknem, myjąc naczynia, stąd spora tafla szkła zamiast typowych kafelków na ścianie nad zlewozmywakiem. Kolejna taka pozioma szklana tafla jest tuż obok naszego łóżka w sypialni, dzięki temu każdego dnia możemy budzić się z widokiem na łąkę. Innym patentem jest wsuwa, to takie przeszklone miejsce w domu, z dużym materacem, na którym można czytać książki, przytulać się i spędzać czas z rodziną lub znajomymi. Nie mamy typowych rozwiązań typu: kanapa, regał i telewizor. Kiedy przychodzą do nas znajomi, rozwieszamy hamaki. Mamy pod sufitem dużo haków, co pozwala na niezliczone kombinacje, możemy ich rozpiąć w sumie 8, cztery w domu i cztery na tarasie.

Ile czasu trwała realizacja projektu?

Projekt trwał długo, bo kilka lat. Budowa – krótko. I to według mnie jest dobra proporcja. Lepsza niż w drugą stronę.

Projekt trwał kilka dobrych lat, bo planowaliśmy go sobie na spokojnie, kawałek po kawałku. Bez pośpiechu. Poza tym, kiedy już dwóch projektantów weźmie się za projekt swojego domu, plus moja mama – ona też jest architektem i też miała tutaj swój wkład – to trzeba sporo ustalić (śmiech). Tak serio, to jestem zwolenniczką długiego procesu projektowego. Żeby móc sobie to przetrawić. Zastanowić się. Pozmieniać zdanie. Tak, żeby finalnie czuć się z tym, co postanowimy, dobrze.

Budowa – krótko. Bo jak już przeznaczyliśmy odpowiednią ilość czasu na sam pomysł, to chcieliśmy, żeby nasz dom marzeń powstał jak najszybciej. Nie ma co przedłużać. Szybka budowa jest możliwa dzięki zastosowaniu nowoczesnych technologii drewnianych, prefabrykowanych. Co oznacza, że elementy na dom powstają w fabryce, a dom zostaje złożony – jak z klocków – na budowie. W tydzień.

Wasz syn Staś był już na świecie, kiedy powstawał projekt? 

Staś ma niecałe dwa lata. Kiedy powstawał projekt domu, nie było go nawet w planach. No, może w planach tak, ale takich z grubsza niesprecyzowanych. Staś postanowił przyjść na ten świat w niecały rok po wybudowaniu domu. Jego poród był dla nas bardzo ważny i cieszymy się, że mógł odbyć się w najbardziej przyjaznych nam warunkach, czyli właśnie w domu.

Do tego tematu chętnie wrócę w innej rozmowie. Teraz powiedz mi, jak na tak małym metrażu znaleźliście przestrzeń na wszystko i dla każdego?

Mam na to swoje sposoby. I metody, którymi pracujemy z klientami, żeby móc na końcu powiedzieć, że zaprojektowaliśmy przestrzeń na wszystko i dla każdego. Te same metody stosowaliśmy na sobie. To jest trochę jak wizyta u lekarza, który troszczy się o nasze zdrowie. Dlatego nazywamy to poradnią architektoniczną. Przede wszystkim dobry wywiad – jeśli chodzi o potrzeby. Czego potrzebujemy? Za czym tęsknimy? Bez czego nie potrafimy żyć? W czym nasz dom ma nas wspierać? Jak chcemy się w nim czuć? Nie ma uniwersalnych i dobrych rozwiązań dla wszystkich. Takich od sztampy. Różnimy się od siebie i to, co będzie dobre dla jednego, nie sprawdzi się dla drugiego. Stąd pytanie o potrzeby jest jak fundament domu. Najważniejsze.

Kiedy już wiemy, jakie są nasze potrzeby, wtedy można przejść do tego, co jest nam zbędne. Bo łatwo jest dodawać, ale prawdziwa sztuka zaczyna się tam, gdzie nie da się już nic odjąć. Zostają rzeczy tylko niezbędne. Ważne. Mniej znaczy więcej. Coś w tym jest.

Jak to u was wygląda? 

Podam kilka konkretów na naszym przykładzie. Mamy bardzo małą sypialnię. Mniejszą niż w poprzednim mieszkaniu, tylko łóżko i szafa, większa była nam zbędna. Nie mamy garażu ani piwnicy. Mamy za to fajną przestrzeń pod domem, trzymamy tam skuter, opony zimowe i wiele innych szpargałów. Dzięki takim oszczędnościom mamy przestrzeń na to, czego potrzebujemy. Duża, przeszklona kuchnia z wyspą kuchenną otwartą na część salonu. Duży, wielofunkcyjny salon, przechodzący w taras. Wsuwa, jako wydzielona część salonu. Część dzienna jest wielofunkcyjna. Meble są ruchome. To daje niezliczone możliwości i kombinacje. To, co teraz jest jadalnią, po usunięciu stołu szybko może przemienić się w przestrzeń do zabawy z dzieckiem, a wieczorem, po rozpięciu hamaków pod sufitem – w salę kinową. Tak to u nas działa.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Opowiedz o przestrzeni dla Stasia. Ma samodzielną sypialnię? 

Staś śpi z nami w sypialni. Jego materac jest zaraz obok naszego. Bawi się w przestrzeni wspólnej. W jadalni, salonie lub we wsuwie, na tarasie lub przed domem. W moim odczuciu robienie osobnego pokoju tak małemu dziecku i liczenie na to, że tam będzie spędzało czas, zwyczajnie mija się z celem. Bo dzieci są tam, gdzie toczy się życie. Takie maluchy potrzebują uwagi, miłości i zabawy. A nie swoich metrów kwadratowych.  Od pewnego wieku potrzebują przestrzeni własnej. Owszem. I to bardzo. I pewnie to będzie naszym motorem napędowym do rozbudowy domu (śmiech).

Między nami, rodzicami: dziecko w takiej kameralnej przestrzeni to codzienny chaos?

Nie wiem. Nigdy nie czułam, że jest nam tu za ciasno. No, może jedynie, kiedy przynoszę pracę do domu, ale to zdarza się sporadycznie. Staś uwielbia komputery i kabelki.

Staś ma dużo zabawek?

Chciałabym, żeby miał mniej (śmiech). Ale ma tyle, ile ma, zapełnia nimi 4 skrzynki po jabłkach i to po brzegi. Na szczęście szybko je zużywa. Taką już ma SUPERMOC w rękach (śmiech). Tak naprawdę Staś bawi się dużo chętniej rzeczami codziennego użytku niż zabawkami. Drewniana łyżka do gotowania, słoiki, garnki i pokrywki. Nie jestem pewna, czy dziecko aż tak potrzebuje zabawek. Świat wokół jest wystarczająco barwny i interesujący. Cała magia zabawek sensorycznych jest dla mnie nie do końca zrozumiała. Zwykły kij i kamyk przed domem jest wystarczająco sensoryczny. Widzę to i obserwuję u Stasia. To go fascynuje najbardziej. Realny świat. To, co wokół.

Pytam, bo metraż motywuje was chyba do życia w duchu minimalizmu?

Mały dom wymusza niewielką liczbę rzeczy. Rygor. I porządek. Na pokładzie musi być klar, żeby nasza niewielka łódź mogła swobodnie żeglować.

Na wakacjach często mieszkamy na bardzo małej powierzchni, w namiocie czy kamperze. I to nam w zupełności wystarcza, prawda? Mamy przy sobie tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Jemy z jednej patelni. Siedzimy na kamieniu, a słońce ogrzewa nam kolana. W ręku kubek kawy. Czego nam więcej do szczęścia potrzeba? Chyba tylko widoku na kołyszące się na wietrze korony drzew i łąkę. Taki jest nasz SLOW DOM. Inspirowany wakacjami. Dom blisko natury. Blisko nas. W takim domu mieszkam i takie domy chcę projektować.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Co znaczy, że wasz dom rośnie z rodziną, a potem się zmniejsza?

To znaczy, że można go rozbudować, kiedy pojawi się taka potrzeba. Każdy dom można – powiesz. I będziesz mieć rację, ale w domu takim jak nasz, z drewnianych prefabrykatów, taka rozbudowa jest o niebo prostsza niż w murowanym. Nie trzeba kuć, wyburzać. Nie ma pyłu. Młotów. Ani zbędnego kurzu.

Idealną sytuacją jest taka, żeby dom był jak żywy organizm i zwiększał się wraz z rodziną. Kiedy ta rośnie. A potem zmniejszał, kiedy dzieci dorastają i opuszczają dom, a rodzice, często już w podeszłym wieku, nie zostają sami z dużym i nieogrzanym domem. Taki dom dostosowuje się do naszych potrzeb. Jest elastyczny. Można na przykład tak zaprojektować dom, aby z czasem zrobić osobne wejście i przeznaczyć jego część na wynajem.

Wspomniałaś o ogrzewaniu, dobrze wam było zimą? 

To chyba najczęstsze pytanie, które słyszę, odkąd przeprowadziliśmy się do domu z klocków. A konkretnie: czy w takim domu jak nasz – niedużym i z drewna – nie jest nam zimno? Otóż nie jest! Jest nawet bardzo ciepło. To wszystko za sprawą dobrej izolacji i odpowiedniego usytuowania na działce, z wykorzystaniem wszystkich jej walorów. Takich jak nachylenie stoku, strony świata, etc. Mamy duże okna od południa. Słońce nagrzewa wnętrze domu, również zimą, przez cały dzień.
Kiedy ktoś nas odwiedza w mroźny dzień, jest zdziwiony tym, że nie stosujemy żadnego ogrzewania. Rozpalamy kominek jedynie na wieczór, ale to bardziej dla fajnego klimatu, niż ze względu na ciepło.

Dlaczego nazywają was Joginami architektury

Pracujemy w budynku starego młyna w Zabierzowie, z rzeką, jogą i hamakami. Kiedy co środę rano stajemy razem na macie i rozciągamy nasze ciała oraz szare komórki przed pracą – czuję się naprawdę z nas dumna. Że udało nam się stworzyć właśnie takie miejsce do pracy.

Co chcieliście dać Stasiowi waszym miejscem i sposobem życia?

Szacunek do przestrzeni. Tego, co posiadamy. Otoczenia wokół. Chcielibyśmy, żeby zrywał warzywa z grządki za domem, ale żeby też wiedział o tym, że grządki trzeba podlewać.

 

Ujmuje mnie, że jesteście naprawdę rodzinnym tworem. Babcia Stasia współtworzy firmę, to się jakoś przekłada na wasze relacje rodzinne? Wychodzicie z pracy?

Tak, wychodzimy. Pilnujemy godzin pracy. Choć oczywiście, jak trzeba, to trzeba. Trudne jest to, że jesteśmy i rodziną, i firmą. Trudno to wyjaśnić. Chodzi chyba o zacieranie się granic, gdzie praca, a gdzie już dom. W codziennym zachowaniach. Rozmowach. Kto kiedykolwiek doświadczył tworu, jakim jest firma rodzinna, z pewnością wie, o czym mówię. To taka codzienna praktyka miłości, cierpliwości, stawiania granic – w pracy i rodzinie. Dwa w jednym.

Na koniec, powiedz mi, czy wasz dom naprawdę pachnie latem?

Oczywiście. Zazwyczaj spędzamy wakacje, wyruszając w podróż – mamy starego ogórka, kampera VW z lat 70. Dla mnie wakacje to zapach łąki i kwiatów, a ten przedostaje się do środka domu, kiedy tylko otworzę okna. Zapach drewna, którym pachną ściany naszego domu. Uwielbiam drewno. Potrafię przytulać się do ścian. Lubię też dotyk drewna pod stopami. Uwielbiam zapach ognia. Czasami ktoś wchodzi do nas do domu i mówi, że czuje się jak w saunie. To zapach drewna, ognia w kominku i olejków, na przykład lawendowego. To jest dla mnie zapach lata.

*

Maria Rauch – pochodzi z Lublina, potem po drodze był jeszcze Dublin, Nowy Jork, Warszawa, a wszystko po to, aby aktualnie zakotwiczyć się w jednej z podkrakowskich wsi. W domu własnego projektu. Drewnianym i pachnącym latem. Domu z klocków. Z zawodu architektka i projektantka wnętrz. Wraz z mężem Tomkiem, również architektem, stworzyli dla siebie miejsce do życia i pracy, w którym mogą się czuć jak na wakacjach. Ich biuro mieści się w budynku Starego Młyna w Zabierzowie. Nazywają ich joginami architektury, bo dzień pracy zaczynają od wspólnej sesji na macie. Jak mówi Maria, daje im to spokój i lepszą elastyczność umysłu. Klientom Maria proponuje reanimację, operację lub terapię, a wszystko w ramach poradni architektonicznej. Jest mamą Stasia, który przyszedł na świat pewnego czerwcowego popołudnia, niespełna dwa lata temu, właśnie w owym domu z klocków. 

*

Rozmawiała: Paulina Filipowicz

Zdjęcia: Joanna/Migavki

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.