Pociągiem do Dani

Wakacje są po to aby cieszyć się nimi całą rodziną, aby pogodzić potrzeby każdego z podróżującej grupy. Kiedy byliśmy w dwójkę było łatwiej, jak jesteśmy w czwórkę musimy się bardziej nagimnastykować – ale udaje się! Co więcej okazuje się, że rzeczy, które z pozoru nie miały cieszyć mnie – okazały się miłą niespodzianką. I na odwrót, miejsca, które wybierałam pod siebie – okazały się strzałem w 10 dla dzieci. Zacznijmy jednak od początku. Oto nasz pomysł na pociągową podróż po Danii, dzień po dniu. Cytując mojego męża i pewnie hasło reklamowe InterCity: “podróż pociągiem to już początek wakacji”. Trudno się z tym nie zgodzić. Jadąc pociągiem, na miły początek spędzasz aktywny czas z dziećmi, ale też możesz się wyciszyć – nakładając im słuchawki na uszy i puszczając ulubione słuchowisko. W między czasie możesz podglądać zakątki miast, przyrodę pomiędzy miastami, miejsca, które możesz dostrzec tylko z szyby pociągu. To jest fajne. W krytycznych momentach zawsze działa zabawa w liczenia koni i krów,… Read more »

Co więcej okazuje się, że rzeczy, które z pozoru nie miały cieszyć mnie – okazały się miłą niespodzianką. I na odwrót, miejsca, które wybierałam pod siebie – okazały się strzałem w 10 dla dzieci.

Zacznijmy jednak od początku. Oto nasz pomysł na pociągową podróż po Danii, dzień po dniu.

Cytując mojego męża i pewnie hasło reklamowe InterCity: “podróż pociągiem to już początek wakacji”. Trudno się z tym nie zgodzić. Jadąc pociągiem, na miły początek spędzasz aktywny czas z dziećmi, ale też możesz się wyciszyć – nakładając im słuchawki na uszy i puszczając ulubione słuchowisko. W między czasie możesz podglądać zakątki miast, przyrodę pomiędzy miastami, miejsca, które możesz dostrzec tylko z szyby pociągu. To jest fajne. W krytycznych momentach zawsze działa zabawa w liczenia koni i krów, która nabiera szybkiego tempa jak tylko przekraczamy granicę z Danią.

Nasza trasa w pewnym uproszczeniu to: Warszawa – Poznań – Berlin – Lüneburg (przepiękne, małe, niemieckie miasteczko z absolutnie obłędną starówką – niektóre kamienice nawet z XIII wieku – i nowoczesnym uniwersytetem z budynkiem auli zaprojektowanym przez samego Libeskinda) – Hamburg – Billund.

Nasz pierwszy dłuższy przystanek to Billund, w którym spędzimy najbliższe 5 dni. Ale jeżeli pomyślicie – nuuuda – 5 dni w Legolandzie, to się mocno mylicie. Billund to serce (pewnie przede wszystkim ze względu na lotnisko) całego regionu, z którego z łatwością dostaniecie się do południowej, północnej, zachodniej i wschodniej Jutlandii.

Zaczniemy jednak od “nudy” czyli Legolandu. Świetnym pomysłem jest nocleg w Hotelu Legoland, dzięki któremu wchodzicie w klimat Lego od samego początku. Wrażenie jakie robi ten hotel na dzieciach (i na dorosłych również) bezcenne! Dzięki hotelowi również nie musimy stać w kolejkach – mamy bezpośrednie wejście do Legolandu i możemy do niego wchodzić zawsze kiedy mamy ochotę. Sam hotel ma dużo Lego smaczków, których odkrywanie daje wszystkim dużo radości.

Sam Legoland jest stworzony pod dzieci w wieku około 7 lat. W tym wieku już mogą faktycznie korzystać ze wszystkich atrakcji i cieszyć się nimi w pełni. Do tego zmierzają się po raz pierwszy z przełamaniem strachu w związku z kolejką górską czy domem strachu. Cały Legoland, nie jest za duży – nie jest za mały. Jest zrobiony z dużym wyczuciem i stylem. Nie jest przeładowany, ale dobrze wypełnia cały dzień całej rodzinie. Mi się bardzo podoba zmyślne podejście do tematu kolejek – przy atrakcjach, które wymagają dłuższego oczekiwania są ustawione stanowiska z klockami – aby zająć dzieci. No i frytki w kształcie klocków lego – robią szał!

 

Na Legoland poświęciliśmy półtorej dnia – idealnie aby się nim nacieszyć i wyjść na minimalnym głodzie – z gotowością do powrotu w przyszłości.

Następnego dnia wynajęliśmy auto i rodzinnie postanowiliśmy poznać okolice, w których się znajdujemy. Na dobry początek postawiliśmy na Monkey Park. To miejsce na pewno warto odwiedzić ze starszymi dziećmi. Na dziko, na drzewach, park linowy bliski filozofii dzikich dzieci.

Po południu ruszyliśmy do przepięknej miejscowości Kolding, która mieści znany na całym świecie Kolding School of Design. My zwiedziliśmy zamek, w którym jak się okazało była wystawa prac dyplomowych właśnie z tego uniwerystetu. Dzieciaki miały masę frajdy grając w kręgle z innej epoki i przymierzając stroje. W jednej z sal czekały też na nie warsztaty z robienia wachlarzy. Tak niewiele trzeba aby ożywić takie historyczne miejsce.

Ciekawe też jest to, że praktycznie w każdej galerii, zamku, które odwiedziliśmy na dzieci czeka lodówka z lodami. To miłe i bardzo pomocne w wielu kryzysowych sytuacjach.

Tego samego dnia czekała nas przeprowadzka. Czas na kompleks domków w Lalandii, tuż obok 
Legolandu. Jednak zanim skorzystaliśmy z uciech wielkiego aquaparku nacieszyliśmy się z prostych przyjemności samego kompleksu domków letniskowych: wielka dmuchana trampolina i krzaczki z poziomkami rosnące wszędzie dookoła. Czy trzeba czegoś więcej – patrząc na nasze i duńskie dzieci – wiemy, że nie.

W kolejnym dniu postanowiliśmy poznać kawałek wyjątkowej przyrody duńskiej. Odwiedziliśmy Vadehavscentret – centrum edukacyjne i muzeum, stanowiące bramę do unikatowego na skalę światową Morza Wattowego. Zaplanowana wycieczka z pełnym ekwipunkiem pozwoliła dzieciom na to co lubią najbardziej – bezkarne taplanie się w błocie w celu poszukiwania żyjątek, których w tym krajobrazie jest bezliku. To chyba jedna z ciekawszych wycieczek przyrodoznawczych w jakiej mieliśmy okazję uczestniczyć – trudno o lepszą lekcję biologii.

Tego samego dnia pojechaliśmy nad duńskie plaże Morza Północnego. Szerokość plaż zwaliła nas z nóg, piękno wydm porośniętych dzikimi różami totalnie zachwyciła. Refleksja na ten temat: dopiero tutaj dzieci stają się prawdziwe wolne i dzikie. Przynajmniej nasze. Patrząc na nie biegające i krzyczące do woli – poczułam, że to jest ten moment wakacji, na który czekałam. W każdym razie być w Dani i nie odwiedzić tego miejsca, to tak jakby nie być w Danii w ogóle.

Ostatniego dnia pobytu w Billund postanowiliśmy odwiedzić ZOO, co spotkało się z najmniejszym entuzjazmem naszych dzieci, które co tu dużo mówić, wychowane przez nas nie przepadają za obserwowaniem zwierząt w klatkach. Jednak namówieni przez osoby, które już tam były – zdecydowaliśmy się na tą wycieczkę i musimy przyznać, że duńskie zoo nas totalnie zaskoczyło bo… nie ma w nim klatek – autentycznie, zwierzaki hasają w otwartej przestrzeni. Wchodząc na teren małpek – to małpki biegają między nami, na teren lwów wjeżdżamy samochodem. Tego się nie spodziewaliśmy. A na całym terenie cała masa świetnych placów zabaw i wisienka na torcie – polski przewodnik!

Tego samego dnia wieczorową porą skorzystaliśmy z uciech wodnych Lalandi. Sam aquapark na pewno sprawi dużo radości tym, którzy w tego typu zabawach gustują. Duńczycy chyba je lubią, patrząc na obłożenie kompleksu. Nam w oko wpadła organizacja tak dużego kompleksu – choćby kojec dla dzieci w damskiej szatni (w męskiej też podobno jest!) i zakaz wstępu dzieci powyżej 6 roku życia do szatni o płci przeciwnej. Tak, duńskie dzieci są bardzo samodzielne.

Ostatniego dnia pożegnaliśmy Lalandię i ruszyliśmy do wyjątkowej wioski wikingów. Deszcz lał strasznie i założyliśmy, że odhaczymy, wpadniemy na chwilę i jedziemy dalej. Jakie było nasze zdziwienie, że mimo tak złej pogody spędziliśmy tam prawie 4 godziny. Ten skansen to wzorowy przykład tego jak powinny wyglądać tego typu miejsca. Pełen oryginalnych i świetnie odtworzonych elementów. Dzieci mogą wszystkiego dotkąć, spróbować, wziąć udział w lekcji walki, czy zebraniu rady… bo właśnie kluczowi są tam ludzie – wolontariusze, którzy całymi rodzinami, żyją w tym skansenie tak jak się żyło kiedyś. Niesamowita przygoda, tak się przenieść choćby na kilka godzin do zupełnie innej rzeczywistości.

Ostatniego dnia naszej podróży ruszuliśmy do Aarhus – drugiego co do wielkości miasta w Dani. Na airbnb znaleźliśmy przemiłe mieszkanie usytuowane w miłym domku między blokami. Prawdziwa perełka! Naszą tradycją już jest, że podróżując musimy w każdym mieście odwiedzić muzuem sztuki. Jednak to co czekało na nas w ARoS Aarhus Kunstmuseum przeszło nasze oczekiwania. Wśród 5 wystaw, które odwiedziliśmy nie było ani jednaj słabej. Wszystko żywo interesowało zarówno nas jak i nasze dzieci. Począwszy od absolutnie obłędnej tęczy na dachu muzeum autorstwa Olafura Elliasona, przez fenomenalną wystawę poświęconą ogrodom, a skończywszy na gigantycznej rzeźbie … długo nie mogliśmy stamtąd wyjść. A na sam koniec nasze dzieci poprosiły o powtórkę z rozrywki. To był nasz ostatni duński punkt w wyciecze. Czas na pociąg i powrót do domu, ale po drodze…

Wisienka na torcie – Hamburg, na tydzień przed szczytem G20. Piękne, świetnie zaprojektowane miasto, po którym super spaceruje się z dziećmi. Perełki nowoczesnej architektury pięknie wkomponowane w stare magazyny portowe i kamienice. Odwiedziliśmy robiący ogromne wrażenie Miniatur Wunderland – największą na świecie kolejową makietę, a właściwie cały miniaturowy świat – i wypiliśmy najlepszą w naszym życiu kawę. Czy można chcieć czegoś więcej od wakacji?

Na koniec dodamy, że cały nasz urlop trwał 10 dni. Spędziliśmy prawie 30 godzin w pociągach. Wróciliśmy pełni nowych inspiracji i nasyceni wspólnym czasem. Wypoczęci, nie zmęczeni odpoczynkiem, z motorem do planowania kolejnych podróży i poznania więcej i więcej. Podróżować jest bosko!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.