psycholog

Przytulanki – więcej niż zabawki?

Rozmowa z psychologiem dziecięcym

Przytulanki – więcej niż zabawki?
Anna Hernik

Maskotki, mięciutkie lale i pękate misie łypiące na nas z półki. Ich rola wykracza poza towarzystwo w zabawie czy utulenie do snu. O roli przytulanek rozmawiamy z psychologiem dziecięcym, podglądając magiczne kadry pewnej trójki.

Dwunastolatka, która pakuje plecak i w ostatnie wolne centymetry dociska uszatego i mocno sfatygowanego królika. Po co ci jeszcze ten pluszak? – słyszy poirytowany głos rodzica. No właśnie, po co? Pamiętacie swoje ukochane zabawki? Może nadal leżą na strychach, w szafach, w torbach, dożywając godnej emerytury. Bo przecież takich przyjaciół się nie wyrzuca. Z morza przytulanek wszelakiej maści i wielkości wybieramy czasem tę jedną lub kilka, które towarzyszyć nam będą w dorastaniu, w codziennym życiu. Kadry Ani Hernik i jej trójki dzieciaków mówią same za siebie, a mi przywołują własne wspomnienia. W czym nas wspiera przytulanka, opowiada psycholog dziecięcy, Anita Janeczek-Romanowska.

Miś, królik z nadszarpniętym uchem, myszka. Wielu z nas, dorosłych trzyma przytulanki z dzieciństwa w szafach. Są nośnikami różnych wspomnień, wzbudzają tęsknotę. Jak to działa?

Przytulanki i ich wspomnienie bardzo często przenoszą nas do okresu dzieciństwa i chwil, w których nam towarzyszyły. Kiedy byliśmy mali, były naszymi kompanami nie tylko w chwilach radości, ale też trudu. Przytulanie przed snem, wsparcie w przedszkolu, powiernictwo sekretów, przebieranie – to sytuacje, w których w postaci przebieranki można było ulokować bardzo wiele potrzeb. Bliskość, wsparcie, troska, zabawa, przyjaźń.

Zacznijmy od pojawienia się ich w naszym życiu. Francuz nie wyobraża sobie wyprawki bez małej doudou, która przesiąka zapachem mamy i pomaga dziecku zasnąć. 

Zapach mamy, miękkość, gładkie futerko przynoszą ukojenie i bliskość, zwłaszcza wtedy, kiedy tej fizycznej, rodzicielskiej bliskości nie ma 24 godziny na dobę, bo np. dziecko zasypia albo idzie do placówki. Pierwszą potrzebą, którą można zaspokoić przez przytulankę, jest więc zdecydowanie bliskość. Co ciekawe dla wielu dzieci to nie musi być piękny pluszak, ale kawałek koszulki rodzica, pieluszka tetrowa, ulubiony kocyk. Coś swojego, co daje oparcie i jest takim łącznikiem z tym, co znane, bezpieczne. Drugą potrzebą jest niewątpliwie owo bezpieczeństwo. Dla wielu dzieci fakt, że ta pieluszka albo maskotka są obok, jest swoistym gwarantem wsparcia, punktem zahaczenia, że nawet jak mamy albo taty nie ma obok, to jest inna „ładowarka bezpieczeństwa”.

A potem staje się towarzyszem codzienności, pluszowym kumplem.

Tak, z przytulankami wiążą się też potrzeby relacji, troski, coś, co szczególnie widać u starszych dzieci, które nadają im imiona, tworzą domki z kartonu, przykrywają rogiem swojej kołdry do snu. Maskotka staje się prawdziwym towarzyszem: od spania, po wizytę u dentysty i wiele innych ważnych momentów w życiu dziecka. Bardzo często, po kilku latach takiego bycia przy dziecku, ta maskotka jest już bardzo „wymęczona”, wykochana, co tym bardziej pokazuje, jak wiele dziecku dała, jak wiele jego potrzeb pomogła zaspokoić. Warto też dodać, że niektóre dzieci nie mają i nie potrzebują takiej ukochanej maskotki. Nie jest to obowiązkowy punkt rozwoju, i zarówno brak przytulanki jak i jej wielkie umiłowanie nie powinny być powodem do rodzicielskich zmartwień.

Przytulanka do snu. Czemu myślimy, że wypada z tego wyrosnąć? Dwulatek w łożku z misiem – słodko. Dwunastolatka pakująca przytulankę na obóz – a po co ci jeszcze ten stary miś?

Pytanie, które warto sobie zadać, to czy i komu to przeszkadza, oraz jaką funkcję ta przytulanka spełnia. Jeśli daje bliskość, poczucie bezpieczeństwa i wsparcie, to w imię czego mamy to komuś zabierać. My, dorośli mamy inne strategie na te potrzeby, np. spanie z bliską osobą albo owijanie się kołdrą jak w kokon. Jeśli włącza nam się niepokój związany ze wstydem i oceną społeczną, to jest duże ryzyko, że stracimy z oczu nasze dziecko, a skupimy się na czymś zewnętrznym. Jeśli wspomniana dwunastolatka chce tę maskotkę zabrać, ma w sobie taką potrzebę, możliwe też, że będzie miała siłę na uwagi otoczenia, że nie będą one dla niej istotne, a jeśli będą, da nam o tym znać. Jeśli jednak to my, dorośli wprowadzimy narrację wstydu, komentarze o małych dzieciach itd, trudniej jej będzie zaufać samej sobie i zatroszczyć się o własne granice.

Zazdroszczę dzieciom tej wyobraźni, która każe im wkładać w usta królika, jednorożca czy lamy dialogi, przemyślenia, piosenki. Co daje emocjonalnie dziecku zabawa z koleżką przytulanką?

Relację przede wszystkim. Jesteśmy stworzeni do relacji, już noworodki nawiązują coś, co nazywamy protokonwersacjami na zmianę. Niemowlaki i małe dzieci wysyłają nam ogrom sygnałów, tzw. zachowań przywiązaniowych – płacząc, śmiejąc się, wołając – czyli robiąc różne rzeczy, by być z nami w kontakcie. Relacje to nasza siła napędowa. Mieć taką bliską postać, misia, lalkę, myszkę, to mieć kogoś od A do Z. Przytulać, kochać, karmić, ubierać, rozmawiać. Troszczyć się o niego tak, jak o najbliższą osobę, często w taki sposób, jakiego dzieci doświadczają na co dzień.

Jest jeszcze aspekt zabawy w role, która jest bardzo ważnym zadaniem rozwojowym i osiąga taki „pik” między 3 a 6 rokiem życia. Zabawy te pomagają ćwiczyć kompetencje społeczne, rozwijają empatię, często są też okazją do przepracowania trudnych doświadczeń, np. rozłąki z rodzicami, pobytu w szpitalu. Ta ukochana maskotka staje się wtedy takim bezpiecznym obiektem, z którym można to wszystko przerobić. Bo jak to mówi psycholog Lawrence J. Cohen: dzieci nie mówią o swoich problemach, ale przepracowują je w zabawie. Maskotki stają się też niekiedy przyjacielem, którego na co dzień nie ma albo za którym się tęskni. Podobną rolę mają też niewidzialni przyjaciele. Być z nami, być w relacji, towarzyszyć i wspierać.

Bywa, że misiek staje się nierozłącznym przyjacielem, rodzice nie zawsze rozumieją tę potrzebę. Kto choć raz nie zawrócił z drogi, bo w domu została ta jedna, ta jedyna…

Bycie rodzicem małego dziecka to bycie pewnego rodzaju drugą głową, która stara się (choć nie zawsze to się udaje) zadbać o to, co rozwojowo jest trudne, np. wyciąganie wniosków i uczenie się na bazie błędów. Obrazek rodzica niosącego hulajnogę albo stos kamieni jest czymś bardzo częstym, i im szybciej zrozumiemy, że dzieci same siebie nie przeskoczą, tym łatwiej będzie nam być uważnym na nie i na swoje granice. Z przytulanką jest też tak, że daje ona poczucie bezpieczeństwa, i małe dzieci naprawdę o niej zapominają, kiedy są zaaferowane czymś innym (my, dorośli zresztą też często po coś wracamy, np. po telefon). Warto wówczas włączyć sobie dodatkową czujność, szczególnie jeśli to jest takie wyjście, np. do przedszkola, w którym spodziewamy się, że ta maskotka może się przydać. Oczywiście, że czasem nikt z nas nie będzie o niej pamiętał i przyjdzie nam zaopiekować trudne emocje. Maskotka jest jedną ze strategii na bezpieczeństwo i wsparcie, my możemy pokazywać dziecku inne, jeśli okaże się, że tej akurat zabrakło.

Ważna rola – adaptacja. Do szkoły, ale też do nowych miejsc. Znam dwunastolatkę, która do szkoły pakuje zabawkę. Koledzy trochę się podśmiewają.

To jest przykład takiej sytuacji, w której warto wspierać dziecko, już od najmłodszych lat, w uważności na siebie i na swoje granice. Co myślisz o tym, że oni się śmieją? Jak tobie z tym jest? Jakie jest twoje zdanie? Pytając, kierując dziecku uwagę na samego siebie, wspieramy je w tym, aby to w sobie szukało siły i odpowiedzi na różne pytania. Nie jest to kierunek „jakoś sobie radź”, a raczej „ale co jest u ciebie?”. Są dzieci, nastolatki, które po takich pytaniach znajdują odpowiedź, często mocną, dając znać, że ich to nie rusza. Są takie, które jednak nie czują się komfortowo, i możemy pomóc im sprawdzić, co by im pomogło ten komfort mieć. To nie zawsze będzie pozbycie się maskotki, ale odpowiedź na to, co danemu dziecku pomoże, warto, żeby znalazło w sobie.

Ja lubię widzieć takie sytuacje przez pryzmat metafory płotka. Możemy dzieciom pokazywać, że każdy z nas ma takie małe ogródki otoczone płotkiem i furtką. Czasem jest ona szeroko otwarta, a czasami zamknięta na kłódkę. Są dni, kiedy wpuszczam kogoś i pozwalam mu zerwać moją miętę, a innym razem nie dam jej dotknąć. O tym jednak, czy chcę mieć tam miętę, czy bazylię, czy one są dla mnie ważne, czy nie, warto, żebym zdecydowała ja, i dzieci też można tego uczyć. Taką metaforę są w stanie zrozumieć już pięciolatki, choć pewnie bazylię i miętę dobrze zmienić na ich ulubione owoce. W dłuższej perspektywie wspieramy w ten sposób dziecko w tym, że w swoim życiu spotka wiele osób, które powiedzą, że ich ogródek jest głupi, niemodny itd.

Jakże to aktualne…

I im bardziej towarzyszymy im w zatrzymaniu: „co ty chcesz w tym swoim ogródku mieć?”; „jak tobie z nim jest?”, tym bardziej będzie to dla nich pomocne.

Może gdyby każdy dorosły miał na biurku w pracy swoją ulubioną przytulankę, świat byłby milszy?

Myślę, że małe dzieci, te do końca przedszkola, mogłyby nas wiele nauczyć. W czasach, kiedy mówimy i piszemy dużo o emocjach, chodzimy na terapię, nazywamy swoje uczucia, część z nas zapomniała, że mamy codziennie przy sobie potężne źródło regulacji. Mówię ociele, poprzez które możemy właśnie regulować swoje emocje, czyli obniżać ich poziom, pomagać sobie samym wrócić do równowagi. Dzieci są w tym mistrzami świata i mają na to cały repertuar strategii, od tych nazwijmy je mile widzianych, jak przytulanie, po te nieakceptowane często przez dorosłych jak krzyk, płacz. Przytulanie pomaga nam wyregulować nasze ciało, nasz układ nerwowy. Na skutek przytulania wydziela się oksytocyna, endorfiny oraz obniża nasze ciśnienie krwi. Przytulanie ma same zalety i tak naprawdę nie można być na nie “za dużym”.

Przytulajmy się więc bez ograniczeń! Dziękuję bardzo za rozmowę.

 

Anita Janeczek-Romanowska psycholog dziecięcy, autorka strony o psychologii dziecka bycblizej.pl, współzałożycielka Bliskiego Miejsca – Ośrodka Wsparcia i Rozwoju w Warszawie. W swojej pracy na co dzień wspiera rodziców dzieci w wieku 1-7 lat oraz specjalistów pracujących z dziećmi w tym wieku

 

W sesji udział wzięły i stały się nieodłącznymi kompanami pluszaki:

Jednorożec z pozytywką, Kikadu. Wie, że jest stworem magicznym, a w dodatku posiada najprzyjemniejsze w dotyku futerko z organicznej bawełny.

Nosorożec Marius, Lilliputiens. Gdy się dobrze z nim zaprzyjaźnisz, zdradzi swój sekret – w głowie ma grzechotkę, a w brzuchu małego tukana na tasiemce. Psst!

Lalka dzidziuś Mil, Lilliputiens. Jest mała i nie lubi być odkładana na półkę. Właściwie mogłaby zamieszkać w kieszeni.

Królik i lama Piccaloulou. Dopiero od niedawna pojawiły się w naszym kraju, są trochę nieśmiałe, ale nie sposób się od nich uwolnić. I dobrze.

Miś BoliBoli, Boska’s Teddies. Kolekcjonuje siniaki. Nie swoje – dziecka. Pocieszyciel. Zjawia się w objęciach szybciej niż błyskawica.

Szumiący królik Felek, Whisbear. Niestrudzony przy usypianiu, niestraszne mu małe płaczki i niemowlęce kolki. A co szumi do ucha?

Lama Psycholożka, Aż Studio. Specjalizuje się w psychologii dziecięcej, wysłucha i zawsze doradzi. Jej pasja? Moda. Daje się przebierać sto razy dziennie. I podpisuje się pod tym artykułem wszystkimi kopytami.

 

Dodaj komentarz