rozmowa o macierzyństwie

Nigdy nie czułam się taka samotna

Rozmowa o macierzyństwie z Małgosią Mostowską

Nigdy nie czułam się taka samotna
archiwum rodzinne

Tak to sobie wyobrażałam: urodzę, wchodzę z powrotem na matę, jestem szczupła i oczywiście robię dalej to, co robiłam, a dziecko śpi – opowiada mi Małgosia, instruktorka jogi dla tysięcy praktykujących i mama dwóch małych córeczek. Macierzyństwo przenicowało jej życie na wylot. I stało się ścieżką rozwoju, drogą ku empatii, rozumieniu siebie i innych.

Gosia Mostowska, joginka, nauczycielka i autorka kanału na YouTube z propozycjami praktyki, jest mamą dwóch córek: 3-letniej Ani i 10-miesięcznej Asi. Kiedy je odwiedzam, Ania jest w swoim, inspirowanym rodzicielstwem bliskości przedszkolu. Asia posyła cudny uśmiech maluszka, który właśnie wybudził się z drzemki i ma ochotę prezentować nowe uzębienie. Słońce, taras, sielanka. Tymczasem w naszej rozmowie oprócz słońca jest też cień, tak jak – jestem tego niemal pewna – w każdym doświadczeniu macierzyństwa. Dojrzewanie do bycia matką jest pełne zmagania się ze sobą, z niespełnionymi lub odkładanymi na później potrzebami. U Gosi swoje trzy grosze dorzuciła też choroba i operacja ucha.

Gosiu, nie znałyśmy się przed tą rozmową. Znam tylko twoje konto na
Instagramie. I zobaczyłam tam historię przemiany. Kilka lat temu zaczęłaś od publikowania zdjęć superszczupłej dziewczyny w imponujących pozycjach jogi.

… i pięknych cytatów do tego.

Teraz czytam u ciebie opowieść kobiety z krwi i kości.

Tak, widzę to również. Tamta Gosia jest zupełnie inna niż ja dzisiaj, kiedy urodziłam moje dziewczyny. Kiedyś byłam całkowicie skupiona na jodze, ważne było dla mnie także smukłe, zgrabne ciało. Moja miłość własna była warunkowa – dbam o siebie, jestem zdrowa, jestem zgrabna… A potem urodziłam Aneczkę. Wydawało mi się, że wszystko o dzieciach wiem, że przeczytałam wszystkie książki.

I co?

Nagle się okazało, że nie wiem nic. Nie byłam przygotowana na to, jak wygląda poród i nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Wcześniej myślałam, że po prostu urodzę dziecko i będę miała płaski brzuch. Położna rzuciła: A pani to chyba jeszcze jedno dziecko zostało, taki ma pani brzuch. Kiedy urodziłam Asię, drugą córkę, miałam już inną świadomość tego, co dzieje się z ciałem. Zrozumiałam, że moje ciało, że każde ciało po porodzie jest w OK. Jedne kobiety będą miały brzuch, jakby nadal były w ciąży, ale będą też takie, które wyjadą z porodówki z płaskim brzuchem, jakby w ogóle w ciąży nie były – i to też jest OK.

To wtedy zmieniły się twoje posty na Instagramie?

Chciałam pokazać, jak wygląda normalne ciało po porodzie – że kobieta jest zmęczona, że może nie wiedzieć, co się z nią dzieje. Warto się nastawić na to, że będzie trudno, że będą łzy, że będzie brzuch, że ciało wygląda zupełnie inaczej. Mamy prawo się fatalnie czuć po porodzie. Kiedy urodziłam Anię, pojawiła się myśl: OK, to już? A przecież miałam myśleć: wow, jest moje dziecko, jestem szczęśliwa, kocham siebie, kocham dziecko. Przeżyłam to zaskoczenie jako coś bardzo trudnego.

Przygotowujesz inne kobiety na to, na co sama nie byłaś przygotowana?

Przed porodem czytałam książki amerykańskich psychologów, którzy opisywali rozwój płodu i dziecka. Nie trafiłam na aspekt emocjonalny. I było też tak, że kobiety, które obserwowałam w social mediach, wzmacniały ten idealny, fałszywy obraz. Pamiętam film pewnej joginki – my morning routine with my child. Dziewczyna rano wstaje, jej dziecko jeszcze śpi, ona się spokojnie ogarnia, dziecko wstaje, ona je bierze i jedzą razem śniadanie. Potem dziecko się bawi, a ona idzie pod prysznic, zakłada ubranie jogowe, odkłada dziecko do łóżeczka, wychodzi z pokoju, a ono samo zasypia. Dziewczyna idzie na matę, robi jogę i akurat kiedy kończy, dziecko się budzi szczęśliwe. Więc tak to sobie wyobrażałam – urodzę, wejdę z powrotem na matę i oczywiście robię dalej to, co robiłam do tej pory. A dziecko śpi.

Spadłaś z wysoka?

Najgorsze, co możesz mieć, to te oczekiwania. Byłam w szoku, ale też w żalu. Miałam żal, że jestem z tym sama. Czułam się taka samotna, najbardziej samotna w swoim życiu. Ani ja, ani mój Jacek nie byliśmy przygotowani na to dziecko, fizycznie czy psychicznie. Wcześniej mieliśmy niewiele do czynienia z dziećmi. I nagle: bum! – coś tak ogromnego, z czym nie potrafiliśmy sobie poradzić. Jacek jeździł do pracy, żeby odreagować. Zostawałam sama, szłam z Anią na spacer i płakałam. Łzy leciały mi po buzi, czułam, że chciałabym teraz na przykład nagrywać film, odpocząć, albo spotkać się z kimś. Wiedziałam, że nie jestem w miejscu, w którym chcę być. Funkcjonowałam w miarę normalnie, ale było mi strasznie źle.

Odczuwałaś żałobę za tym obrazkiem, który się nie spełnił?

W mojej żałobie było też pytanie: dlaczego ja się w ogóle na to zdecydowałam? Lepiej mi było jako singielce albo w ogóle bezdzietnej. Często wracałam – i do tej pory czasami tak robię – do wyobrażania sobie: A jakbym była teraz na Bali, bez dzieci? I bym sobie tam siedziała, robiła jogę, sączyła jakiś koktajl, prowadziła zajęcia dla ludzi. Ale bym miała fajne życie. Dziś to jest jakaś forma tęsknoty, wtedy to było głębokie rozżalenie.

Miałaś jakieś wsparcie?

Odrzucałam pomoc. Moja mama od razu zaproponowała, że do nas przyjedzie, ale wolałam zobaczyć, jak to jest samej wszystko przeżywać. Dziś uwielbiam, kiedy do mnie przyjeżdża. Ktoś jest wtedy ze mną na co dzień. Pracuję z domu i nie mam kontaktu z ludźmi, czasem ktoś do mnie przyjedzie, ale – wiadomo – każdy też ma swoje życie i swoje obowiązki. Mam kilka takich dziewczyn, które są po prostu przecudowne: Gosia, potrzebujesz czegoś? Przyjadę! Wezmę twoją Asię, a ty idź się przejść, idź się prześpij, zrób sobie coś do jedzenia, odpocznij.

Korzystasz?

Na początku mi nie szło. Raz przyjechał mój teść i wziął Anię na spacer. W tym czasie pracowałam. Nie było opcji, że się położę, prześpię, odpocznę. Mam wolny czas, więc muszę coś stworzyć albo zrobić jogę, żeby szybciej wrócić do formy. I udowodniłam sobie, że mogę wszystko sama, bez kompromisów. Matko, przecież ja już miesiąc po urodzeniu Ani planowałam warsztaty. Jeździłam po całej Polsce z laktatorem, w pociągu, w toalecie odciągałam mleko. Po co? Żeby sobie udowodnić, że mogę. No to raz sobie udowodniłam że mogę, że się da i wystarczy. Dziś wiem, że naprawdę nie muszę tego robić. Teraz na pierwsze warsztaty pojechałam z Asią, która miała 9 miesięcy, wzięłam ze sobą pomoc.

Przeżyłam to, co przeżyłam, i przy drugiej ciąży moje podejście zmieniło się całkowicie. Pojawił się natomiast nowy wyrzut sumienia: było mi szkoda czasu spędzanego we dwie ze starszą córką, Aneczką. Zaczęłam tęsknić za czasem, kiedy byłyśmy same i rozżalać się, że o matko, może to nie była dobra decyzja? Czy ja nie zrobiłam Ani krzywdy? Skontaktowałam się z pedagożką i psycholożką, które podpowiedziały, jak mogę Ani pokazać, że cały czas jest dla mnie bardzo ważna. Szukanie wsparcia specjalistów to dobry krok. Trafiłam na świetną pedagożkę i teraz, jeśli mam rodzicielskie rozterki, od razu do niej piszę. Dobrze jest usłyszeć: Gosia, to jest OK, to jest normalne, odczuć ulgę, że nie jestem wyjątkiem, moje dzieci nie są wyjątkiem.

Chciałaś mieć drugie dziecko?

Wiedziałam, że albo nie będę mieć dzieci w ogóle, albo przynajmniej dwójkę. Więc kiedy już urodziła się Ania, czekałam, aż się jako tako ogarnę, żeby zajść w drugą ciążę. I dopiero kiedy urodziła się Asia, zrozumiałam, dlaczego to jest takie trudne. I dlaczego moje znajome, które miały dwójkę dzieci z małą różnicą wieku, mówiły: Gosia, pierwszy rok jest trudny. Ale to się sama przekonasz.

Znajome kobiety pomogły ci przejść przez ten czas?

Najpierw mało kontaktowałam się z kimkolwiek. Jeszcze w ciąży bardzo dużo pracowałam, chciałam zrobić jak najwięcej, i kontakty ze znajomymi się osłabiły. Miałam 32 lata, kiedy urodziłam Anię. Moje koleżanki zdecydowały się na to wcześniej i już wtedy nasze drogi zaczęły się rozchodzić. Widywałyśmy się rzadziej, trudniej się było umówić. A ja nigdy nie byłam taka do dzieci. Przychodziłam w odwiedziny do świeżo upieczonych matek, chciałam je wesprzeć, jak mogłam. Teraz wiem, że w ogóle ich nie wspierałam. Pamiętam, jak moja ukochana znajoma powiedziała: Nawet nie mam kiedy głowy umyć. A ja na to empatycznie: aha, rozumiem, rozumiem. Teraz powiedziałabym: idź, myj tę głowę, zostanę z dzieckiem, wyjdę z nim na spacer, a ty zrób swoje, czegokolwiek potrzebujesz. Kiedy znajome dawały mi dziecko na ręce, myślałam: tylko się nie rozpłacz. Nie interesowałam się dziećmi i ich nie rozumiałam. To był chyba strach przed nieznanym. Nie czułam się dobrze w towarzystwie dzieci, przeszkadzało mi, kiedy chciałam porozmawiać głęboko, a dziecko przerywało rozmowę. Zaniedbałam te kontakty i później było mi po prostu głupio nagle odzywać się i się żalić.

Dużo zmieniło dla ciebie odkrycie idei rodzicielstwa bliskości?

Tak, to sprawiło, że zaczęły się we mnie budzić instynkty macierzyńskie. Zrozumiałam, że dziecko nie płacze, bo chce mi zrobić na złość czy uprzykrzyć życie. Ono po prostu jest tak bezbronne i tak bardzo mnie potrzebuje, że chce mnie w ten sposób o czymś poinformować. Jak to odkryłam, poczułam się prawdziwą mamą. Mamą, która potrafi zadbać o swoje dziecko. Bo ten pierwszy rok był taką karuzelą: niby jestem już OK jako mama, ale za chwilę jestem beznadziejna.

Opowiadasz o macierzyństwie jak o ścieżce rozwoju osobistego

Najbardziej rozwinęłam się dzięki moim dziewczynom. To jest niesamowite, bo myślałam, że będę się cofać. Urodzę dzieci i mój rozwój osobisty stanie w miejscu, bo nie będę miała na nic czasu. Kiedyś mój rozwój osobisty polegał na tym, że chodziłam na wykłady i szkolenia. Czytałam mnóstwo książek, medytowałam przez godzinę… Teraz mam trening rozwojowy w życiu codziennym. Nauka cierpliwości i opanowania, mówienie wprost o swoich emocjach – to moje sukcesy.

Opowiedz o Jacku, tacie dziewczynek.

Kiedy jest niedziela wieczór, to Jacek wzdycha: Jak dobrze, w poniedziałek idę do pracy i w końcu odpocznę. Początek rodzicielstwa był dla nas trudny. Liczyłam, że Jacek przyjdzie z pracy i mnie wyręczy, weźmie ode mnie Anię i wtedy odpocznę. A on też wracał zmęczony z pracy i też chciał odpocząć. Totalnie się nie rozumieliśmy. Przeszliśmy kryzys, pierwszy bardzo poważny. Kiedy Ania miała 5 miesięcy, wyjechaliśmy do Włoch. Siedzieliśmy wtedy w tym pięknym otoczeniu Dolomitów, cudowne słońce, i nagle mówię: Jacek, musimy porozmawiać, bo nie możemy tak tego ciągnąć. Po raz pierwszy powiedzieliśmy sobie, jak nam było źle przez ten czas – po pięciu miesiącach. Wcześniej płakałam, Jacek widział moje łzy, ale mówił, że musi jechać do pracy. I wreszcie coś kliknęło. Przychodziły kolejne większe i mniejsze kryzysy, do tej pory jest różnie. Dużo pracujemy ze sobą, nad sobą, rozmawiamy. Ojcostwo zmieniło Jacka w tatę, w mężczyznę. Jestem z niego dumna, z pracy, którą wykonał. Ewoluowaliśmy jako związek i jako osobne jednostki. To jest bardzo trudny proces.

Jacek jest wyluzowany, często powtarza: Gosia, weź ty się połóż, odpocznij. Denerwuje mnie to, ale z drugiej strony podziwiam Jacka i trochę mu zazdroszczę tego, że w wolnej chwili on się po prostu kładzie na łóżku. A ja, kiedy jest ta chwila, ogarniam kuchnię, ubrania dziewczyn. No, po prostu ogarniam, a Jacek w tym czasie sobie leży. Jestem wkurzona, że powinien mi pomóc, dlaczego ja robię to sama? A z drugiej strony sobie myślę: też bym tak chciała, odpocząć, nawet położyć się obok niego.

Udało ci się tak położyć?

Raz. Tak sobie leżeliśmy, rozmawialiśmy i myślałam – fajnie jest zapomnieć o tym, że jest jakieś pranie, że są jakieś naczynia w zmywarce i że trzeba zrobić dziewczynom jeść. A ja lubię, kiedy w domu jest fajna, ciepła atmosfera, kiedy jest w miarę czysto i estetycznie, jedzenie jest ugotowane. Chcę, żeby w domu moich córek była mama, która się kręci w kuchni, coś ugotuje, gra fajna muzyczka. To jest budowanie obrazu ciepłego, czystego i kojącego domu. Ciężko byłoby wszystko tak zupełnie zostawić.

Na moje przyjście zebrałaś zabawki Asi z podłogi.

Żebyś nie musiała na paluszkach chodzić i ich omijać. Czasami sobie mówię: co by było, gdybym po prostu teraz to zostawiła? Czy świat się zawali? Nie. A co by było? I zastanawiam się – na czym mi bardziej zależy? Na tym, żeby odpocząć, czy na tym, żeby ugotować zupę? I czasami bardziej mi zależy, żeby ugotować zupę. Może hormony mnie tak napędzają, bo w nocy nie śpię jakoś rewelacyjnie, Asia się jeszcze dużo budzi. W ciągu dnia, kiedy Asia się bawi na podłodze, kładę się obok niej na 10 minut. Leżę i na nią patrzę. To też jest pewien odpoczynek.

Masz za sobą moment, w którym zatrzymało cię twoje ciało.

To był chyba jeden z najtrudniejszych momentów w moim życiu. I hospitalizacja, i późniejszy powrót do domu, do malej Ani. Byłam w piątym miesiącu ciąży z Asią i czułam, że potrzebuję więcej odpoczynku. Zaczęło się od tego, że chore byłyśmy i Ania, i ja. Zamiast się leczyć, opiekowałam się Anią. Leżała na mnie godzinami w ciągu dnia. Nie potrafiłam wtedy zadbać o siebie, bo chciałam najpierw zadbać o Anię. Miałam zapalenie ucha i pojawiły się powikłania. Ból ucha przerodził się w ból głowy. Taki, że nie spałam, siedziałam i płakałam. Poszłam do ginekologa na zwykłą wizytę, a on mówi, że pacjentki często zgłaszają w ciąży ból głowy. Może tak, pomyślałam, może przesadzam trochę. Często słyszymy, że przesadzamy i to zaburza nasze czucie samych siebie. W końcu poszłam do laryngologa. To była szybka akcja, zrobili mi rezonans i od razu poszłam na operację.

Otarłaś się o śmierć, swoją i Asi.

Myślałam wtedy tylko o tym, że Ania jest daleko ode mnie, że ja się nawet z nią nie pożegnałam, bo Aneczka spała w foteliku, kiedy powiedziałam Jackowi: no dobra, to wejdę do szpitala, zaraz do was wyjdę. Kiedy już wiedziałam, że nie wyjdę, napisałam do Jacka: jedźcie, nie czekajcie na mnie. To było tak trudne – że Ania nie będzie wiedziała, co się dzieje z jej mamą, i że ja też nie wiem, co będzie, czy i kiedy wrócę. Myślałam o tym, że Jacek będzie szukał kogoś do opieki nad Anią, bo musi iść do pracy. Świadomość powagi sytuacji przyszła po operacji. Poczułam największą wdzięczność, jaką kiedykolwiek czułam. To takie uczucie, że jestem kochana przez wszechświat i dostałam największy prezent, jaki można dostać. To było jak światło wychodzące z klatki piersiowej. Byłam wdzięczna za życie, za pomoc lekarską, za to, że czuję kopniaki Asi w brzuchu.

Wiedziałaś, że możesz stracić ciążę?

To było zapisane gdzieś w tych papierach, które musiałam podpisać. Przed operacją przyszła do mnie psycholożka, było bardzo mało czasu na rozmowę. Powiedziała, że potrzebuje ode mnie podpisów, a ja nawet nie chciałam wiedzieć, co tam jest napisane. Pamiętam łamiący się głos mojej mamy w telefonie. Mówiła, że będzie dobrze, a prawie płakała. Mówiła: Zadzwoń, kiedy będziesz po. Ale nie wiedziałam, kiedy będę po.

Wróciłaś do ginekologa, który zlekceważył ból głowy?

Tak. Przywiozłam mu dokumenty ze szpitala i otworzył szeroko oczy. Skala tego, co się działo w moim organizmie, nie odpowiadała objawom. Ropień był bardzo rozległy, stanowił zagrożenie dla życia. Lekarz, który przyszedł do mnie po operacji, powiedział: Pani nam dała tyle radości, tyle satysfakcji! To było wspaniałe móc operować panią. My o takich przypadkach tylko w książkach czytamy, takie rzeczy się nie zdarzają na co dzień. Nie pokazywałam objawów: nie miałam wykrzywionej twarzy ani paraliżu. To prawdopodobnie zasługa ciąży i tego, co w tym czasie dzieje się z układem odpornościowym.

Wspomniałaś, że powrót do domu był trudny.

Wiedziałam, że te powikłania się wzięły stąd, że wcześniej, podczas infekcji, nie dałam sobie tego, czego potrzebowałam. Wróciłam ze szpitala osłabiona, w ciąży, i potrzebowałam codziennie zrobić sobie chociaż krótką drzemkę. I nagle jest Ania, która wymaga, która tęskniła za mamą i chce ze mną spędzać więcej czasu, z którą jestem od rana do wieczora. W momencie, w którym naprawdę potrzebowałam odpoczynku, nie mogłam tego zrobić, nie miałam po prostu takiej możliwości. I wydaje mi się, że to jest najtrudniejsze – chorować, mając małe dzieci. Nie możesz sobie na to pozwolić – no, nie ma takiej opcji. Twoje ciało domaga się odpoczynku, a ty po prostu nie możesz. To jest trudne.

W samolocie podajesz maskę tlenową najpierw sobie, dopiero później dziecku.

Coraz więcej potrafię o siebie zadbać. Nie jestem dla siebie najważniejsza w stu procentach, ale ćwiczę. Jest tak, że jak Aneczka czegoś ode mnie potrzebuje, na przykład rano mnie woła: mama, przyjdź, odpowiadam: Aneczko, potrzebuję najpierw ubrać się, napić się wody, umyć zęby i dopiero przyjdę. Pokazuję i sobie, i jej, że mama jest ważna i że może mieć swoje potrzeby.

Operacja ucha nauczyła mnie także szacunku dla sygnałów płynących z ciała, także moich dzieci. Były takie sytuacje, że ktoś mówił mojej płaczącej po upadku córce: Ania, daj spokój, nic się nie stało. Od razu mówię: stop. Pytam Anię: Co się stało? Boli cię?. Absolutnie nie pozwalam na to, żeby mówić do dziewczyn: nie przesadzaj, przecież nic się nie stało, dlaczego płaczesz? Jeśli płaczesz, najwyraźniej masz powód. Zbyt często dzieciom nie pozwala się na odczuwanie emocji, przez na przykład odwracanie uwagi od tego, że jest im źle. I wiem, że czasami płacz wysłuchanego dziecka trwa dłużej, niż gdybym powiedziała o, zobacz, ptaszek leci. Tylko właśnie nie chodzi o to, żeby nam było wygodniej, tylko o to, by dziecko potrafiło sobie poradzić ostatecznie z tymi emocjami samo.

Napisałaś, że wyleczone ucho to wciąż na nowo powód do wdzięczności.

Tak, i źródło mocy. Doświadczenie macierzyństwa i choroby pokazały mi, jak silną jestem kobietą. To jest trudne do opisania. Jako mama jestem dużo silniejsza, aniżeli ja jako ta Gosia bezdzietna. Przypominam sobie dawną siebie: jak inaczej patrzyłam na życie, na siebie i na wszystkich wokół. To się niesamowicie zmieniło, od kiedy mam córki, i mogę być im tylko wdzięczna za to, że się pojawiły na tym świecie, i za to, że sobie wybrały nas jako rodziców, bo w życiu sama bym nie poszła tak do przodu. Albo bym poszła, ale może po kolejnych 20 latach.

A gdzie widzisz siebie i swoje córki w przyszłości?

Widzę nas w jakimś miejscu w otoczeniu natury, bo bardzo pragnę być blisko jeziora, lasu, gór, zieleni. Gdzie dziewczyny mają swój teren do biegania, gdzie mogę zapraszać ludzi na warsztaty do siebie. Tak, do siebie, bo w tym miejscu będzie totalnie po mojemu. W moim miejscu, w moim domu, gdzie jestem gospodynią, gdzie jest cudowna, kojąca atmosfera. Bardzo to poczułam. I widzę siebie w przyszłości jako nauczycielkę jogi, taką już babcię. Moje dziewczyny są dorosłe, może też mają swoje dzieci, jeśli będą miały na to ochotę. I przyjeżdżają do mnie również te osoby, które teraz do mnie przyjeżdżają na warsztaty. Siadamy sobie przy kominku z winkiem i opowiadamy: A pamiętasz, jak 20 lat temu spotkałyśmy się tutaj i robiłyśmy razem jogę?, A pamiętasz, szpagat prawie zrobiłaś! I sobie tak siedzimy, śmiejemy się, wspominamy i dzielimy własnymi przeżyciami. Pełnia szczęścia.

Czuję, że wiesz, jak to zrobić.

Mam wrażenie, jestem nawet dość pewna, że mam do tego zmysł, że potrafię stworzyć fajną atmosferę. Często słyszę, że potrafię dać ludziom kojący, płynący ze środka, ze mnie przekaz. Że jestem dla nich spójna i to jest dla mnie jedna z najważniejszych rzeczy. Bo spójność i autentyczność to są takie cechy, które szczególnie cenię sobie w życiu.

Imponuje mi to, jak łączysz w sobie pragnienie perfekcjonizmu i luz, odpuszczenie. Dziękuję ci serdecznie za rozmowę.

Dodaj komentarz