rozmowa z psychologiem współpraca reklamowa

Nie mówmy dzieciom, co mają myśleć

Rozmowa o granicach dzieci i dorosłych z psychologiem Jarkiem Żylińskim

Nie mówmy dzieciom, co mają myśleć
materiały promocyjne

Kiedy każemy dziecku: „No, daj babci buzi”, kiedy prosimy: „Zjedz chociaż mięsko”, kiedy komentujemy, że „przesadza, bo to nic strasznego” – przekraczamy jego granice. Faktu tego nie zmienia ani dobra wola, ani najszczersze intencje. Wkraczamy na autonomiczny teren z pozycji innego państwa, które uzurpuje sobie prawo do sprawowania pełni władzy. Z drugiej strony jako rodzic tę władzę sprawować musimy. Jak zatem złapać balans między tym, co nam wolno, a czego nie powinniśmy robić? 

Jakość granic w relacjach rodzic – dziecko zmienia się wraz z wiekiem tego drugiego. Przesuwają się i przybierają różne formy, a nasza początkowa dezorientacja to zupełnie naturalna w tej sytuacji reakcja. Gdzie szukać drogowskazów? W uważności na dziecko, własnych priorytetach oraz w… dystansie. – Szacunek do granic jest w dawaniu przestrzeni na odmowę, w pytaniach, propozycjach, słuchaniu i rozmowie – wymienia Jarek Żyliński, autor książki „Granice dzieci i dorosłych”. – Ale to w dystansie do siebie, swoich emocji i swojego rodzicielstwa tkwi największy potencjał – mówi. W ramach współpracy z wydawnictwem Natuli – dzieci są ważne rozmawiamy z Jarkiem o płotkach, ramach i murach w naszych domowych stosunkach międzynarodowych – jak je wytyczać, jak o nie dbać i o czym nam mówi ich konstrukcja.

W swojej książce porównujesz granice ludzi do granic państw. Jak to się ma do relacji rodzic – dziecko? Czy dziecko należy traktować od początku jak byt autonomiczny?

Dziecko na samym początku nie jest jeszcze bytem autonomicznym, bo bez dorosłych po prostu sobie nie poradzi, dlatego też ma dużo bardziej otwarte granice niż oni czy nawet niż nastolatki, które już tej dojrzałej opieki w takim stopniu nie potrzebują. To, że owe granice są otwarte, znaczy, że dziecko pozwala, by rodzic za nie decydował, łatwiej i chętniej zgadza się na dotyk, podąża za nim, ale równocześnie nie znaczy, że wcale nie ma swoich granic i czasem o nie nie walczy. 

To oczywiste, że początkowo w swoim nie do końca autonomicznym państwie potrzebuje wsparcia w tych sprawach, w których nie jest w stanie sobie poradzić, czyli np. w prowadzeniu rytmu dnia tak, by spełnić potrzeby fizjologiczne. Pewne ramy są mu zatem potrzebne. Jako rodzic działam więc, rysując te ramy, choćby mówiąc: „Czas już na mycie” itp. Chociaż tam też jest przestrzeń na granice dziecka, które czasami chce jeszcze coś dokończyć albo chce coś zrobić po swojemu. 

Wiek dziecka naturalnie zmienia jego chęć do otwierania granic, tj. zgodę na to, by rodzic decydował za nie. U niemowlaków to jest wręcz prośba, bo one płaczem komunikują: „Rodzicu, zrób coś ze mną, spraw, by mi było dobrze”. Z czasem zaczyna wymagać od nas, żebyśmy się wycofywali i powinniśmy to robić, oczywiście na miarę możliwości dziecka. Jestem zwolennikiem opcji, w której nie wchodzę w jego granice, jeśli nie jest to konieczne. Niezależnie od wieku.

Natomiast często dzieje się tak, że dziecko samo mnie do nich zaprasza, np. prosząc o pomoc, przytulenie, informacje. Są ponadto sytuacje, w których zdarza mi się uznać, że jego granice nie są najważniejsze. Choćby w sprawach bezpieczeństwa, kiedy robi coś groźnego dla siebie lub kogoś. 

Skąd mamy wiedzieć, kiedy zacząć wybywać z państwa naszego dziecka? Istnieją sygnały, które mogą nam pomóc się w tym orientować? Czy są nimi słynne bunty kilkulatków? 

Och, tych sygnałów jest całe mnóstwo! Są bardzo różnorodne, indywidualnie zależne od dziecka i jego rodziny. Bunt oczywiście jest jednym z nich – sprzeciw, krzyk, inne ekspresyjne formy walki o swoje potrzeby to są zawsze sygnały o kryzysie. Jednym z kryzysów może zaś być właśnie trudność w decydowaniu o sobie. Tymczasem dziecko potrzebuje prawa do swoich granic przede wszystkim po to, by móc (znów – na miarę swoich możliwości) decydować o sobie, swoich działaniach, swoim ciele. 

Zdarza mi się rozmawiać z rodzicami, których dzieci w swoich placówkach – przedszkolu czy szkole – nie mogą zbytnio decydować o sobie i przez niemal cały czas robią to, czego oczekują od nich dorośli, z małą ilością swobodnej zabawy. Nie mogąc się sprzeciwić nauczycielowi, dopiero w domu odreagowują to bardzo silnymi zachowaniami w zakresie decydowania o sobie. Oczywiście nie są to jedyne przyczyny oporu, ale dość typowe.

Czytanie sygnałów jest dużym wyzwaniem dla rodziców. W pierwszej kolejności, w spokojnej chwili warto zadać sobie pytanie „dlaczego?”. Zbyt często jako rodzice szukamy rozwiązań bez odnalezienia przyczyn. Tymczasem to właśnie od nich powinniśmy zaczynać. Pytać siebie, czemu brakuje nam samokontroli albo jak to się dzieje, że 3-latek ma pilota do naszych emocji. Zrozumienie tego, zauważenie, a więc sama świadomość, że to się dzieje, już może być otrzeźwiająca, dająca dystans.

Moim zdaniem największym wyzwaniem rodzicielstwa jest właśnie złapanie dystansu i do swoich emocji, i do wydarzeń. To tam często tkwi największy potencjał poprawy naszego rodzicielstwa. Bez tego trudno nam będzie panować nad własnymi emocjami, gdy zaś działamy w emocjach, a zatem w kryzysie, jest nam znacznie trudniej respektować granice innych osób. Czy to też nie przypomina wątku granic państwowych? Przecież postępujemy wówczas dokładnie tak jak uchodźcy, którzy w obawie o swoje życie, czyli w ciężkim kryzysie, nie chcą respektować granic czy praw narodowych. My w naszych dużo mniejszych kryzysach również chwytamy się każdego sposobu, by dojść do celu – czasami niestety ofiarami bywają granice naszych bliskich.

Jeszcze w kwestii łapania dystansu: ja lubię różnego rodzaju mantry rodzicielskie, te bardziej, ale i mniej poprawne. Możemy sobie mówić w myślach: „Nie oddam ci pilota, nie oddam ci pilota” lub „jestem szlachetnym łabędziem, płynącym spokojnie po niewzburzonej tafli jeziora”. Tych niepoprawnych nie zacytuję. (uśmiech) Warto też zdać sobie sprawę, że przekraczanie granic to jest często opowieść o naszych potrzebach, np. o tym, że jesteśmy niewyspani. Tylko i aż tyle!

Porozmawiajmy o ingerowaniu w granice emocji drugiej osoby. Mówimy: „nie bój się”, „nie martw się, to drobiazg”, „uspokój się” nie tylko do dzieci. Zazwyczaj mamy jak najlepsze intencje i nie zdajemy sobie sprawy, że w ten sposób unieważniamy czyjeś uczucia. Jak nad tym pracować? 

Myślę, że jako społeczeństwo mamy trochę problemów z granicami. Mamy szkoły, które im nie służą, nawyki społeczne, które nie pomagają. Dlatego na nowo musimy odkrywać coś, co dla dzieci od początku jest zupełnie intuicyjne. Ba, jeśli się zastanowić, to dla nas – dorosłych – też jest to bardzo intuicyjne, ale ukryte pod tymi odruchowymi reakcjami. My przecież również, kiedy ktoś mówi nam: „nie bój się tej rozmowy o pracę”, zaczynamy udowadniać, że jest się czego bać, przedstawiamy nasze czarne scenariusze. Nie odpowiadamy: „A, OK, dzięki, już się nie boję”, tylko robimy wszystko, by… chronić granice naszego strachu! Kiedy to dostrzegamy, łatwiej nam usłyszeć dziecko mówiące: „Boję się, że mam krokodyla pod łóżkiem”. Jeśli zaprzeczymy, ono zacznie udowadniać jego istnienie, a jeśli pójdziemy razem sprawdzić, co tam jest, przytulimy, pogadamy, a sami zastanowimy się, czy to nie jest może nieświadoma prośba dziecka o naszą bliskość, wówczas rozstaniemy się z tym krokodylem nieco szybciej. 

Zamiast iść w nawyki, żeby gasić emocje, żeby dzieci się nie bały, nie denerwowały czy nie smuciły, potrzebujemy się zatrzymać i spojrzeć, co te emocje spowodowało, i cieszyć się, że są one dla nas drogowskazem, przestrzenią do pracy.

Pamiętajmy przy tym, że dzieci uczą się przede wszystkim przez doświadczenie i przez naśladowanie. Sposób, w jaki wyrażamy emocje, będzie bardzo ważny dla rozwijających się emocji dziecka. Zauważymy to np. gdy dziecko w złości zaczyna kopiować nasze sformułowania. Podczas niektórych rozmów z rodzicami okazuje się, że oni sami nie mają strategii na własne emocje, a chcą uczyć dziecko radzenia sobie ze swoimi. Otwiera się wówczas cudowna przestrzeń do wspólnej pokornej nauki! 

Między innymi nauki tego, jak ich doświadczać – bo to zadanie rodzica. Kiedy mały człowiek się czegoś boi – uczę go, że może się przytulić i o tym opowiedzieć. Kiedy się złości – że może do mnie podejść i mnie z całej siły ścisnąć (ale nie godzę się np. na bicie). Oczywiście te preferencje do sposobów oswajania emocji mogą się różnić, ale chodzi o to, by odbywało się to świadomie. Najpierw przez przeżywanie, a potem refleksje – ta przychodzi przez proste pytanie: „Co myślisz o tym, co się wydarzyło?”, przez wspólnie czytane książki, zabawę w odgrywanie ról itp. 

I tu wcale nie chodzi o to, żeby mieć z kolei pilota do emocji dziecka, bo ja nie chcę mieć wpływu na te emocje, ale na pewno chcę mu pomóc przeżywać je tak, by nie robiło krzywdy sobie i innym, a traktowało je jako cudowne narzędzie informacji o sobie samym i swoich potrzebach. Mam też nadzieję, że dzieci będą obdarzały troską i empatią osoby sobie bliskie, że będą sobie pozwalały na emocje wywołane tym, co dzieje się z innymi – tylko proszę tego nie mylić z nadmierną odpowiedzialnością za innych.

Posiadanie wpływu na czyjeś emocje daje nam jednak jakiś rodzaj satysfakcji. Uważamy to za sygnał, że tej drugiej stronie na nas zależy. U dzieci to chyba działa podobnie. Czy nie dlatego lubią np. denerwować rodzeństwo, kolegów, rodziców, żeby „sprawdzić” swoją ważność dla nich?

Rozdzieliłbym tutaj dwie rzeczy. Po pierwsze: to jest oczywiste, że chcemy oddziaływać na siebie nawzajem, żeby rozwiązywać ze sobą problemy, obdarzać się troską, być blisko siebie. To dlatego chcę, żeby mój płotek na granicach emocji był nieco niższy wobec moich bliskich. Ze złością jest jednak inaczej – złość zaprasza nas do konfrontacji i wywołuje w nas pragnienie bycia skutecznym. Niestety czasami realizujemy tę skuteczność przez wywołanie złości w drugim człowieku. Ta droga ekspresji, choć daje pewną formę satysfakcji z wygranej konfrontacji, w konsekwencjach niesie oddalenie, zranienie. Dlatego uczymy się w złości szukać konfrontacji skutecznej przez spełnienie potrzeb, a nie ranienie drugiej osoby.

Chciałabym poruszyć kwestię granic myśli. Czy nie tym jest cały proces wychowywania? Czy nie formujemy jednak dziecka na swój obraz? Chcemy, żeby dziecko widziało i rozumiało świat tak jak my. Jak zostawić mu tutaj przestrzeń?

Och, to cudowna granica, z potężnym murem, a jednak ciągle tak kusząca ludzi! W szanowaniu granic dziecięcych myśli nie chodzi o to, żeby ono samo do wszystkiego dochodziło – to tak nie działa. Zawsze będziemy mieli wpływ na to, co robi i myśli nasze dziecko, bo ono nas naśladuje, obserwuje i nas doświadcza. Nie unikniemy tego, że jego działania będą oparte o nasze wzorce. Rzecz w tym, żeby nie robić tego na siłę. Żeby nie mówić mu, co ma myśleć, tylko pomagać w krytycznym myśleniu i dawać narzędzia do stawiania mocnych, autonomicznych granic własnych myśli. 

Ta przestrzeń pojawia się w uważnym słuchaniu dziecka, żeby i ono samo mogło się temu przyjrzeć, w szacunku do zdania dziecka, w tym, że nie będziemy od razu „odstrzeliwać” jego opinii, które nie są oparte na faktach, tylko pomożemy mu to zauważyć. Pojawia się w pytaniach „co ty o tym myślisz?”, „jak tobie się wydaje?”. Pojawia się również w pozwalaniu dziecku na rozwiązywanie problemów, naturalnie na miarę jego możliwości. Można też to oczywiście ćwiczyć. 

Znam przypadek nauczycielki, która w szkole dawała nastolatkom gazety z dwóch stron barykady o tym samym wydarzeniu, by na tym materiale uczyły się, jak samemu dochodzić do tego, co myślą, i być wyczulonym na szeroko pojętą opinię publiczną.

W dalszym życiu solidne granice myśli pomagają dziecku radzić sobie w sytuacjach, kiedy ktoś próbuje je przekroczyć, wmawiając mu, co ma sądzić, wybrać, kupić itp.

Wyjaśnijmy jeszcze sprawę granic własności. Te słynne ginące pieniądze z chrztu czy komunii to jedno, ale przecież rodzice decydują często o innych własnościach dzieci, np. zarobionych pieniądzach czy sprzęcie, który dziecko dostało od dziadków itp. Czy władza rodzicielska nie wiąże się w tym sensie trochę z przemocą ekonomiczną wobec dzieci?

Nie widzę przemocy w tym, że rodzic nie chce dawać dzieciom swoich zasobów, jeśli myśli, że to dla nich szkodliwe. Że nie zgadza się na swobodny dostęp do np. słodyczy czy komputera, które są zasobami rodziców, kupionymi za ich pieniądze. Ba, to właśnie nasze granice, w tym te własności, chronią czasem dzieci (również wówczas, gdy zgadzamy się, by miały swoje granice wyborów), bo wyznaczają pewną nieprzekraczalną linię. Ważna zasada: „Rób, co chcesz, dopóki nie przekraczasz granic innych osób” potrafi zresztą zgasić wiele pożarów, wynikających z młodzieńczej potrzeby autonomii.

Dużo trudniej jest wtedy, kiedy własność dziecka jest rzeczywiście jego własnością, tj. właśnie otrzymaną od dziadków, kupioną za kieszonkowe itp. Zabór takich rzeczy to bezwzględne przekroczenie granic i zapewne spotka się z buntem. Istotne jest wówczas rozważenie, co jest dla nas ważniejsze: czy szanowanie granic dziecka, czy uniknięcie zagrożenia, które wynika z tego, co ono z tą własnością i wolnością robi. Może się zdarzyć, że granice uznamy jednak za mniej kluczowe.

Warto pamiętać, że granice to jest nie metoda wychowawcza, tylko integralna część każdego z nas, która zawsze reaguje przy przekraczaniu – niezależnie od tego, czy jest ono słuszne. Pisząc książkę „Granice dzieci i dorosłych”, nie zamierzałem nikomu mówić, że musi przestrzegać granic, że one są najważniejsze… Ba, przekraczałoby to granice myśli moich czytelników! Chciałem tylko pomóc w zrozumieniu tego, co się wydarza, kiedy te granice przekraczamy, byśmy mogli to robić bardziej odpowiedzialnie. Pokazać, jak działają, i dać narzędzia do postępowania z nimi ze świadomością, że na końcu i tak będzie decyzja drugiego człowieka, czy zechce z nich skorzystać, czy nie. Ta decyzja zaś opiera się właśnie na indywidualnych wartościach, priorytetach czy sytuacji, w której dana osoba się znajduje.

Czy istnieją narzędzia, drobne rzeczy/wypowiedzi/zachowania, które możemy wprowadzić w codzienności z dzieckiem, by dać mu przekaz, że szanujemy jego granice?

Granice są zwykle przekraczane, kiedy mówimy: „Musisz, powinieneś, zrób, nie czuj czegoś”. Na te słowa warto uważać, być wyczulonym. Jeśli chcę szanować granice innych, to buduję takie zdania, w których jest przestrzeń na odmowę. Szanuję granice również wtedy, kiedy mówię o sobie, o tym, co ja myślę, co mi się wydaje, co ja bym zrobił, nie zaś o kimś. Jeśli próbuję oceniać, że „to złe, co robisz, to głupie” itp., przekraczam granice i wywołuję opór (i naprawdę rzadko ma znaczenie, kto ma rację…).

Szacunek do granic jest ponadto w pytaniach, propozycjach, słuchaniu i rozmowie. Przy czym nadal nie traćmy z oczu tego, że dla małych dzieci jesteśmy przewodnikami, za którymi one chętnie podążają. Nawet wyznaczając im ramy, wciąż możemy to robić z szacunkiem do ich granic, a nie z nakazem.

Gdy w momencie krytycznym mimo wszystko wyrwie nam się jakiś nakaz lub ocena, jak to potem naprawić?

Wszystkim nam się zdarzają „krytyczne momenty”. Jeśli komuś powiemy „zrób mi herbatę” albo w inny sposób przekroczymy jego granice w lekkiej atmosferze czy nieważnej sprawie, nie wywoła to reakcji. Granice odzywają się w ważnych materiach albo u osób, które bardzo o nie dbają, bo mają przykre doświadczenia ich naruszenia. Oczywiście wtedy atmosfera zapewne od razu się zagęści, pojawi się opór. Możemy jednak poinformować drugą osobę, że nie chcemy jej zmuszać, możemy przeprosić, możemy się wycofać. Możemy także przyznać, że coś jest dla nas ważne – bo jak już mówiliśmy, przekraczanie czyichś granic jest też o tym, że nam zależy, o naszych priorytetach – i wyjaśnić dlaczego. Być może wówczas ta osoba odwoła swoją straż graniczną i zastanowi się, czy warto coś zrobić. Może nas zrozumie.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Jarek Żyliński – psycholog wychowawczy i edukator rodziców i wychowawców. Rozpowszechnia wiedzę o dzieciach i relacjach, prowadzi warsztaty, współpracuje m.in. z przedszkolami i szkołami. Autor książek „Miłość i wychowanie” oraz „Granice dzieci i dorosłych”, twórca audycji internetowych i kanału na Youtubie „Psychoblog Jarka Żylińskiego”, „Jarek Żyliński – Solo” .

Dodaj komentarz