od czytelników

Od czytelników Ładne Bebe

Bogusia o edukacji domowej

Od czytelników Ładne Bebe
archiwum domowe

Napisała do nas Bogusia Łuka – mama trójki dzieci i matka założycielka Fundacji Uniwersytet Dzieci, która od kilkunastu lat rozwija potencjał twórczy i intelektualny najmłodszych. Opowiada o problemie dzieci, które wypadły z systemu edukacji.

W liście do redakcji Bogusia opisuje, jak radziła sobie z podobnym problemem w nauce swojej córki: „Dwa miesiące wakacji nie pomogły. Początek roku szkolnego i myśl o pójściu do szkoły nadal wywoływała ataki paniki, histerię i niekończący się potok słów, z którego najlepiej mogłam zrozumieć: NIE, NIE, NIE! Żadne znane mi wtedy argumenty, dlaczego warto się uczyć nie pomagały”. Jak sobie z tym poradziła? Posłuchajcie.

Wybuch pandemii był jak wybuch bomby z opóźnionym zapłonem. Swoim zasięgiem dotknął dzieci z całej Polski i całego świata. Z powodu epidemii z systemu edukacji wypadło ponad 1,6 miliarda uczniów (wg raportu pt. „Save our education” opracowanego przez międzynarodową organizację pozarządową, działającą na rzecz dzieci – Save the Children. Pełna treść raportu tutaj). To tyle, ile łącznie mieszkańców w Afryce i Europie. Wyobraź sobie, że oni nagle wszyscy znikają.

Co to znaczy wypaść z edukacji? Tacy uczniowie nie pojawiali się na lekcjach online i nie odrabiali prac domowych. Zwykle nie było z nimi kontaktu, a z rodzicami był on bardzo utrudniony. Szkołom brakowało informacji, co się z nimi dzieje. Nie ma jeszcze w Polsce na ten temat precyzyjnych danych. Te, które są (np. Centrum Cyfrowe), pokazują, że w większości szkół w każdej klasie, zarówno podstawowej, jak i liceum i technikum, nie uczestniczyło co najmniej jedno z uczniów i uczennic.

Dłuższe zamknięcie w domu, praca z włączoną kamerą, brak bezpośredniego kontaktu z rówieśnikami i nauczycielami, oraz praca pod presją czasu nasilały trudności rozwojowe i kryzysy psychiczne. Liczba dzieci zgłaszających znaczne obniżenie nastroju, stany lękowe i myśli samobójcze bardzo zwiększyła się w ostatnim czasie. Okazało się, że uczniowie, choć biegli w obsłudze mediów społecznościowych oraz komunikatorów, nie potrafią często odebrać maila, wejść we wskazany link, wysłać załącznika ani skorzystać z narzędzi online do pisania i liczenia.

Jednym z takich dzieci, które wypadły z systemu edukacji, była również Marta, moja córka. Swoją edukację zaczęła jako sześciolatka pełna pasji, radości i ciekawości. Jej supermoce to zdolności manualne i plastyczne, a także zadawanie pytań. Pytania sypały się zwykle bardzo często w każdym możliwym momencie. Znacie to pewnie z autopsji – 7:50, korek, jedziemy na ostatnią chwilę, ja już prawię warczę, a tu: „Czemu choinka rośnie w kształcie stożka? Skąd królik ma tłuszcz, skoro nie je mięsa? Dlaczego ludziom nie rosną zęby jak rekinom? Czy język to mięsień? Dlaczego niektórzy ludzie wiedzą, gdzie jest północ bez sprawdzania?“. Marta zmaga się oczywiście ze swoimi trudnościami: pisanie odręczne (jest dysgrafką), liczenie w pamięci oraz matematyka abstrakcyjna. Dużo łatwiej się uczy, gdy czyta i słucha, a nie notuje. Kiedy w marcu nastąpiła nagła zmiana sposobu uczenia, Marta – z dziewczynki pełnej wrażliwości i w trakcie budowy swojego pola siłowego – stała się kłębkiem nerwów, z atakami paniki na samo hasło „lekcje zdalne”.

W nowej rzeczywistości zamiast pani, która była obecna i tłumaczyła, pojawiły się lekcje w prezentacjach i w filmach. Okazało się, że jest dużo pisania na komputerze i obsługi komputera, czego zwykle było mało. A jednocześnie wszystko podobnie monotonne: włącz komputer, słuchaj, odpowiadaj, napisz, wyślij. Pojawiło się dużo notatek do robienia w trakcie prezentacji, dużo zadań do zrobienia pisemnie. Nie było obok koleżanki, do której zeszytu można zajrzeć. Nie można się było zgłosić i zapytać, albo poprosić panią o powtórzenie, bo nie działał mikrofon w komputerze. Do tego, to nie była ławka w szkole, tylko biurko w domu, które do tej pory służyło do zabawy, klejenia i malowania.

Zupełnie nowe wymagania i brak czasu potrzebnego na poznanie i zaakceptowanie nowej rzeczywistości skutkował tym, że Marta z wielkim trudem zakończyła rok szkolny 19/20. Zaczęły się dziwne, trochę pandemiczne wakacje. W trakcie letnich porządków wszystkie podręczniki, zeszyty i piórnik znalazłam upchnięte na dnie worka ze śmieciami.

Dwa miesiące wakacji nie pomogły. Początek roku szkolnego i myśl o pójściu do szkoły nadal wywoływały ataki paniki, histerię i niekończący się potok słów, z którego mogłam zrozumieć: „NIE, NIE, NIE!”. Żadne znane mi wtedy argumenty, dlaczego warto się uczyć, nie pomagały. To było dziecko nie do poznania – zagubione, zdekoncentrowane i pozbawione motywacji. Jeśli dzieci nie czują się bezpiecznie i nie odnajdują się w zmienionym środowisku, nie ma szans, aby nauka sprawiała im radość.

„Kiedy w marcu nastąpiła nagła zmiana sposobu uczenia, Marta – z dziewczynki pełnej wrażliwości i w trakcie budowy swojego pola siłowego – stała się kłębkiem nerwów, z atakami paniki na samo hasło: lekcje zdalne”.

Co zrobiłam? Odpuściłam. Złożyłam wniosek o edukację domową, która pozwala na zaliczenie materiału podczas jednego egzaminu (bez konieczności pisania kartkówek, sprawdzianów, odpowiedzi ustnych i zadań domowych). I skupiłam się na motto Einsteina: Chcesz mieć mądre dziecko, czytaj mu bajki. Najpierw były audiobooki, potem książki, dużo książek. Ich bohaterowie byli inspiracją dla córki – pokazywali świat, w którym mimo przeciwności losu znajdowali przyjaciół i szukali rozwiązań. Starałam się budować poczucie bezpieczeństwa na nowo. W tym czasie Marta przetestowała chyba wszystkie techniki malarskie i rysunkowe, a także rzeźbienie, szycie i majsterkowanie. Potem były zajęcia z kajakarstwa slalomowego (bo mamy blisko) i strzelanie z łuku sportowego (bohaterowie, wiadomo).

Zimą powoli pojawiły się pytania. Na początku nieśmiałe, a potem coraz częstsze. Wyobraźnia i swobodny umysł nie mają granic i nieobciążone lękami, same z siebie szukają nauki. W drugim półroczu udało mi się znaleźć życzliwe osoby, które pomagają w uczeniu po prostu, bez oceniania. Studentki, które uczyły się z Martą, pomagały jej opanować potrzebny materiał i sprawdzały, czy go rozumie.

Teraz już wiem, że dla Marty najlepszym sposobem nauki jest kontakt z druga osobą, która chce jej pomóc zrozumieć i zapamiętać. I wiem też, że pisanie pisakami po blacie stołu w kuchni jest frajdą samą w sobie, a pozwala na zapamiętywanie potrzebnych informacji (no i da się zmyć, jeśli używa się pisaków do tablicy). Marcie udało się zaliczyć rok w dobrej atmosferze, ze świadomością, które przedmioty są ciekawe, choć trudne, a które po prostu są.

Jaka z tego lekcja dla rodzica? Ja nauczyłam się obserwować w milczeniu moją córkę. Bez nadmiernego zalewania jej dobrymi radami (wiadomo, piekło jest nimi wybrukowane w całości). I w końcu sama nauczyłam się zadawać pytania, te dobre, które nie atakują: Jak ci pomóc? Co chcesz? Jak chcesz? Z czym się zmagasz? Co jest trudne? Jak ci pomóc?

Powtarzam w myślach: Primum non nocere – Po pierwsze nie szkodzić. Złota zasada Hipokratesa, którą przysięgają przestrzegać adepci medycyny. Ona wykracza swym zasięgiem daleko poza obszar świata medycyny. Powinna być pierwszą zasadą rodzica i każdego, kogo działanie związane jest z osobą ludzką. Nie wiem, co będzie dalej, ale cokolwiek się zdarzy, ta lekcja daje mi siłę i spokój.

Bogusia Łuka – mama trójki dzieci i matka założycielka Fundacji Uniwersytet Dzieci, która rozbudza dziecięcą ciekawość. Opowiada o problemie dzieci, które wypadły z systemu edukacji. Pokazuje, jak radziła sobie z podobnym problemem w edukacji swojej córki.

Dodaj komentarz