Nieustające wakacje

Dzikie dzieci

Przenieście się do krainy, gdzie panuje wieczne lato, dzieci bawią się beztrosko, deszcz pada tylko nocami, a przyjemny wietrzyk wprawia koszulki w rytmiczne falowanie.

Wszystkie te malownicze momenty chwyta obiektywem Monika Gadzała, poznańska fotografka i mama 6-letniej Lili. Jej wielka przygoda z fotografowaniem zaczęła się właśnie od Lili, która swoim szumnym przyjściem na świat, otworzyła przed Moniką nowe rejony działań. I tak oto, zajęła się wnikliwą obserwacją natury ze wszelkimi jej przejawami – nam szczególnie przypadł do serca sposób, w jaki portretuje dzieci w swoim otoczeniu. Zobaczcie.

*

Od jak dawna zajmujesz się fotografią?

Początek był banalny. Kiedy urodziłam Lili, tak się w niej zakochałam, że nie mogłam oderwać od niej oczu. Po kilku miesiącach zaczęłam ją fotografować, stała się moją największą inspiracją. A że nie miałam pojęcia o fotografii, postanowiłam zapisać się do szkoły. Skończyłam ją po 3 latach, ale fotografii uczę się cały czas i jest to najprzyjemniejsza nauka w moim życiu (śmiech).

 

 

 

Patrząc na twoje zdjęcia, łatwo zauważyć, że sielskie lato to jedna z twoich ulubionych scenerii. Opowiedz, jak spędzałaś wakacje jako dziecko? Co wspominasz najcieplej?

Moje dzieciństwo to „Dzieci z Bullerbyn” pomieszane z „Marzi”, bo przypadało na czasy PRL-u. Pochodzę z Nidzicy, czyli małego miasteczka na Warmii i Mazurach. Mój dziadek miał wielki sad, łąki nad rzeką i szklarnie pełne kwiatów. Konie, krowy, kury, króliki, psy i koty. Wspólnie z kuzynostwem mieszkaliśmy obok siebie, wiec całe dnie spędzaliśmy razem, biegając po tych łąkach, kąpiąc się w rzece, łażąc po drzewach, bawiąc się w podchody, a zimą budowaliśmy tunele w śniegu pomiędzy naszymi domami. Rodzice pozwalali nam w zasadzie na wszystko. Jeśli gdzieś wyjeżdżaliśmy, to zazwyczaj nad któreś z wielu jezior w okolicy, albo na Podlasie, w rodzinne strony mojego taty. Pamiętam też, jak strasznie nudziłam się u babci, która mieszkała w bloku w Białymstoku. Nie miałam się tam z kim bawić, a podwórko z jedną huśtawką i piaskownicą wydawało mi się potwornie smutne. Siedziałam wiec w pokoiku i pochłaniałam książki, a moja kochana babcia, żeby mi wynagrodzić ten brak zabawy, codziennie piekła gofry i szyła sukienki, o jakich marzyłam – kolorowe z falbanami. (śmiech). Nie wiem jak to możliwe, ale w mojej pamięci pozostały tylko ciepłe, słoneczne dni letnie i same mroźne, śnieżnobiałe zimy.

 

 

 

 

Dokąd wyjechałyście z córeczką w tym roku? Jak wyglądały wasze wspólne dni? Planowałyście aktywności czy szłyście na żywioł?

Mieszkamy w mieście, więc jak tylko jest możliwość, uciekamy na wieś. Mamy stałe punkty naszych letnich wypraw. Jednym z nich jest pewna malutka wioska na Mazurach, gdzie spotykamy się z przyjaciółmi regularnie, raz do roku, już od 15 lat! Czyli nasze dzieciaki jeżdżą tam od urodzenia. Dla nas to miejsce magiczne z piękną drogą do jeziora, prowadzącą przez las pełen poziomek i jagód, z czystą rzeką i co najważniejsze – bez turystów, bez knajp, bez żadnego sklepu! Zawsze też jeździmy z przyjaciółmi nad polskie morze. Jeśli pogoda jest ładna, a w tym roku była idealna, całe dnie spędzamy na świeżym powietrzu, a dzieciakom wystarczają fale i piasek do zabawy, no może jeszcze lody, dużo lodów (śmiech). Poza tym nuda wyzwala kreatywność.

 

Z twoich zdjęć wynika, że dobrze czujesz modę i to, jak wpleść ją w dziecięce zabawy. Często bawicie się z Lili w stylizacje?

Po prostu lubię ładne rzeczy, nieważne czy są modne, czy już passe. Nie interesuje mnie najnowszy lookbook popularnych sieciówek. Jeśli szukam inspiracji, to sięgam po „Numero”, „ID” czy „MilK Magazine”. Lubię też klimaty, w które przenosi mnie Dominik Tarabański czy Kuba Dąbrowski. A jeśli chodzi o kids fashion, to uwielbiam Melanie Rodriguez, Celine Hallas czy Thirzę Schaap. Dla mnie to coś więcej, niż zdjęcia ciuchów. Kiedy zaczęłam fotografować, zauważyłam, że ubranie jest istotnym elementem i nie tyle chodzi o modę, co o kolor, wzór, fason, materiał, który będzie lekko powiewał albo ciężko opadał, bo to wszystko gra na zdjęciu. Poza tym lubię, kiedy ciuchy nie określają naszych czasów i są no name. Oczywiście z dziećmi nie jest to takie proste, ponieważ mają swoje gusta i zdecydowanie wolą pozować w swoich sukienkach z Elzą czy koszulkach z Minionkami (śmiech).

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

I jak w takich sytuacjach wypracowujesz kompromis?

Z Lili mam umowę, że najpierw robię fotki w mojej stylizacji, a potem w jej (śmiech). Nie wiem, czy to pod wpływem naszych minisesji, ale już od pewnego czasu moja córka twierdzi, że chce zostać projektantką mody i studiować w Paryżu! Ma już pierwsze zeszyty ze swoimi „projektami”, może kiedyś spróbujemy wspólnie przenieść je na fotografie (śmiech).

Co jeszcze lubicie razem robić?

Bardzo lubię nasz codzienny rytuał czytania książek. Ale tak najbardziej to lubię jej czytać (po raz kolejny!) Pippi, czy „Miętusa i Chrupka”, bo razem świetnie się przy tym bawimy. To ostatnie takie chwile, bo we wrześniu idzie do szkoły i niebawem sama zacznie już sobie czytać. Czuję, że wkraczamy powoli w inny etap naszych relacji. Coraz więcej rozumie, potrafi sensownie przedstawić swoje racje, coraz bardziej interesuje się tym samym, co my z mężem.

Cieszysz się tym?

Bardzo. Chcąc nie chcąc, wprowadzam ją w sprawy dorosłych, zabierając, np. na manifestacje. To wszystko jeszcze bardziej nas zbliża. W październiku zamierzam wybrać się z nią na wystawę Fridy Kahlo i Björk Digital. Jestem strasznie ciekawa, co mi powie, jakie będą jej spostrzeżenia, o co będzie pytać. Dzięki niej sama też otwieram bardziej głowę, która z wiekiem nasiąka stereotypowym spojrzeniem na wiele spraw. A nie znam ludzi dorosłych bardziej tolerancyjnych od dzieci.

 

Natura jest ważną bohaterką twoich kadrów. Czy macie częsty kontakt z przyrodą?

Lubię miasto i czerpię całymi garściami z tego, co oferuje: koncerty, kino, teatr, wystawy, kawiarenki, cały wachlarz zajęć dla dzieci. Ciągle coś się dzieje, ciągle w pośpiechu, więc jeśli mamy czas i możliwość, wyjeżdżamy na wieś – do lasu, do agroturystyki, wyciszyć się, pooddychać. Wtedy też mam czas, żeby trochę popstrykać. Nie wyobrażam sobie takiego wyjazdu bez aparatu. Już w drodze chwytam kadry. Kiedy widzę piękne drzewo, proszę męża, żeby się zatrzymał. Za chwilę znów, bo piękna łąka. A to dopiero początek podróży! (śmiech) Zwykle jedziemy dłużej, niż przewiduje nawigacja.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Czy zawsze przyroda była dla ciebie tak istotna? 

Kiedyś nie dostrzegałam piękna natury, nie delektowałam się nią. Teraz wiem, że nie ma nic piękniejszego i potężniejszego na świecie. Wystarczy usiąść i chłonąć, a dusza się śmieje. Staram się uświadamiać to mojemu dziecku, dać jej choć namiastkę tego, co ja miałam w dzieciństwie, ale nie ukrywam, że nie jest łatwo. Lili panicznie boi się owadów, woli pływać w przejrzystej wodzie basenu, a zamiast marchewki zjeść Mambę. Ale myślę, że przez nasze wspólne wyprawy kiedyś zrozumie i poczuje moc i magię natury, jak dzisiaj ja.

Tego wam życzę. Dziękuję za rozmowę.

*

Zdjęcia: Monika Gadzała

Rozmawiała: Dominika Janik

*

Strona Moniki / Facebook / Instagram

5 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.