trójgłos

Przez fotelik i pieluchę w kolarskiej koszulce, twardziele dawali mi unfollow

Rozmowy o byciu rowerowym tatą

Przez fotelik i pieluchę w kolarskiej koszulce, twardziele dawali mi unfollow
Archiwa prywatne

Trzej goście z Warszawy. Nie ma dla nich złego dnia na jazdę z dzieckiem w foteliku rowerowym lub w skrzyni cargo. Nie dotyczą ich korki, zbieranie punktów na stacjach, gorączkowe szukanie parkingu. Są wolni na dwóch kółkach, bez samochodowych kluczyków. Ale mają też swoje wyzwania. Posłuchajcie rowerowych ojców: Wojtka Kmity, Filipa Springera i Krzyśka Gubańskiego.

W samym środku pandemii stołeczne Centrum Nauki Kopernik otworzyło rowerową wystawę. Kuratorzy przekonują, że mieszkańcy miast przesiedli się w epoce COVID-19 na dwa kółka. Podobno trwa boom na ten środek transportu: bezpieczny – na rowerze nie zarazisz się  wirusem. Tani – dziś każdy oszczędza, bo kryzys. Zdrowy – bo odporność i formę musimy pielęgnować. Czy faktycznie tak wielu z nas wybierało rower tej zimy? Nawet jeśli nie, teraz jest okazja, by to zmienić. Czy warto? Postanowiłam zapytać facetów, którzy jeżdżą z dziećmi na co dzień. O tym, że rowerowy fotelik jest lepszy, niż jechanie z maluchem na kolanach tramwajem przekonuje każdy z bohaterów. W naszym cyklu #trójgłos wypowiadają się dziś: pisarz i promotor rowerowych wypraw z dziećmi  Filip Springer, bloger Krzysiek Gubański, oraz Wojtek Kmita, tata księżniczek.

Filip Springer

Pisarz i fotograf, jeden z najbardziej poczytnych reportażystów młodego pokolenia. Wielokrotnie nagradzany autor słynnej „Wanny z kolumnadą” czy „Źle urodzonych”. Entuzjasta rowerów, tata czteroletniego Kazika. Właśnie pracuje nad książką, do której materiały zbiera, jeżdżąc rowerem.

Czy można powiedzieć, że wybór roweru jako środka transportu jest deklaracją światopoglądową, polityczną, społeczną?

Mam nadzieję, że już nie można tak powiedzieć. W XXI wieku to, czym jeździsz, nie musi być żadną deklaracją. U mnie wybór roweru to raczej wyraz praktycznego myślenia. Jest najwygodniejszym, najtańszym, najszybszym sposobem poruszania się, jeśli mieszka się w mieście. Dla mnie jest też najprzyjemniejszym. Mówienie o rowerzystach jako o jakiejś, umownie nawet, jednorodnej grupie, to jak mówienie o internautach. Oba słowa nie opisują niczego poza tym, że członkowie tych grup używają pewnego narzędzia.

A czym w takim razie jest dla ciebie rowerowy styl życia?

No właśnie ja nie wierzę w rowerowy styl życia. Rower to jest pewien sposób doświadczania przestrzeni, inny od chodzenia piechotą i jeżdżenia samochodem czy pociągiem. Ma swoje plusy i minusy. Moją najnowszą książkę dokumentuję z roweru, bo akurat do niej on się nadaje. Mam nawet rowerowego sponsora i założyłem sobie na Instagramie konto „Trasa by Springer”, na które wrzucam zdjęcia z moich rowerowych wypraw, tych samotnych i tych z synem Kaziem. Rowerowych kont jest na IG mnóstwo, wszystkie są piękne, wycackane i można z nich odnieść wrażenie, że ludzie, którzy je prowadzą, nie robią nic poza jeżdżeniem. Patrzę na swoje konto i widzę, że dzieje się bardzo zabawna rzecz. Według statystyk, na samym początku, kiedy wrzucałem więcej zdjęć bez Kazia, obserwowało mnie wielu facetów. Gdy tylko zacząłem dodawać zdjęcia, na których widać, że mój zielony gravel ma doczepiony fotelik dziecięcy, a ja w kieszonce kolarskiej koszulki woziłem pieluchę (gdy Kazik nosił pieluchy), to zaczęło mi dramatycznie ubywać followersów. Jakby dla tych wszystkich facetów było jakąś ujmą, że robię to, co oni, z synem. Po każdym zdjęciu odbiegającym od tej instagramowo-rowerowej sztampy – szosa w dal, zachód słońca, ciuchy Raphy – spadały mi zasięgi i ubywało obserwujących. Wrzuciłem kiedyś filmik, na którym jadę, wioząc na przednim bagażniku koszyk z warzywami. Bo akurat byłem na zakupach. No i mi ubyło chyba 20 twardzieli. Zabawne to jest, jak te algorytmy segregują nas wszystkich. Według mądrości IG figura rowerzysty nie rymuje się z figurą ojca – jest nieefektywna, jeśli chodzi o zasięgi. To mocno pokazuje, jaką iluzją są media społecznościowe.

Co daje ci wspólne jeżdżenie rowerem z synem?

Poza wygodą daje mnóstwo radości i uczy pokory. Mówię tu o takim jeżdżeniu krajoznawczym, oczywiście. Zjeździłem z Kaziem na rowerze kawał Mazur, jeździliśmy w górach, jeździmy po Mazowszu. Najpierw w foteliku, teraz w przyczepce jednośladowej. Naszego roweru cargo używamy tylko w mieście. Wszystkie małe wyprawy to było wspólne przeżywanie tych miejsc i związanych z dotarciem do nich wyzwań. Burze, deszcze, upały. Kazik ma pamięć jak słoń, więc czasami wspomina jakieś nasze małe przygody z tych wyjazdów. No i chyba nie trzeba tłumaczyć, co to robi mojej więzi z nim przeżywanie tego razem. Sam mam w pamięci takie chwile, jak sobie siedzimy na schodkach przed wiejskim sklepem i jemy Big Milki. On ma trzy lata, ja 36, ale przyjemność z tej chwili czerpiemy podobną. A w domu nie wspomnimy mamie, że jedliśmy lody (śmiech). Na pewno też uczę się pokory.

„Nie jestem typem sportowca, nie jeżdżę dla wyników, dystansu, czy średniej prędkości. Ale lubię dotrzeć tam, gdzie sobie założę, że chcę dotrzeć. A Kazik czasem ma inne plany”.

Coś go nudzi albo woli jechać gdzieś indziej. I trzeba odpuścić, bo rowerowa wycieczka ma być przyjemnością dla nas obu. Więc to jest nauka współpracy. Ma to też zaletę, że jak jadę sam, to z reguły wiem, dokąd dojadę i co się wydarzy. Gdy jadę z synem, to nie wiem nic (śmiech).

Czy Kazik podziela twoją miłość do roweru, a właściwie do przyczepki?

Teraz jest na etapie dużej ruchliwości, więc ma pilniejsze zajęcia niż siedzenie w przyczepce. Z drugiej strony trwa lockdown i jeśli wychodzimy w ogóle z domu, to tylko na rower. Kazik lubi siedzieć w przyczepce i w rowerze cargo. W skrzyni ma swoje królestwo, swój bałagan, głośnik na bluetootha, słucha audiobooków. Kiedyś używaliśmy fotelika, nie raz było tak, że wracaliśmy z dwóch godzin jazdy, a on w ogóle nie chciał wyjść. Jeszcze nie mówił, ale dawał znać, że „chce jeszcze”. Mam zdjęcie, na którym widać, jak po raz pierwszy w życiu założyłem Kazikowi kask rowerowy, tuż po jego pierwszych urodzinach. Siedzi pierwszy raz w życiu na foteliku, szeroko się uśmiecha, no – banan od ucha do ucha. Od tamtej pory jeździł ze mną właściwie non stop.

Czyli był fotelik, teraz przyczepka i skrzynia w cargo. Kiedy planujesz wsadzić Kazia na własny rower i przejechać się wspólnie po mieście?

Pewnie inaczej bym odpowiedział, gdybyśmy mieszkali np. w Kopenhadze. To, co się dzieje na jezdniach, na ulicach Warszawy, nie nastraja mnie pozytywnie. W najbliższym czasie raczej nie przewiduję, by Kazik jeździł obok mnie. Mamy blisko do Łazienek Królewskich ścieżkę rowerową przez park, więc pewnie kiedyś się wybierzemy tamtędy na przejażdżkę. Ale nie umiem zarysować perspektywy, kiedy zaczniemy z Kazikiem jeździć po całym mieście. Myślę, że nieprędko.

Jesteś fanem rowerów, to może powiesz mi, czemu ludzie w miastach wybierają samochody?

Czynników jest wiele, ale na pewno ważnym jest statusowe myślenie o aucie. Samochód nadal świadczy dla wielu osób o pozycji klasowej. Pamiętam badania sprzed kilku lat, robione przez jedną z agencji reklamowych – chodziło o wykorzystanie w działaniach marketingowych roweru jako elementu stylu życia. Okazało się, że dla większości badanych pojawienie się rowerzysty w towarzystwie reklamowanego produktu byłoby komunikatem, że ten produkt jest „taniochą dla ubogich”. Z perspektywy warszawskiej bańki to może zaskakiwać, ale w mniejszych miastach pokutuje przekonanie, że rowerem jeżdżą biedni. Poza tym wciąż nie ma dobrej rowerowej infrastruktury. Jakość ścieżek rowerowych, ich odseparowanie od ruchu, sposób utrzymania – to wszystko pozostawia wiele do życzenia. W Kopenhadze widziałem całe rodziny, małe dzieci w wieku Kazika jeżdżące przez całe miasto, ale tam wszystko jest świetnie przygotowane. W Polsce daleko nam jeszcze do tego, tu miasta są zaprojektowane pod samochody. Myślę też, że czynnikiem, który skłania ludzi do jeżdżenia samochodem, jest pandemia. Niechętnie korzystają ze zbiorkomu, z obawy przed zarażeniem. A miasta (poza drobnymi wyjątkami, np. w Krakowie) nie zrobiły nic, by promować rower jako środek transportu.

Jesteś w pewnym sensie literackim odkrywcą polskiej prowincji. Skąd czerpiesz inspiracje do swoich wycieczek rowerowych poza Warszawę?

Szukam różnym kluczem. Do książki, nad którą aktualnie pracuję, narzędziem, które będzie także eksplorowane literacko, są stare mapy. Pobieram sobie, na przykład z Mapstera, mapy danej okolicy z początku XX wieku i staram się jeździć z ich użyciem. Sam sobie utrudniam życie, bo te mapy są nieaktualne, mają po 120, 150 lat. Ale taki mam cel. Gdy jadę z Kazikiem, to moje cele wyznacza zasięg. Wiem, ile jesteśmy w stanie razem przejechać, i szukam sprawdzonych dróg na takim dystansie. Czasem patrzę na tzw. heatmapy z aplikacji Strava, dzięki temu widzę, którędy ludzie jeździli na jakich rowerach. Czasem np. weryfikuję tak moje plany, bo jakaś droga, obiecująca na mapie, okazuje się rzadko uczęszczana – a to oznacza, że skoro mimo dobrego asfaltu nikt nie jeździ tamtędy na rowerze szosowym, to prawdopodobnie jest duży ruch i jest tam niebezpiecznie. Heatmapy przydają się też, gdy jeżdżę nad Wisłą, w południowej części Warszawy, w okolicy Kępy Wieloryb. Dzięki nim wiem, czy dane dróżki w ogóle są przejezdne. To bardzo pomocne narzędzie. Poza tym długie godziny spędzam na oglądaniu w telefonie czy na tablecie map Googla, i planuję sobie, gdzie pojadę.

Czy w takim razie twoja kolejna książka to będzie rowerowy reportaż?

Nie… (śmiech). To będzie coś innego, większość będzie zmyślona. Opowiem o przemianach krajobrazu spowodowanych rewolucją przemysłową. Potrzebuję analizować sporo źródeł, ale też oglądać krajobraz, a do tego rower się przydaje. Zaznaczam, że tylko raz czy dwa zabrałem ze sobą Kazika na dokumentację do książki, zazwyczaj jeżdżę w tym celu sam. Wiem, że z nim to nie do końca ma sens i kończy się frustracją nas obu. Czasem muszę długo czekać, aż jakaś chmura zajdzie za słońce, żeby zrobić zdjęcie. Kazik w tym czasie się nudzi. Wolę jeździć sam i najwyżej zaznaczyć sobie na mapie, żeby wrócić z rodziną w dane miejsce. Zawsze chciałem napisać książkę, którą można „zrobić” z roweru. Poprzednich się nie dało, bo trzeba było gadać z ludźmi. A tutaj – wystarczy patrzeć. Jest też coś medytacyjnego w jeździe na rowerze, co czyści głowę w chwilach, kiedy zbiera się w niej za dużo.

A jeździsz samochodem?

W samochodzie jestem workiem na siedzeniu pasażera. Nie mam prawa jazdy. Nie, że mi odebrali, po prostu nigdy nie miałem.

Wojtek Kmita

Poznaniak z krwi i kości, ekscentryczny kawosz, rowerowy tata i działkowicz. Wraz z Elizą Mórawską-Kmitą, kulinarną autorką znaną także z łamów Ładne Bebe, wychowuje trzy dziewczynki. Dwie z nich – Melę i Stefcię – niemal codziennie wozi na swoim rowerze do przedszkola. Prowadzi popularne instakonto jako Pan Inżynier. 

Dlaczego przesiadłeś się na rower?

Złożyło się na to wiele kwestii. Kluczowe chyba było to, jak zaczęło wyglądać życie w Poznaniu, gdzie dawniej mieszkałem. Ruszyły inwestycje przed Euro 2012 i nagle zrobiły się straszne korki w mieście. Okropne! Trasa, którą pierwotnie pokonywałem autem w 30-40 minut, zajmowała teraz dwie godziny. Bywało, że stałem w korku na jednej z wielopasmówek, widziałem z okna samochodu mój dom, 100 czy 200 metrów dalej w linii prostej. Byłem tak blisko, ale musiałem jechać (stać) w aucie jeszcze przez kolejne 40, 50 minut. Chyba właśnie wtedy została przekroczona „masa krytyczna”. Stwierdziłem, że tak się nie da funkcjonować i z dnia na dzień przesiadłem się na rower.

Czyli jeździłeś autem po mieście, a teraz jesteś rowerowym tatą? Pytam zaczepnie.

Nie myślę o sobie w ten sposób, zresztą zauważyłem, że w Polsce panuje dziwny, sztuczny podział na samochodziarzy i cyklistów. Spójrz na kraje, które intuicyjnie uznajemy za „rowerowe”, jak Dania czy Holandia – tam nie stoi za tym żadna ideologia, żaden zdeklarowany styl życia, nie dzieli się ludzi w ten sposób. To nie jest wielka rzecz, jeździć rowerem. Ja korzystam z niego tak po prostu, jako ze środka transportu. Nie ubieram się do tego jakoś specjalnie, nie mam specjalnych butów, spodni – jeżdżę na dwóch kółkach, jakbym jeździł tramwajem.

Nadal jednak dla wielu osób jesteś „egzotyczny”, a dla mnie na pewno odważny. Deszcz, śnieg, wiatr, a ty bez względu na aurę wozisz dwie córki na swoim rowerze do przedszkola.

Jeśli jeździsz tramwajem i rodzą ci się dzieci – czy zaczynasz jakoś inaczej korzystać z tramwaju? Ja wybieram rower, to dla mnie najwygodniejsze, więc wożenie na nim dzieci także stało się czymś naturalnym. Gdy urodziły się moje córki, wiedziałem, że nie będę ich woził autem, nienawidzę stać w korku. Musiałem więc tylko zorganizować fotelik. Najpierw jeden, potem drugi, z przodu (zmieniłem też wtedy rower na tzw. damkę). I tyle. Myślę, że traktowanie roweru jako mniej wygodnego środka transportu jest w naszej głowie. Często szukamy pretekstów, by nie jeździć, sam tak miałem. Ale spójrz: gdy ruszam z dziećmi rowerem na wycieczkę, czego tak naprawdę potrzebuję? Bagażnik rowerowy z przodu, załadowuję go najpotrzebniejszymi rzeczami, udźwignie nawet 20 kg towaru. Nie wiem, co miałbym jeszcze wziąć? Zdarzało mi się jechać nawet z rowerkiem dla najmłodszej córki. Samochód tak naprawdę potrzebny jest wtedy, gdy do przewiezienia jest dużo rzeczy. Dojazdy do przedszkola na rowerze to zaledwie kilka minut. Autem – trochę więcej, bo uliczki z nakazem, jazda naokoło, szukanie wolnych miejsc do parkowania… Tramwajem też się dłuży: dojście do przystanku, oczekiwanie na skład, jazda i znów dojście – to zajęłoby trzy razy więcej czasu. Rower jako środek transportu najbardziej się mi kalkuluje.

Rowerem jest szybciej, taniej, no i chyba zdrowiej, niż wożąc rodzinę samochodem?

Nie myślę o tym, po prostu jeżdżę i wożę tak dzieci. Natomiast fakt, że gdy zamieniłem samochód na dwa kółka, bardzo szybko zrzuciłem z 8 kg. Kiedyś byłem bardzo „samochodowy”: z domu windą na podziemny parking, do auta, autem na inny parking i do biura… Droga do pracy to były cztery kroki (śmiech). Nikogo nie namawiam na rower, nie agituję, wiem, jak trudno zmienić swoje wypracowane przez lata przyzwyczajenia. Uważam, że najlepiej działa przykład: zarówno w Poznaniu jak i w Warszawie po kilku miesiącach od mojej przesiadki na rower wiele koleżanek i kolegów z pracy poszło w moje ślady, widząc korzyści.

Czy jest coś, co cię zniechęca? Co sprawia, że stwierdzasz: „Nieeee, dziś darujmy sobie jechanie rowerem?”.

Trochę zniechęca mnie podejście do rowerów w Warszawie. Na początku, gdy przeprowadziłem się tu z Poznania, byłem pod wrażeniem: wiele dróg rowerowych, dobra infrastruktura, inna kultura jazdy. Ale w ostatnich latach to się nie poprawia, tylko pogarsza. W czasie pandemii miasto kompletnie zrezygnowało z odśnieżania dróg rowerowych. Kilka razy zawiozłem dzieci do przedszkola samochodem, bo po prostu rowerem po śniegu byłoby niebezpiecznie. Sam bym się nie bał. Ale z dwójką dzieci na lodzie… to było zbyt ryzykowne.

„Na pewno uciążliwe zimą jest ubieranie dziewczynek na rower przy minusowych temperaturach: grube spodnie, warstwy… Zwłaszcza gdy masz dwójkę do wyszykowania. Za to latem, po prostu wsiadasz i jedziesz”.

Dziewczynki nie kwestionują roweru jako formy transportu, gdy pogoda jest kiepska, bo to dla nich norma od zawsze, są przyzwyczajone. Lubią być przeze mnie wożone i chyba nawet wolą rower od samochodu, Melania ma chorobę lokomocyjną.

Mówisz, że do wożenia dwójki dzieci wcale nie potrzeba wielu gadżetów. Może jednak jest coś, co polecasz dla większego komfortu jazdy?

Chciałem kiedyś mieć szybkę z przodu, by osłonić dziecko przed deszczem czy wiatrem dmuchającym w twarz, ale nie kupiłem jej od razu i teraz już chyba jest za późno, bo młodsza wyrośnie z przedniego fotelika. Będę musiał pomyśleć nad innym sposobem rowerowego transportu. Może czas na na rower cargo? Jeszcze nie wiem. Na pewno bardzo polecam peleryny, takie poncho. Mam je dla siebie i dla dziewczynek. To wygląda trochę jak namiot, ale osłania od deszczu. Koledzy w pracy kilka razy się dziwili, jak to możliwe, że dotarłem do biura w eleganckich ciuchach, suchy w deszczową pogodę (śmiech). Przydatne są też ochraniacze na buty, zabezpieczają przed błotem z ulicy.

Czy dzieci nie ciągnie, by jeździć obok ciebie, na własnych rowerkach?

Stefę tak, Melę nie do końca. Melania jest typem takiej „mademoiselle” – pasuje jej bycie wożoną. Natomiast Stefania właśnie dostała swój pierwszy rower z pedałami. Bardzo chce jeździć sama. Liczę, że to będzie w przyszłości „mój człowiek”, z zapałem sportowym, że będę mógł ją zabierać w góry. Fajnie byłoby kiedyś pojechać na tzw. bikepacking – ze śpiworami, namiotem, na wycieczkę rowerową całą rodziną, zrobić np. trasę na wybrzeżu. Ale myślę, że to jeszcze nie czas. Zobaczymy, jak to będzie.

Krzysiek Gubański

Bloger, tata, najsłynniejszy w Polsce promotor i ambasador rowerów cargo. Prowadzi rowerowego bloga Jeden samochód mniej, na którym zachęca do pokochania środka transportu, jakim są rowery towarowe.

Cargo bike w Warszawie – czy to nie ekstrawagancja?

Wręcz przeciwnie. Gdzie używać takiego środka transportu, jak nie w dużym mieście, którego jezdnie są zakorkowane w godzinach dojazdu do żłobka/przedszkola, a znalezienie miejsca parkingowego trwa 15 minut? Ja w tym czasie dojadę 4 km do żłobka. To nie ekstrawagancja, tylko rozwiązanie konkretnej potrzeby.

Jak się jeździ po mieście? Czy wybór takiego środka transportu nie jest trochę „myśleniem życzeniowym” o warunkach życia w Warszawie? Chodzi mi o wszystkie bariery architektoniczne, skromną liczbę dróg rowerowych.

Nie do końca się zgodzę, że to myślenie życzeniowe. Jeżdżę na rowerze po mieście od 15 lat. Może i nie jesteśmy jeszcze drugą Holandią, ale zmiana jest ogromna, i to nie tylko w Warszawie, bo zabieram też rower w podróże służbowe. Infrastrukturę mamy całkiem przyzwoitą, miejscami może i niespójną, ale rower jest przecież pojazdem i to nic, nomen omen, zdrożnego korzystać z jezdni. Rowery cargo to nie statki kosmiczne i nie wymagają więcej niż to, co jest już teraz zapisane w standardach dróg dla rowerów. Ich wytrzymałość i wspomaganie elektryczne sprawiają, że nawet łatwiej pokonywać różne przeszkody. To taki SUV wśród rowerów. Moja żona Ania woli nawet cargo od zwykłego roweru, bo pewniej się na nim czuje.

Jak zaczęła się twoja przygoda z rowerem cargo? Najpierw był samochód czy od początku stawiałeś na rowerowy styl życia? Jak w tym wszystkim wyglądało pojawienie się dziecka – co się zmieniło wraz z jego narodzinami?

Mam prawo jazdy, ale nigdy nie nabyliśmy samochodu i mamy nadzieję, że nie będziemy musieli. Nasze pierwsze cargo, zbudowane w garażu, współdzieliliśmy z sąsiadami. Potem pojawiły się nowe, duńskie modele, kiedy już myśleliśmy o dziecku. Dzięki temu nic się dla nas nie zmieniło, nie straciliśmy wolności, jaką daje rower w mieście. Pojechaliśmy rowerem do ślubu, w ciąży woziłem Anię w skrzyni, a syn zaliczył pierwszą przejażdżkę w wieku trzech tygodni. Takiego malucha wozi się w foteliku samochodowym na specjalnej amortyzacji. Używaliśmy zamkniętej skrzyni i woziliśmy syna nawet przy -18 stopniach, bo żłobek zaczęliśmy w listopadzie.

Za co więc, jako rodzic, cenisz sobie rower cargo?

Dziecko w zupełnie inny sposób odkrywa otoczenie. Widzi więcej z bliska, a nam łatwiej się zatrzymać i eksplorować z nim świat. Ludzie mu machają, a on ma z nimi kontakt wzrokowy. Nigdy się nie nudzi, praktycznie nie płacze, co w samochodzie zdarza się przecież często.

„Rodzice wielodzietni wiedzą, jakim wyzwaniem może być wpakowanie dzieci w foteliki samochodowe, a tutaj tego problemu prawie nie ma – ludzie często decydują się na cargo właśnie przy drugim dziecku”.

W trakcie jazdy mamy ze sobą bezpośredni kontakt, czego nie zapewnia np. przyczepka. I wreszcie – jestem rodzicem pandemicznym, więc wspólne dalekie wycieczki to jeden z dostępnych nam sposób poznawania świata, gdy wszystko jest zamknięte. Poza dojazdami, to jest mój regularny czas bycia z synem. Właśnie jesteśmy w trakcie zdobywania Korony Warszawy, czyli sześciu najwyższych wniesień stolicy. Wierzę, że dzięki temu wszystkiemu w przyszłości syn będzie miał inne nawyki transportowe, samochód nie będzie dla niego domyślnym wyborem, sam jestem ciekaw, co z tego wyniknie.

A jak jest teraz – syn podziela miłość do cargo bike?

Jeszcze jak! Zanim skończył 1,5 roku, już sam pokazywał nam, kiedy chce wyjść na rower. Od kiedy nauczył się chodzić, musi pocałować swoje cargo na dobranoc. To jest w zasadzie jedyne przekleństwo cargo-rodziców, że dzieci już nie chcą jeździć innym środkiem transportu. Zauważyłem, że inni rodzice wolą, żebym nie woził ich dzieci, bo potem nie będą mieli spokoju w domu… Mój brat w końcu kupił cargo przy trzecim dziecku, bo wcześniej pożyczał od nas.

Rower cargo wydaje się trudny do sterowania, ciężki, mało zwrotny, z dzieckiem nawet mało bezpieczny. Jakie jest twoje zdanie?

Nie uważam jeżdżenia rowerem cargo za coś mniej bezpiecznego od innych sposobów poruszania się po mieście. Właściwie cargo daje mi poczucie większego bezpieczeństwa, bo kierowcy omijają taki rower z szacunkiem. A co do wygody – widziałem mamy o wzroście metr sześćdziesiąt, które radzą sobie z takim rowerem z trójką dzieci w środku. W tzw. krajach rowerowych to głównie matki jeżdżą takimi rowerami (tzw. bakfietsmama). Zazwyczaj nowicjusze są zaskoczeni, że nauka jazdy zajmuje tylko kilka minut, a wspomaganie rekompensuje sporą wagę roweru. Pierwsza przejażdżka to zawsze gwarantowany „banan” na twarzy całej rodziny. Ktoś to przecież odpowiednio zaprojektował, a dodajmy do tego postęp technologiczny, wspomaganie właśnie, automatyczne przekładnie itd. Kiedy poznałem moją żonę, w ogóle nie jeździła na rowerze, a w Kopenhadze wsiadła na cargo i się zakochała. W zasadzie to może być prostsze, niż jazda z wózkiem transportem publicznym – wiecznie zepsute windy, schody w tramwajach… Rowerem jesteśmy niezależni i wszędzie sami dojedziemy: do żłobka, do pediatry, do dziadków pod miastem.

Co z parkowaniem roweru cargo? Nie każdy ma garaż czy wózkarnię. Jak sobie poradzić – trzymać go na podwórku? Cargo bikes uchodzą zdaje się za produkt luksusowy? Ja bym się bała kradzieży.

Proponuję spojrzeć na taki rower jak na skuter albo motocykl. Czy dla niego szukalibyśmy wózkarni? Na złą pogodę mamy pokrowiec. Rower cargo jest za duży, żeby go codziennie gdzieś chować. To jego największa zaleta, że wychodzę z dzieckiem z domu i już jesteśmy gotowi do drogi. Kradzieży się nie obawiam, bo na razie są to pojazdy tak charakterystyczne, że niemożliwe do sprzedania na czarnym rynku. Poza tym istnieją już odpowiednie zabezpieczenia, a nawet alarmy.

Skoro wspomniałam o luksusie – niektóre modele cargo bikes są w cenie samochodów, ale jak wnioskuję z nazwy bloga, uważasz taki rower za dobrą alternatywę dla aut. Dlaczego?

Można na to spojrzeć na dwa sposoby. Pozbywamy się auta (albo drugiego auta) lub po prostu redukujemy liczbę kursów autem nawet o połowę. Inwestycja na starcie jest duża, ale potem nie ponosimy kosztów benzyny, parkowania, ubezpieczenia, a serwis to maksymalnie 200-300 zł rocznie. Każdy może sam przeliczyć, czy mu się to opłaca. Nie znam osoby, która żałowałaby takiego kroku. Zwykle ludzie są zaskoczeni, że jeżdżą na takim rowerze więcej, niż zakładali, i że są w stanie obsłużyć dzieci, zakupy, wycieczki itd. Ponadto mówisz o rowerach klasy premium, a są też tańsze, np. polskiej produkcji.

Czy poleciłbyś rower cargo osobie, która dopiero myśli o przesiadce z auta na rower? Czy to opcja tylko dla doświadczonych, wkręconych rowerzystów?

Znam osoby, które od lat nie jeździły na rowerze, a potem od razu wsiadły na cargo. Oczywiście warto odświeżyć sobie kodeks drogowy, bo trochę się zmienił w ostatnich latach, jeśli chodzi o rowerzystów. A poza tym trzeba taki rower przetestować. Cargo są bardzo różne i odpowiadają na różne potrzeby. Dużo piszę o tym na swoim blogu Jeden samochód mniej.

A teraz zdradźcie nam: kto z was wozi dzieci rowerem w foteliku? A może ktoś z was korzysta z cargo bike? Czy polecacie ten środek transportu?

Dodaj komentarz