pracujące mamy współpraca reklamowa

Przemycam na plan rysunki moich córek – Martyna Matuszczak, II scenograf „Wielkiej wody”

Rozmowa o pasji plus kilka rzeczy dla mam pracujących

Przemycam na plan rysunki moich córek – Martyna Matuszczak, II scenograf „Wielkiej wody”
Ewa Przedpełska

Odtwarza miasto z lat 90., tygodniami projektując je w najdrobniejszym szczególe, a potem… topi je w basenie. Puszcza z dymem swoje misterne konstrukcje i nie płacze, gdy budowana przez nią miesiącami scenografia po zaledwie trzech dniach zdjęciowych jest rozbierana do ostatniego okruszka. A wszystko to z pełnej pasji miłości do pracy! Martyna Matuszczak, mama i drugi scenograf genialnego serialu, opowiada nam o tym, co robi zawodowo.

Serial Netflixa „Wielka woda” opowiada o wydarzeniach z czasów tzw. powodzi tysiąclecia, która doświadczyła Dolny Śląsk pod koniec XX wieku. Od kilku tygodni bije rekordy popularności i zbiera wyjątkowo pochlebne recenzje widzów nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. W niemal 80 krajach uplasował się w pierwszej dziesiątce najchętniej oglądanych produkcji platformy. Martyna Matuszczak, mama 10-letniej Helenki i 8-letniej Krysi, II scenograf, opowiada nam o przygodach w czasie pracy nad „Wielką wodą”, odkrywaniu i uważnym słuchaniu siebie oraz ekscytacji, której nie da się wyłączyć żadnym guziczkiem.

Wiedząc, że żyje w ogniu wydarzeń, w drodze z planu na plan, podsunęłyśmy jej produkty naszych partnerów. W pędzącej z prędkością światła codzienności mogą się przydać każdej mamie pracującej.

Wyobrażam sobie, że tworzenie świata, dotkniętego tak ogromną katastrofą, to zupełnie inny kaliber działań niż urządzanie wnętrz. Jak się zalewa Wrocław?

Rzeczywiście było to ogromne scenograficzne wyzwanie, chociaż każde zadanie wydaje mi się wyjątkowe i wymaga odrębnego pomysłu. Dzięki temu naprawdę kocham to, co robię, i mogę się w tym nieustannie rozwijać. Jako drugi scenograf, i też przez wzgląd na moje architektoniczne wykształcenie i doświadczenie, jestem odpowiedzialna za projekty i budowę. W tym przypadku istotne było to, że nie budowaliśmy – jak to się zwykle dzieje – świata, który sami wymyślamy dla bohaterów, ale musieliśmy odtworzyć konkretne miejsca we Wrocławiu, i to 1:1. Są w tym mieście miejsca, które mało się zmieniły od lat 90., niektórych przedwojennych ulic nie dotknęła jeszcze wszechobecna pastelowa styropianoza, dlatego też jest on atrakcyjny dla historycznego kina i robi się tam dużo filmów.

Jako tło do wydarzeń posłużyła nam ul. Więckowskiego. Zadanie zaczęliśmy od dokumentacji. Wszystkie smaczki trzeba było zauważyć, zmierzyć, przerysować, by potem móc tę konkretną ulicę zbudować na nowo w basenie w Srebrnej Górze i tam zatopić. Zastosowaliśmy oczywiście parę zabiegów scenograficznych, ulicę musieliśmy choćby zwęzić i zamknąć, poza tym ten basen, w którym stawialiśmy dekorację, ma nierówne dno, więc trzeba było nieźle kombinować, by po zalaniu wodą tych różnic w wysokościach nie było widać. Pracowaliśmy nad każdym najdrobniejszym detalem – odwzorowaliśmy każde okno, każdy urwany parapet, każdą plamę czy odprysk na tynku. Miałam możliwość i przyjemność spędzać wiele godzin na budowie, działać razem z zespołem, malować, tynkować, eksperymentować – uwielbiam to. Potem tę samą ulicę przerobiliśmy jeszcze na dwie inne wrocławskie lokalizacje, do innych scen. Budowanie w basenie trwało około 8 tygodni i była to ciężka fizyczna praca, a jednocześnie cudowna zabawa. Jestem ogromnie wdzięczna losowi, że mi tę przygodę zaoferował.

Wkładasz w to ogrom zaangażowania i wznosisz coś, co ostatecznie zostanie zniszczone. Czy ta świadomość nie odbiera ci trochę radości z tworzenia?

Absolutnie nie. Niedawno miałam przyjemność pracować przy oprawie (jako drugi scenograf) do filmu historycznego i przez kilka tygodni budowaliśmy nasze dzieło, które potem, zgodnie z planem, spłonęło. To część zadania, po prostu. Chyba każdy w naszym zawodzie zdaje sobie doskonale sprawę, że to, co kreuje, jest na chwilę. Zresztą, my to właśnie dla tej chwili robimy. Szczególnie, gdy mamy ten komfort, że zostaje to uwiecznione i potem możemy zobaczyć efekty, oglądając film. W „Wielkiej wodzie” widać naprawdę dużo scenografii, co bardzo mnie cieszy.

Czy jesteś w ogóle w stanie obejrzeć ten serial jak zwykły widz? Doświadczyć emocji, jakich dostarcza obserwowanie żywiołu i ludzkich dramatów. Czy będąc częścią tej produkcji twój odbiór jest jednak inny – zawodowy?

Filmu, przy którym się pracuje, nie da się obejrzeć raz. Ten pierwszy odbiór jest zawsze, jak to powiedzieć… techniczny. Patrzę wtedy na detale, myślę, co można by poprawić, a co wyszło jednak w porządku, pomimo trudności. Przypominam sobie różne sytuacje z planu. Skupiam się na tym, jak ta nasza przestrzeń zagrała z innymi elementami. Dopiero, gdy oglądam ponownie, pojawiają się emocje. Obrazy z „Wielkiej wody” przywołały we mnie wiele wspomnień z czasów tej powodzi. Miałam wtedy 13 lat, było lato, a do moich rodziców przyjechali znajomi z Wrocławia, którzy widzieli tę klęskę na własne oczy, widzieli, jak bliscy im ludzie tracą wszystko. Słuchałam, jak się rozmawia o takich poważnych sprawach, o życiu, z lękiem o przyszłość.

Tworzenie scenografii to praca kreatywna, artystyczna właściwie, która z pewnością nie jest zajęciem od 8 do 16 i nigdy nie pozwala do końca wyłączyć głowy. Jak wygląda twój work-life balance? Czy udało ci się stworzyć taki system?

Może nie zabrzmi to dobrze, ale ja nie potrzebuję takiego balansu, równowagi między czasem na pracę a tym dla siebie. To, co robię, robię przecież właśnie dla siebie. To jest moja pasja i cały czas się spełniam. Poznaję ciągle nowych ludzi, podejmuję nowe wyzwania, właściwie co pół roku funkcjonuję w całkiem nowym świecie, w innej rzeczywistości, nawet historycznej. Skończyłam architekturę i długo pracowałam w biurze, więc mam porównanie i wiem, że tego typu zajęcie po prostu nie jest dla mnie. Nie cierpię przestojów, za to uwielbiam żywioł, kreowanie, działanie w grupie. Zawsze mówię, że mam jeden zawód z wykształcenia i drugi – z miłości.

Ta praca mocno uczy życia, trzeba szybko reagować, być zdecydowanym, co bardzo mi się podoba. Lubię o sobie myśleć, że taka właśnie jestem. Wiem już na pewno, że nie ma rzeczy, których się nie da jakoś rozwiązać, i w pracy, i w życiu. Mój rozwój jest więc silnie związany z tym, co robię, stąd ani przez chwilę nie mam poczucia, że mój system wymaga jakiś korekt, że nie ma w nim harmonii. Działam na wysokich obrotach i nie potrzebuję wyciszenia. Czasami myślę, że może jeszcze do tego nie dorosłam, a z drugiej strony to jest od zawsze częścią mnie – ta nadaktywność, nieustanna ciekawość. To raczej eskaluje niż spowalnia. Nie mam żadnego guziczka, który pozwoliłby mi to wyłączyć.

A potrafisz wyłączyć potrzebę organizowania w detalach przestrzeni wokół siebie?

Nie mam takiej potrzeby. Nie robię tabelek na życie. Wolę, jak coś mnie zaskakuje, bo mam wtedy szansę zareagować po swojemu. Oczywiście lubię ładne przedmioty i nie lubię żyć w bałaganie, ale nie przestawiam mebli co 3 miesiące, nie odkładam wszystkiego w jedno jedyne właściwe miejsce i nie znoszę do domu wszystkich rzeczy, które zwrócą moją uwagę. W tej mojej dziupli tak na co dzień niedużo się zmienia i bardzo mi to odpowiada, dokładam coś tylko od czasu do czasu. Nie jestem minimalistką, wiele domowych przedmiotów ma swoje lata i do wielu mam po prostu sentyment. W tej przestrzeni się żyje, więc i ona żyje.

Dziewczynki nie próbują cię kotwiczyć w rzeczywistości poza planami zdjęciowymi?

Nie muszą. Mimo tego, że sporo wjeżdżam, mam również czas dla nich. To jest kwestia umowy – zazwyczaj jeden tydzień mam megaintensywny, a drugi, ten spędzany z nimi, spokojniejszy. Moje córeczki nie znają innego trybu życia. Ich tata, z którym mamy opiekę naprzemienną, ma bardzo podobną pracę, więc ten poziom aktywności, przeżywania, szukania inspiracji, ekscytowania się jest dla dziewczynek czymś zupełnie naturalnym. Tak po prostu było u nas od zawsze. One również bardzo mi pomagają, chcą uczestniczyć w tym, co robię, a ja się chętnie z nimi dzielę emocjami, obserwacjami. Kiedy mówię, że muszę coś obejrzeć, bo szukam inspiracji, to robią to ze mną. Czasami udaje mi się nawet zabrać je ze sobą do pracy. Do Srebrnej Góry pojechały ze mną na dwa tygodnie i potraktowały to jak świetne wakacje. Malowały ze mną, tynkowały, a potem były szalenie dumne z siebie, widząc to wszystko na ekranie. Czasem przemycam na plan ich rysunki, pojawiają się potem w scenografii, co bardzo cieszy i mnie, i je. Myślę, że takie współdzielenie doświadczeń sprawia, że mamy świetną więź, jesteśmy siebie nieustannie ciekawe. Staram się rozmawiać z nimi szczerze o emocjach, bo to chyba jest najważniejsze w relacji z własnymi dziećmi.

Jak wygląda twój czas po pracy?

Bardzo lubię… chodzić. Kiedy mam wolną chwilę, idę na spacer, a ponieważ często jestem w nowych miejscach, jest to jeszcze ciekawsze. Mam okazję obserwować urbanistykę, odkrywać architektoniczne detale, bo przecież każde miasto wygląda inaczej: tu takie okno, tam taka krata, tu taka klamka. Bywa, że zabieram ze sobą dziewczynki i próbuję im te moje spacerowe odkrycia sprzedawać, co czasem kupują, a czasem je to nudzi. Mam jeszcze jednego bzika – uwielbiam jeździć samochodem. Wsiadam, zamykam się w tej małej kabince i jadę, dokąd chcę. W ogóle zwracam uwagę na samochody. Ostatnio strasznie choruję na jeden model, ale cały świat wybija mi ten zakup z głowy, więc jeszcze się nie zdecydowałam. To nietypowe dla mnie zachowanie, bo zazwyczaj działam sercem, a nie rozumem. Może więc jednak dorastam (śmiech)!

Dziękuję ci za rozmowę. Życzę wielu inspirujących wyzwań i obserwacji.

*

Pasjonująca praca, intensywny czas z dziećmi, bezmiar zadań do zrealizowania – dzień po dniu funduje nam kolejne wspaniałości, bez cienia ironii, ale czasem jednak ze szczyptą… nadmiaru. Oto kilka produktów, których wsparcie z pewnością okaże się cenne dla każdej aktywnej mamy. Martyna, szykując się na kolejny plan, zgodziła się je dla was pokazać.

ULGA DLA PLECÓW I KARKU – TRU+

Bóle pleców i karku to nieodłączny towarzysz macierzyństwa. Tak samo jak plamy z marchewki i trawy czy chroniczny niedobór snu. I zupełnie tak samo chcemy się ich przede wszystkim pozbyć. Najlepiej nieinwazyjnie, bez konieczności zażywania środków farmakologicznych czy odbywania kosztownych terapii, a idealnie również – bez wychodzenia z domu. Urządzenie Tru+ to medyczny elektrostymulator do właśnie takiej redukcji bólu. Wykorzystuje on potwierdzoną klinicznie metodę TENS (Transcutaneous Electrical Nerve Stimulation). Wystarczy przykleić elektrodę nad bolesnym miejscem, a wysyłane przez nią pod skórę impulsy będą stymulować nerwy, zablokują sygnał bólowy u źródła oraz pobudzą wydzielanie beta-endorfin – naturalnych substancji o działaniu przeciwbólowym. 30 minut sesji na własnej kanapie, żadnych skutków ubocznych i to niezwykłe uczucie… ulgi! Która z nas o tym nie marzy, niech pierwsza rzuci klockiem Lego.

AKCJA: REGENERACJA Z OGRANIQUE

Dobre kremy do twarzy i do rąk to absolutne minimum w kosmetyczce każdej mamy. Naprawdę nie oczekujemy cudów, wystarczy nam szybkie odżywienie, nawilżenie i zniwelowanie widocznych oznak zmęczenia. No, i może jeszcze kojącego zmysły (i zszargane nerwy) zapachu. Polska marka kosmetyczna Organique od ponad 20 lat stawia na wysokiej jakości surowce i maksymalnie przyjazną dla środowiska produkcję. Lekki krem do twarzy Pumpkin zawiera aż 95% składników pochodzenia naturalnego, w tym głęboko nawilżający ekstrakt z miąższu dyni, niskocząsteczkowy kwas hialuronowy, zwany eliksirem młodości, intensywnie regenerujący olej z awokado oraz ujędrniający ekstrakt z chrząstnicy kędzierzawej. Z kolei krem do rąk Black orchid wyróżnia się kompozycją cennych nawilżających tłuszczy: masła shea i zestawów olei, m.in. kokosowego, migdałowego i sezamowego. Ma też w składzie ekstrakt z prawoślazu o działaniu przeciwzapalnym oraz z kwiatów japońskiej wiśni, a ponadto – obłędnie pachnie. Gdy zaś sprzedamy dzieci babci, a męża – kolegom, warto odprawić na sobie maseczkowy rytuał: Organique oferuje nam Face Mask Hydration Basic Care z kwasem hialuronowym i emolientami do błyskawicznego nawodnienia oraz Regeneration Hand Mask z masłem shea i masłem kakaowym do intensywnej terapii skóry dłoni.

BUDZIK ZE ZDROWYMI NAWYKAMI – MUDITA BELL

A gdyby tak – wiemy, szalony pomysł! – zostawić smartfon za drzwiami sypialni? Unikamy w ten sposób pokusy przejrzenia wiadomości, co przecież zawsze skutkuje kolejną godziną mniej na sen oraz ekspozycją na niebieskie światło ekranu, które nasz mózg odbiera jako świtanie i sygnał do aktywności. Zamiast inwazyjnego telefonicznego alarmu może nas zaś budzić subtelny Mudita Bell – analogowy zegar polskiej marki, zachwycający nie tylko minimalistycznym designem, ale przede wszystkim spokojnymi dźwiękami, np. odgłosami natury lub instrumentów jak tybetańskie misy, ukulele czy dzwoneczki koshi. Możliwość wybrania ulubionej melodii, a także natężania światła podczas wybudzania sprawia, że proces ten przebiega łagodnie. Co więcej, wśród dźwięków zegara znajdziemy także tzw. biały szum – efekt akustyczny o potwierdzonym działaniu uspokajającym i wyciszającym, który sprawdza się idealnie np. podczas usypiania dzieci. Nie wątpimy zresztą, że i nam, dorosłym ułatwi zasypianie.

*

Materiał powstał we współpracy z: Mudita, TRU+, Organique, 

Dodaj komentarz