Patchwork – rodzina z następnych miłości

Rozmowa z psychoterapeutką Karoliną Szczęsną

Rodzina zrekonstruowana. Rodzina wielorodzinna. Coraz częściej spotykany model naszych najbliższych relacji. Niełatwy. Ale skoro znalazła się nań przestrzeń, to może łatwiej nigdy nie było?

Samotni rodzice łączą się w pary. Historie to piękne, jak każde inne o miłości. Ci samotni dorośli którzy się znaleźli są o niej. Obok nich są ich dzieci z poprzednich kawałków żyć. Życia odrębne. Kochają jak chcą i kogo chcą. Łączą teraźniejszość z przeszłością. Oni wszyscy i to wszystko buduje nową rodzinę. O tym rozmawiam z psychoterapeutką Karoliną Szczęsną.

*

„Macocha” i „ojczym” to trudne słowa. Oba wydają mi się przeterminowane, nie sądzisz?

To prawda. I według mnie oba słowa nie są przyjemne. Znam rodzinę, która używa słowa „macoszka”, ocieplając je nieco. Myślę, że jednak nie o słowa tu chodzi, a raczej o znaczenie, jakie im nadajemy. Możemy też tworzyć nowe słowa – to nie jest zabronione.

Za tymi słowami stoją nowe osoby, które pojawiły się w życiach dzieci. Ich obecność uruchamia również nowe rzeczy na linii dzieci–rodzice. Na przykład troskę dziecka o mamę – o to, jak jest jej z tym, że ono polubiło nową partnerkę taty. Bo jeśli mama ma z tą nową relacją problem, to może być trudno się im w tym porozumieć. 

To, co mogę powiedzieć z perspektywy terapeuty rodzinnego, to to, że warto sprawdzać, co inni – dzieci i dorośli – myślą, a nie opierać się na własnej fantazji na ten temat. Można więc zapytać, dopytać, potwierdzić, że się słyszy i rozumie. Dzieciom warto też pomagać w nazywaniu ich emocji i precyzowaniu myśli. Z drugiej strony są przeżycia rodzica – dobrze, żeby mógł je „zawierać”, czyli zdawać sobie z nich sprawę, ale nie manifestować ich, o ile nie chce się nimi dzielić z dzieckiem. Rodzic może też znaleźć taki sposób ich ujawnienia, który będzie możliwy do przyjęcia przez dziecko, uwzględniając jego etap rozwoju i możliwości. Na pewno, jeżeli coś jest dla rodzica raniące, nie ma co udawać, że się cieszy. Dziecko zapewne wyczuje niespójność komunikatu.

A jak dziecko w tej trosce mówi: „nie lubię dziewczyny taty”. Co może odpowiedzieć rodzic, który chciałby być wspierający? 

Podobnie, jak powyżej. Jeżeli sądzimy, że dziecko mówi to dla nas, warto znaleźć jakiś sposób, żeby to zauważyć. Na przykład: „Ojej – to pewnie trudno ci się z nią spotykać w tej sytuacji. Pewnie byłoby łatwiej, gdybyś ją lubił/ła”. „Może ci też być trudno dobrze się z nimi bawić, jeśli sądzisz, że ja jestem tu sama. Cieszę się, że się o mnie troszczysz, ale ja sobie radzę”. Przy czym jeśli sobie nie radzę, to tego nie mówię.

Nowy układ: patchwork to decyzja dorosłych, a dziecko musi się w tym znaleźć. Na co być wyczulonym? Co znaleźć w sobie dla dziecka, nawet jeśli dorosłemu z tym nowym układem wcale nie jest najlżej?

Warto mówić otwarcie i szczerze, uwzględniając możliwości dziecka do zrozumienia. Warto pewnie powiedzieć dziecku, że rozumiemy, że sytuacja jest dla niego trudna, szczególnie, że nie miało na nią wpływu. Warto stwarzać takie warunki, żeby wszystkie przeżycia dziecka były uprawnione, żeby nie musiało dbać o uczucia rodzica bardziej niż o swoje. Dobrze, żeby czuło, że może się złościć, przeżywać stratę, smucić. Może się cieszyć, jeżeli szybciej upora się z emocjami niż dorosły. Rozmawiać z nim o sytuacji i wszelkich jej aspektach. Nie udawać, że to świetnie, że teraz ma dwa domy, jeśli ono czuje, że to strata. Pokazywać, że można się różnić i różnie przeżywać te same sytuacje. Pokazywać, bez obciążania dziecka, że nam też nie jest łatwo, że bywamy bezradni, i że to też jest OK.

Mówimy, że dzieci czują napięcia i nieaktywne nawet konflikty, co czują, kiedy jeden rodzic nie jest przychylny nowej relacji drugiego?

Dobrze dziecko odciążyć od poczucia odpowiedzialności za uczucia dorosłych. Jeżeli taka sytuacja ma miejsce, warto to nazywać, otwarcie przyznawać, że dla dziecka to jest bardzo trudne. Dobrze, żeby dziecko nie doświadczało konfliktu lojalności. Powiedzmy mu: „Tak, my się w tej sprawie różnimy, ale nie oczekujemy, że ty się opowiesz po którejś stronie”.

Zobaczmy to teraz z innej perspektywy. Przyjmijmy, że nowemu partnerowi zależy na budowaniu relacji z dzieckiem, ale ciągle słyszy od niego komunikaty, że ono chciałoby, żeby rodzice znowu byli razem, albo że np. mama jest fajniejsza niż ty. Jaka reakcja ze strony dorosłego będzie wspierająca dla tej budującej się relacji?

Na pewno nie warto wciskać dziecku, że obecna sytuacja jest lepsza. Myślę, że będzie mu łatwiej budować nową relację, jeżeli dorośli nie będą tego wiązać z kryzysem rozstania, nie zaprzeczając jednocześnie uczuciom z nim związanym. Jeżeli dorośli nie będą ze sobą rywalizować, dziecko będzie to czuło. Podobnie wspierać nową relację będzie brak presji ze strony dorosłych, że dziecko musi tę nową osobę strasznie kochać. Nie musi. Ojca i matkę większość dzieci w naturalny sposób kocha, a nowych partnerów niekoniecznie. Podobnie my nie musimy kochać dzieci naszych partnerów. Jeżeli odpuścimy sobie presję w tej sprawie, wszystkim będzie zapewne łatwiej. Jeśli się polubimy, to świetnie, a jak nie – to starajmy się sobie nie przeszkadzać.

Nie przeszkadzać? Co masz na myśli?

Nie przeszkadzać to znaczy uznać wzajemnie swoje potrzeby i granice. Pojawia się ryzyko rywalizacji o czas i uwagę partnera/ojca/matki. Dziecko czy nastolatek może mieć z tym kłopot, ale dorosły, dojrzały człowiek łatwiej uzna, że jeżeli mój partner ma dziecko, to potrzebuje czasu z tym dzieckiem i dla tego dziecka, szczególnie, jeżeli wspólne spędzanie czasu jest problematyczne. Oczywiście w drugą stronę też to działa – jeżeli dziecko samo nie jest w stanie tego respektować, to rolą rodzica jest zadbanie o swój, wyłączny czas z partnerem. Nie jest dobrze dla nikogo, gdy dzieci dyktują warunki. Uważam też, że to duży kłopot, gdy uznaje się, że potrzeby dzieci są ważniejsze. Nie są, potrzeby rodziców są równie ważne. Jesper Juul powiedział, że dzieci nie znają swoich potrzeb, tylko swoje ochoty, a to co innego. Otóż potrzebą dziecka jest, żeby rodzic miał swoje, oddzielne od niego życie, choć być może miałoby ochotę, żeby mama czy tata istniał tylko dla niego.

Są jeszcze nowe relacje łączonych dzieci. Co to najczęściej za historie?

Dzieci często potrzebują uporządkowania tego świata dla siebie – czy to jest mój prawdziwy brat lub siostra ten przyrodni, przyszywany? Można z nimi o tym rozmawiać, mówić o tym, jak wiąże nas krew, jak wspólne wychowanie, jak może wiązać los lub wybory. Nic tu nie jest zdefiniowane odgórnie, sami tworzymy historię. To może uwalniać i dodawać poczucia wolności.

Przyjemnie myśleć o poczuciu wolności, ale słucham historii dookoła i one są często o frustracjach i niemocy. Patchwork osiada pod jednym dachem i tu się pokazuje chaos. Różne metody wychowawcze, przyzwyczajenia – jeden rodzic swoim dzieciom pozwala na więcej niż drugi swoim. Jedne dzieci mają obowiązki, drugie nie. Są inne podejścia do szkoły. Inne podejście do wspólnego czasu. Wyczuwam, że to może być pole minowe i między dziećmi, i między dorosłymi, i między dorosłymi a dziećmi. Jak się w tym odnaleźć?

Myślę, że to rola dorosłych. To oni, między sobą, powinni ustalić reguły. Niekoniecznie wspólne dla wszystkich dzieci. Albo ustalamy, że w tym domu nie jemy mięsa, a na steki możesz chodzić z mamą, albo ustalamy, że Kasia je mięso, a Basia mięsa nie je. Ktoś powie, że to niesprawiedliwe. Życie nie jest sprawiedliwe i iluzją jest oczekiwanie, że będzie. A jeżeli dorośli będą mieli jasność, co do reguł panujących w ich domu, to bez względu na to, jakie one będą, będą stanowić oparcie dla dzieci. Oczywiście dzieci mogą na nie wpływać, mogą negocjować, ale decyzje powinni podejmować rodzice, nie w obecności dzieci. Co więcej, w optymalnej sytuacji na takie decyzje mają wpływ poprzedni partnerzy, oni wszak też mają jakiś pomysł pedagogiczny. Czasem porozumienie jest utrudnione, niektórzy w tej sytuacji zawierają kompromis polegający na tym, że każdy decyduje we własnym domu. W przeciwnym razie jest duże pole do rozmaitych rozegrań emocjonalnych, a to nikomu nie służy. Dzieci oczywiście mogą doświadczać chaosu. Tym bardzie wspierająca dla nich może być jasność reguł, które wprowadzają dorośli. Optymalnie, jeśli wszyscy ważni dorośli są w tym spójni.

Wyobraźmy sobie sytuację, że jedno z partnerów ma swoje dzieci non stop, a drugie jest w systemie opieki naprzemiennej, i ta para postanawia ze sobą zamieszkać. Jak organizować taki dom, w którym pewien skład członków nowej rodziny jest na stałe, a drugi tylko bywa? Tak, żeby nikt nie czuł się pokrzywdzony czy gorszy, albo niepewny swego, skoro znika co jakiś czas.

Tu również wiele zależy od konkretnych osób. Pewnie warto pogadać o tym i uwzględnić w miarę możliwości potrzeby wszystkich zaangażowanych osób. Nie ma uniwersalnych rozwiązań dla wszystkich. Każda rodzina, także patchworkowa, musi wypracować swoje rozwiązania tej niełatwej sytuacji. W tym czasem może pomóc specjalista, a niektóre rodziny mogą skorzystać z własnych zasobów. Obie sytuacje są w porządku. Poza tym są też ograniczenia praktyczne, je oczywiście też trzeba brać pod uwagę.

A możesz konkretniej? Bo uwzględnianie potrzeb wszystkich osób często jest trudne w pierwszej rodzinie, a tu mówimy o konstrukcie, który ma niestały rytm funkcjonowania. W którym co chwilę coś się zmienia.

Myślę, że dobrze, żeby każdy miał swoje łóżko – nie jest to zwykle wygórowane czy abstrakcyjne oczekiwanie. Znam rodzinę, gdzie kobieta ustępowała swojego miejsca w łóżku dziecku partnera, gdy ono u nich nocowało. Czuła się w tej sytuacji fatalnie i było to adekwatne. Znam też rodzinę, gdzie dzieci mężczyzny mają swój pokój, bo bywają często u taty, a pełnoletnie dziecko partnerki, które studiuje w innym mieście, ma swój kąt w salonie i kanapę, na której śpi, gdy odwiedza mamę. Dobrze, żeby każdy miał w takim domu jakieś swoje miejsce, to w praktyce może oznaczać różne bardzo rzeczy, bo jednak sedno jest w emocjach. Ludzie na ogół czują, niezależnie od wieku, czy mogą się czuć u siebie. O tym można porozmawiać, co każdemu jest potrzebne, żeby czuł się chciany i u siebie. I to „u siebie” może pojawić się w słowach, a wtedy kwestie przestrzeni schodzą na dalszy plan. Często okazuje się, że nie może być idealnie, ale tak jak mówisz, tak też bywa w rodzinach standardowych. Zaskakujące, z mojej perspektywy, jest to współczesne dążenie do ideału. To, że nie jest idealnie, nie musi oznaczać, że jesteśmy niekompetentni, że coś źle robimy, że ktoś mógłby to jakoś inaczej, lepiej rozwiązać. A co, jeśli „lepiej być nie może?”. Tak, rodzina patchworkowa to duże wyzwanie dla wszystkich, także dlatego, że wiąże się z nieuchronnymi stratami. Na marginesie – bardzo polecam książkę Judith Viorst „To, co musimy utracić”.

Jakie straty masz na myśli?

Strata iluzji o wielkiej, jedynej miłości aż po grób. Strata iluzji, że to my możemy stworzyć trwały związek. Oraz takiej, bardzo często, że komuś można bezgranicznie ufać. Że miłość wystarcza, żeby pokonać wszystkie trudności. Że nasza rodzina się nigdy nie rozpadnie. Strata, realna, pełnej rodziny, bolesna dla dorosłych i dzieci. To wszystko może pozostawiać rany, powodować zgorzknienie i utratę – często bardzo przyjemnych – złudzeń na swój temat. A jednocześnie część tych strat konfrontuje nas z realnością i polepsza kontakt z rzeczywistością, a to też jest wartość. Może nas wzmocnić poprzez urealnienie wiedzy o własnych możliwościach i ograniczeniach. Zwykle w kolejny związek wchodzimy dojrzalsi.

Nowy związek, nowy układ, nowe zasady, wszystko często bez odwołań do obrazów poprzednich pokoleń. Pionierstwo. Czuję powiew wolności, ale i bezradność. Oczywiście rodziny łączyły się od zawsze, ale to były inne rodziny. Teraz wszyscy chcemy uwzględniać wszystkich. Od samego startu jest tyle rzeczy do rozważenia, ustawienia, że można się zmęczyć nie uważasz?, a partnerzy z patchworków to ludzie z bagażem. I w tych nowych początkach już słyszą, że może warto pójść po pomoc do specjalisty, to może działać zniechęcająco. Rozwodzimy się częściej, rozchodzimy szybciej, a tu wchodzimy w sytuację, która wypalać może już na starcie. Co o tym sądzisz?

Zgadzam się. Czasem, jak się ma na koncie porażkę lub kilka porażek, trochę schodzimy z oczekiwań stawianych sobie i innym. Jesteśmy dojrzalsi, łatwiej rezygnujemy z iluzji. Brak przekazu transgeneracyjnego – tak jak mówisz – daje wolność i poczucie bycia pionierem jednocześnie. Znam parę, która po rozmaitych wcześniejszych perypetiach związkowych, z dziećmi z wcześniejszych związków, założyła rodzinę. Gdy się zaręczali, jedno z nich powiedziało czule: „Nie myśl, że liczę na jakąś szczęśliwą przyszłość”. I żyją sobie – już w miarę długo i w miarę szczęśliwie.

Co powiedziałabyś startującym patchworkom, żeby nie ładowały się na miny, które są do uniknięcia?

Powiedziałabym: Szanujcie siebie. I siebie wzajemnie. Bądźcie uważni na siebie i innych. Rozmawiajcie. Słuchajcie. Mówcie. Nie wahajcie się korzystać z pomocy, jeśli jej potrzebujecie. Odwagi! Choć to na ogół nie jest wygodne, patchwork może być fajny.

Dziękuję.

*

Karolina Szczęsna – certyfikowana psychoterapeutka Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Współzałożycielka warszawskiej Pracowni Terapii i Rozwoju. Prowadzi psychoterapię indywidualną osób dorosłych oraz terapię par i rodzin. Szkoli psychoterapeutów. Zajmuje się również problematyką seksuologiczną.

*

Rozmowę ilustrują prace Briana Rea i Chiary Carrer.

Źródło: Pinterest. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.