psycholog

Mówić „Nie bijcie się!” to za mało

Pedagog Magdalena Boćko-Mysiorska o konfliktach między rodzeństwem

Mówić „Nie bijcie się!” to za mało
Pixelheart Studio

Od zabierania zabawek i niszczenia budowli z Lego, po rękoczyny i wyzwiska. Dzieci potrafią nieźle się kłócić, pozostawiając nas bezradnymi, czasem doprowadzając do rozpaczy. Czy jest coś, co możemy zrobić, by sobie i swoim dzieciom pomóc?

Według statystyk GUS przybywa w Polsce wykształconych matek z więcej niż jednym dzieckiem. To najczęściej mieszkanki wielkich miast i tzw. świadome mamy. Są oczytane, słyszały o rodzicielstwie bliskości, stawiają sobie wysoką rodzicielską poprzeczkę, o czym niedawno mówiła w Ładne Bebe demograf prof. Irena E. Kotowska. Trudno im pogodzić się z faktem, że mimo starań i wysiłku włożonego w tworzenie empatycznej i życzliwej rodziny, dzieci się kłócą, a nawet biją. Powiedzmy też sobie szczerze – wykształcenie i miejsce zamieszkania nie mają tu wiele do rzeczy, bo oglądanie dzieci, które okazują sobie niechęć zamiast zgodnie się bawić i wspierać, jest trudne dla każdego. Jak sobie z tym radzić?

Magdalena Boćko-Mysiorska, pedagog i mama, a zarazem ekspertka od wychowania z wykorzystaniem komunikacji bez przemocy, wyjaśnia, co robić, gdy nasze dzieci się konfliktują. Czy angażować się w ich godzenie? A może lepiej wycofać? Czy zabraniać oglądania bajek po kłótni? Wpływać na starszaka, by ustępował, jeśli w konflikcie uczestniczy dziecko dużo młodsze? Jakie alternatywy pozostają rodzicom, u których w dziecięcym pokoju stale toczy się jatka? Na te i wiele innych pytań odpowiedź znajdziecie  w kolejnej odsłonie naszego cyklu psychologia.

Czy to normalne, że rodzeństwo się kłóci?

Konflikty między rodzeństwem są standardem przez duże S. Zdarzają się we wszystkich rodzinach, i to nie kilka razy dziennie, ale nawet czasem kilka razy w ciągu godziny. Daję więc znać, że ludzie – mali i duzi – wchodzą w konflikty i to jest absolutnie naturalna, normalna rzecz. Różnimy się między sobą i ta różnica dotyczy m.in. sposobu reagowania, dbania o swoje potrzeby, radzenia sobie z różnymi doświadczeniami. Maluchy też mają różne strategie na zadbanie o to, co jest dla nich ważne, na przykład podczas zabawy. Dlatego często się ścierają. Konflikty są naturalne i ważne.

Ważne? Chyba chcielibyśmy konflikty wyeliminować, bo one nas, rodziców dużo kosztują.

Na początek warto zastanowić się nad własnym przekonaniem na temat konfliktów między dziećmi. Czym one dla nas są? Pracując z rodzicami, podczas spotkań indywidualnych czy warsztatów, często odkrywam, że konflikty są postrzegane jako coś bardzo negatywnego. Na przykład pojawia się myślenie: „Skoro moje dzieci się konfliktują, biją, to coś jest nie tak. Może robię coś źle? Może jestem niewystarczająco dobrym rodzicem?”.

A jestem? Trudno chyba być z siebie dumnym, widząc własne dzieci zabierające sobie zabawki, niszczące rysunki, mówiące sobie przykre rzeczy.

Na pierwszy rzut oka możemy pomyśleć, że skoro dzieci się konfliktują, to coś jest nie tak. Możemy zacząć szukać przyczyny w sobie, obwiniać się, zastanawiać się, co robimy nie tak. Może nie nauczyliśmy dziecka, jak szanować innych, ustępować, prosić i się dzielić? Może coś jest nie tak z naszym dzieckiem? Przecież ono musi być „jakieś” i „jakoś” się zachowywać… Być grzeczne, posłuszne i potulne. To oczywiście tyko niektóre przeświadczenia, które pojawiają się w głowach rodziców kłócących się dzieci. Wiele z tych myśli podpowiada nam kultura, społeczeństwo, schematy, w których byliśmy wychowani. Stereotypowo dziecięce kłótnie są postrzegane jako coś złego i niepożądanego. Jeśli tak właśnie wygląda nasze myślenie, to pracę nad tym, by było nam lżej, warto zacząć od przeanalizowania własnego postrzegania sprawy.

Chce Pani powiedzieć, że konflikty między dziećmi są czymś pozytywnym?

Są czymś ważnym i potrzebnym. Nie można wartościować, czy są dobre, czy złe – są składnikiem naszej natury. Podczas konfliktów, które tak jak powiedziałam, są naturalne i nieuniknione, bo wynikają z różnic między ludźmi, dzieci mają szansę zdobywać różne kompetencje społeczne. To szansa na nowe umiejętności i poznawanie wartości, takich jak empatia, cierpliwość, zdolność do negocjowania, widzenia drugiej osoby, zrozumienia siebie o innych. Przeżywanie konfliktów nie tylko pomoże im teraz i w przyszłości lepiej funkcjonować w społecznościach, ale też pozwoli lepiej poznać siebie.

Czego konkretnie uczy się dziecko podczas kłótni z bratem czy siostrą?

Dowiaduje się wiele o samym sobie: „Co jest dla mnie ważne?”. Ma okazję sprawdzać, jak inni reagują na jego zachowania, uczy się też komunikować swoje granice. Jeśli pomożemy dziecku dziś „kłócić się konstruktywnie”, czy też nauczymy podchodzić do sporów jako do czegoś naturalnego, to w przyszłości nie będzie obawiać się takich sytuacji. Jeśli zaczniemy ukrócać, ucinać konflikty, dzieci niewiele się nauczą, nie dostaną narzędzi do tego, by sobie z nimi radzić jako dorośli. Nie nauczą się rozwiązywać trudnych sytuacji w relacjach – no, chyba że przy pomocy terapeuty (śmiech).

Gdy dzieci się biją, szczypią, gryzą, popychają – o czym to właściwie świadczy?

To, co widzimy na zewnątrz, wszystkie te trudne dla nas zachowania maluchów, są tak naprawdę sygnałem o tym, co dziecko czuje, jak się czuje i czego potrzebuje. Te zachowanie, które nazywamy agresją nie są złe, pomagają nam motywować się do różnych działań, zadbać o to co jest dla nas ważne. Pozwalają nam reagować, gdy potrzeba gwałtowanie czegoś bronić, czy nawet wygrywać zawody sportowe. Kawałek agresji ma w sobie każdy z nas! Jeśli nasze dzieci wyrażają złość w sposób agresywny, to jest to najczęściej sygnał, że chciały zadbać o coś dla siebie ważnego – na przykład o granice, które zostały naruszone. To, co nazywamy agresją, może być przejawem próby zadbania o siebie, próby powiedzenia komuś STOP albo nie, ale tak – sobie.

Po drugie, może to być sygnał, że dziecko coś przerasta, że z czymś mu jest naprawdę strasznie trudno. Czasem to czynniki bardzo zwyczajne, codzienne – głód, zmęczenie, stres, albo przebodźcowanie. Oczywiście gdy jedno dziecko krzywdzi drugie, to nie są to sytuacje przyjemne. Nie mamy się na nie godzić, absolutnie trzeba dzieciom dawać znać, że robienie krzywdy nie jest OK, trzeba mówić, że to rani. Ale nie negujmy złości. Wspaniale, że złość nazywana agresją u dzieci jest, bo to odruchowe zadbanie o siebie. Mówiąc automatycznie, że „tak nie wolno” bez głębszej refleksji czy rozmowy, możemy dać sygnał, że nie powinno się innym stawiać granic. Mechanizmy dbania o siebie nie będą mogły się rozwinąć, jeśli będziemy dążyć do eliminacji konfliktów. Szukajmy więc sposobu, by dziecka apel o respektowanie granic wybrzmiał w inny sposób, niż bicie czy szarpanie rodzeństwa.

Jak Pani sądzi, czy warto ustalać między dziećmi, kto zawinił?

Jeśli zaistniała sytuacja agresji między dziećmi, oznacza to, że i jedno, i drugie miało jakąś trudność. Szukanie winnych i oprawców nie prowadzi do niczego dobrego i niczego nie uczy. Naszą rolą jest raczej dać narzędzia, by umieć komunikować siebie. Oczywiście nigdy nie jest tak, że jak powiemy raz, to już nigdy nie wydarzy się nic trudnego. Ale dając wsparcie – uczymy. A gdy krytykujemy – wręcz przeciwnie, poczucie własnej wartości spada. Spada, przez co w dziecku jest jeszcze więcej agresji, ponieważ nie czuje się ważne i wartościowe. Próbuje zostać usłyszane, docenione, zauważone, do czego dąży poprzez mocne, intensywne zachowania. To zamknięte koło. Dlatego gdy rodzeństwo się kłóci, starajmy się dostrzegać każde z dzieci osobno i nie wartościować ich. Przyjmijmy, że po prostu każde z nich chciało o coś swojego zadbać. Gdy przyjrzymy się sytuacji bliżej, może się okazać, że jedno dziecko chciało zatroszczyć się o swoją autonomię, a drugie np. zaspokoić potrzebę zabawy. Pod spodem konfliktu mogą kryć się zupełnie różne potrzeby, o zaspokojenie których dzieci „walczyły”.

Widzę, że moje dzieci się biją. Co mówić w takiej sytuacji? Jak reagować?

Pierwsze komunikaty, które mogą paść w sytuacji, gdy dzieje się coś bardzo niedobrego, niebezpiecznego między dziećmi, to: „Stop. Nie zgadzam się na to”, „ Jestem przy was” czy „Jestem dla was.” – w zależności od sytuacji.

Tylko tyle? Czy to wystarczy, żeby zrozumiały, że nie mogą robić sobie krzywdy?

Jeśli ktoś bardzo silnie potrzebuje zaakcentować granice, to może na gorąco powiedzieć np. „Stop, nie zgadzam się na to, żebyście się uderzali”. Ale generalnie lepiej zostawić tłumaczenie na moment, gdy dzieci wrócą do równowagi. Jeśli sytuacja została „zatrzymana”, możemy podejść i łagodnie powiedzieć: „Uderzyłeś Jasia, musiało być ci bardzo trudno. Zosiu, zabolało się. Tobie też jest trudno.” – tobie też musi być bardzo trudno”. Nazwijmy sytuację i uczucia, powiedzmy, że jesteśmy, by swoją obecnością dzieci wesprzeć. Dajmy znać, że wszyscy są ważni i że każdej osoby uczucia się liczą. To zawsze wprowadza poczucie bezpieczeństwa i pomaga dojść do stanu względnej równowagi. Dopiero gdy to nastąpi, możemy próbować pogadać, oczywiście dostosowując rozmowę do wieku dziecka, np. możemy powiedzieć: „Gdy się biliście, wystraszyłam się o was, chciałabym, abyście byli bezpieczni”.

Zastanówmy się też, co zrobić, by sytuacja się nie powtarzała. Jeśli dostrzeżemy jakiś schemat, że konflikty pojawiają się w określonych momentach, np. po dłuższej rozłące z rodzicem, po powrocie z placówki, czy wieczorem – warto iść do źródła problemu, by zapobiegać kłótniom. Zwróćmy uwagę, co jest stresorem dla naszego dziecka. Opracujmy strategię, by pomóc wrócić dziecku do równowagi poprzez bycie blisko, przytulanie, odpoczynek pod kocykiem – cokolwiek, co da dziecku „doładowanie” i sprawi, że poczuje się lepiej. Może dopiero później jest czas wspólną zabawę i czas rodzeństwem. Czasem trzeba zrobić najpierw dwa kroki w tył, a jednocześnie pogrzebać głębiej. Oczywiście nie zawsze da się rozłożyć konflikt na części pierwsze – czasem po prostu dzieciom zdarzy się „szarpnąć” siebie nawzajem, choćby ze zmęczenia. Zaakceptujmy więc, że takie sytuacje też będą się zdarzały.

To chyba niekiedy trudne, zwłaszcza jeśli mamy krytykanta w postaci rodziny czy wychowawców w placówkach. Czy jest coś, co może pocieszyć rodziców kłócących się dzieci?

Bardzo pomocne może być myślenie o tym, czym jest tzw. dziecięca agresja i zrozumienie, z czego ona wynika. Już samo to może wpłynąć na poczucie ulgi u rodzica, którego dzieci się łatwo konfliktują. Przypominam, że agresja, to nie jest zło. I nie jest tożsama z pojęciem przemocy. Przemoc jest intencjonalna, zaplanowana z tzw. zimną krwią, a agresja – nie. Ona jest komunikatem o tym, co dzieje się z dzieckiem, a raczej w dziecku. Pamiętajmy też, że niektóre zachowania dzieci są rozwojowe, naturalne – wynikają z wieku i mijają z czasem. Natomiast nie zatrzymamy u dziecka tego, że ono bije czy gryzie z dnia na dzień. Dzieci wyrażają i komunikują swoje emocje przede wszystkim ciałem. Nie przyszły na świat ze zdolnością mówienia o swoich emocjach i uczuciach. Ba, niektórzy dorośli tego nie potrafią, a wymagają od innych. Dwu-, trzy-, a czasem nawet pięcioletnie dzieci jeszcze nie umieją podejść do kolegi i spokojnie powiedzieć: „Bardzo nie lubię, gdy zabierasz mi zabawki, czuję złość, oddaj to proszę”. A jeśli dziecko nie umie, to co robi? Ciach! Bach!

Jak nie wpaść w pułapkę pójścia na skróty i wypalanej z automatu komendy „Przestańcie się kłócić”?

Mam oczywiście świadomość, że często rodzicom jest bardzo trudno. Bez zasobów, gdy jesteśmy wydrenowani z energii, niełatwo jest podejść do dzieci z łagodnością i zrozumieniem. Gdy się kłócą, chce nam się niejednokrotnie kląć, wejść w tryb „walki i ucieczki” (śmiech). Znam to. Rodzice czasem mi mówią: „Magda… ja już nie daję rady, to jest pięćdziesiąta kłótnia w ciągu dnia”. Bywają sytuacje, gdy mimo że na chłodno wiemy, jak postępować, to zmęczeni czy strudzeni, po prostu nie potrafimy. Tak też czasem bywa, niestety. Ale pamiętajmy, że rodzicielstwo zaczyna się od rodzica. Może powinniśmy zadbać o siebie, a nie tylko: „dzieci, dzieci, dzieci”? Szukajmy drobnych, malutkich rzeczy, które na co dzień nas doładują, by mieć zasoby na poradzenie sobie w trudnych sytuacjach. Może da się na chwilę położyć na kanapie, niech dzieci w tym czasie przesypują sobie mąkę, szaleją, robią coś, co lubią? Może trzeba poszukać wsparcia z zewnątrz? I druga ważna rzecz: czas na naukę jest wtedy, gdy jest spokojnie. Nie ma sensu ochrzanianie i dawanie nauczki, gdy sytuacja napięcia już trwa. Potrzebne jest bycie blisko i pomoc w regulowaniu emocji na co dzień. Dopiero później – tłumaczenie, rozmowy, a także nasza postawa, czyli modelowanie zachowań dziecka.

Kiedy lepiej jest zostawić dzieci, by rozwiązały konflikt między sobą?

Jeśli ingerujemy w sytuacje między dziećmi, to dlatego, że chcemy się o nie zatroszczyć albo szybko zażegnać konflikt, który powstał. Warto upewnić się, czy nasze wtrącanie się będzie potrzebne i wspierające. Stałe wchodzenie między rodzeństwo, może doprowadzić do tego, że dzieci zaczną oczekiwać, że rodzic jest obok, więc załatwi to za nie. Oczywiście jesteśmy od tego, by dawać to wsparcie, więc gdy dziecko nas woła, a jego płacz jest rozpaczliwy, gdy komuś dzieje się krzywda – bezdyskusyjnie reagujemy. Jeśli jednak widzimy, że nie dzieje się między rodzeństwem bardzo źle, że żadne dziecko nie płacze (nie mówię tu o stękaniu z niezadowoleniem), to lepiej jest przyjąć rolę gotowego do pomocy obserwatora. Bądźmy blisko, ale nie właźmy pomiędzy dzieci tylko dlatego, że się droczą, czy są po prostu na siebie wkurzone.

Kiedy już wiemy, że trzeba wkroczyć do akcji i zostać negocjatorem, czy jest jakaś strategia na to, by zachować spokój?

Jesteśmy czasami zapraszani przez dzieci do ich świata konfliktu jako mediatorzy. To wielka sprawa, że dziecko prosi nas o pomoc w kłótni z rodzeństwem, ale to nie znaczy, że chce być przez nas w takiej chwili skarcone, moralizowane. Dlatego biegnąc do skonfliktowanych dzieci z zamiarem obserwacji sytuacji i ewentualnej ingerencji, proponuję zanim to nastąpi, zatrzymać się na chwilę. Chodzi o to, by zastopować w sobie chęć intensywnego wyrażenia emocji wywołanych przez tę kłótnię. Ćwiczmy to w spokojniejszych sytuacjach. Wtedy wiedząc, że za chwilę może być gorąco, sięgniemy po przetestowany sposób na upuszczenie sobie ciśnienia. Jeśli tego nie zrobimy, może się zdarzyć, że udzielą nam się dziecięce emocje i mimo że chcemy pomóc, to zaczniemy krzyczeć, denerwować się, czy odgrażać, że „mamy tego dość”. Zaprzeczamy wtedy temu, co staramy się przekazać, bo nie pokazujemy kontroli i opanowania emocji, tylko wybuch. W dodatku przenosimy na dzieci odpowiedzialność za nasz wybuch, a tak nie powinno być. Dlatego zatrzymajmy się – otwórzmy okno, zróbmy dwa głębsze oddechy, wypijmy łyk wody, polejmy sobie nadgarstki, zróbmy przysiad… cokolwiek. Niech to będzie coś, co dla nas jest skuteczne, co pozwala nam lepiej poczuć swoje ciało, złapać kontakt ze sobą i otrząsnąć się.

Powiedziała Pani, że praca nad konfliktami powinna się odbywać wtedy, gdy ich nie ma. Co konkretnie możemy robić?

Można mówić dziecku o tym, czego nie chcemy, nie akceptujemy, o tym, co krzywdzi, ale w sytuacjach spokojnych, zawsze „na zimno”. W stanie wzburzenia mózg dziecka działa tak, że nie jest ono w stanie przyjmować żadnych lekcji, nie jest zdolne do refleksji. Poza tym relację ze złością kształtuje się nie tyko wtedy, gdy dziecko jest wściekłe. Warto więc pokazywać różne strategie radzenia sobie z trudem, np. mówić, że zanim się kogoś uderzy, można zrobić to i to (na przykład poprosić o wsparcie rodzica). Róbmy to podczas zabawy, przyjemnych, sympatycznych sytuacji. Powiedzmy: „Pomyślmy kochani, co możemy zrobić, by sytuacja się nie powtarzała”. Czasem już sam kontakt z dzieckiem, obecność i spojrzenie w oczy jest wspierającą relacją. Można też ćwiczyć różne scenariusze, czytając książki, odpowiadając na dziecka zachowania w zabawie, na przykład dając mu na co dzień przestrzeń do autonomii.

Czego nie powinniśmy robić, gdy widzimy kłótnię między naszymi dziećmi?

Odradzam wszystkie przemocowe działania: krzyk, gwałtowne zabieranie dzieci od siebie, ucinanie tematu, mówienie, że sytuacja sporu jest czymś złym. Porównywanie dzieci do siebie czy straszenie także nie są wspierające. Warto pracować nad tym, by podchodzić do dziecięcych konfliktów z akceptacją, wyrozumiałością i łagodnością, jak właśnie do czegoś naturalnego. To oczywiście jest bardzo trudne i to się ćwiczy. Raczej nie da się zmienić myślenia z dnia na dzień. I nie chciałabym nikogo wpędzać w poczucie winy. Jeśli mówię, czego nie wolno, czy nie warto robić, a ktoś rozpozna w sobie, że robi to codziennie, może wpaść w poczucie klęski… ale to nie o to chodzi. Nie ma rodziców idealnych, a ja chcę jedynie dać znać, że nad pewnymi rzeczami po prostu warto pracować.

„Jak się nie pogodzicie, to zabiorę zabawkę albo wyłącz bajkę” – co Pani myśli o takim sposobie na skłócone maluchy?

Szantaż nie jest dobry ani skuteczny. Wiemy z badań, że dawanie kar nie działa. Nie uczy dzieci, jak postępować dobrze, ale jedynie jak kary unikać. Takie stawianie ultimatum może powodować, że dzieci będą nadal robić pewne niefajne rzeczy w ukryciu lub tłumić negatywne uczucia wobec brata czy siostry. Albo w ogóle – doprowadzimy do wyparcia ich uczuć i emocji. Będą chować je w sobie, byleby nie doświadczyć kary. Poza tym dawanie kar niszczy relację dziecka z rodzicem. Dzieci przestają być wobec nas otwarte. Kto chciałby przyjść po wsparcie do człowieka, który ochrzania i karze? Dla nas to są drobiazgi – zabrana zabawka, zakończone wspólne oglądanie bajki. Ale dla dziecka to poważna sprawa. Zachęcam, by nie używać kar, bo uczą jedynie tego, że silniejszy może wykorzystywać swoją przewagę.

Załóżmy, że na konflikty moich dzieci reaguję spokojem. To często prowadzi do frustracji starszego dziecka, które uważa, że niesprawiedliwie „odpuszczam” młodszemu rodzeństwu. Mam wrażenie, że dzieci często oczekują od dorosłego impulsywnych zachowań – odebrania zabranej zabawki, zabrania z pokoju malucha, który przeszkadza. Jak im to tłumaczyć?

Starsze dzieci nie są odpowiedzialne za swoje młodsze rodzeństwo. Na pewno więc nie warto przy takich konfliktach iść w tłumaczenie w stylu: „ustąp, on jest młodszy”. Naciskanie na starsze dziecko, by ustępowało, jest według mnie niebezpieczne, bo to zwyczajnie zachęca, by naruszać własne granice. Takie dziecko w przyszłości może mieć problem, czuć presję ustępowania innym wbrew sobie, lub robienia różnych rzeczy tylko po to, by zadowolić innych. Nie uczmy więc, jak ustępować, ale raczej, jak się dogadywać. Jeśli zaś chodzi o to, że jedno dziecko oczekuje od nas zdecydowanej reakcji wobec konfliktowego zachowania drugiego, bo tak rozumie sprawiedliwość… Budujmy relację na co dzień, dbajmy o mocne poczucie własnej wartości swojego malucha. Odpowiadajmy na jego potrzeby i uczucia każdego dnia. Jeżeli zadbamy o zaufanie i więź, to dziecko będzie czuło, że jesteśmy z nim podczas kłótni z bratem lub siostrą, nawet bez karcenia czy pokazowego musztrowania tego drugiego malucha. Pamiętajmy, że swoim zachowaniem pokazujemy przede wszystkim, jakie wartości są dla nas ważne, dziecko uczy się już przez samo doświadczenie bycia z nami. Jeśli chcemy przekazać wiedzę o sprawiedliwym rozwiązywaniu konfliktów bez agresji, to wybierzmy taką właśnie drogę.

Brzmi dość idealistycznie. Wyobrażam sobie, że tam, gdzie są bliźniaki albo więcej małych dzieci, może być trudno wprowadzić te zasady w życie. Naprawdę nigdy nie powinniśmy mówić „poczekaj, zaraz siostra ci odda zabawkę”?

Nie jest ważne, czy mamy dwójkę, czy pięcioro dzieci. Chodzi o to, że powinniśmy dążyć do tego, by one czuły się dla nas tak samo ważne. Nie zawsze oznacza to, że mamy rzucać wszystko i wcielić się w skomplikowaną rolę negocjatora. Nie da się od rana do nocy być blisko dzieci i cały czas empatyzować z każdym z nich. Empatia polega też na tym, by dostrzec siebie i swoje realne potrzeby oraz możliwości. Poza tym wydaje mi się, że rzadko jest tak, że przez cały dzień wszystkim członkom rodziny jest tak samo ciężko. Sztuka polega na tym, by wykorzystywać momenty, gdy możemy doładować swoje zasoby i oddawać je dzieciom, gdy natrafimy na sytuację dla nich trudniejszą.

Oczywiście, że możemy sprawdzić, które dziecko ma już zdolności i dojrzałość na tyle rozwinięte, że zrozumie, że może sobie przez pięć minut poczytać, podczas gdy siostra pobawi się jego zabawką. Możemy powiedzieć: „Widzę, że jest to dla ciebie ważne, widzę że chciałeś coś zrobić. Poczekaj proszę przez moment, za chwilę do ciebie wrócę”. Mam jeszcze taki sposób, że jeśli aktualnie nie możemy zaspokoić potrzeby każdego z dzieci, to można wziąć kartkę i napisać coś w rodzaju deklaracji, np. „rozmowa z Jankiem o złamanej kredce po obiedzie” – i powiesić na lodówce, aby pokazać, że dziecko jest dla nas ważne, że je uwzględniamy. Oczywiście nadal będzie mu w jakimś sensie trudno, bo wciąż musi poczekać na swoją kolej, ale nie poczuje się zlekceważone. Najważniejsze to pokazać: zauważam cię, w tej rodzinie liczy się każdy. Choćby spojrzeniem.

To spora ulga wiedzieć, że czasem mogę po prostu prosić dzieci, by poczekały czy pogodziły się z tym, że rodzeństwo coś ma, a one chwilowo nie.

Proszę spróbować wykonać ćwiczenie i wyobrazić sobie, że przychodzi Pani do swojego partnera z ważną sprawą, a on akurat nie może rozmawiać, bo jest przytłoczony pracą. O ile jest łatwiej, gdy ktoś kto jest zajęty, powie nam z szacunkiem: „Przepraszam cię, teraz niestety nie mogę, ale wrócę z tym do ciebie za chwilę”. Dużo lżej nam to zaakceptować, niż np. „Tyle mam na głowie, a ty jeszcze czegoś chcesz!”. Prawda? Tak samo jest z dziećmi. W rodzicielstwie pełnym bliskości, czułości i empatii nie chodzi o to, by oddawać siebie bez reszty innym, bo byśmy się zamęczyli i fizycznie i psychicznie. Raczej chodzi o to, by dostrzegać drugiego człowieka. Mamy, które mają często kłócące się dzieci, powinny sobie przypominać: „Jestem tu jedna. Nie rozerwę się na części. Staram się najlepiej jak mogę”.

Czyli czasem mogę po prostu powiedzieć: „Jestem zmęczona, nie mam siły teraz rozwiązywać waszego konfliktu. Spróbujcie załatwić to między sobą”?

Pewnie! Tylko warto przy tym zaznaczyć, że dostrzegamy sytuację i stan emocjonalny dzieci. „Widzę, że się zezłościliście”. Nazwijmy te emocje, pozwólmy dzieciom na złość. I dajmy znać, że po chwili pauzy, która jest nam potrzebna, wrócimy, żeby je ewentualnie wesprzeć. To powinno wystarczyć. Nie wolno stawiać siebie na ostatnim miejscu – rodzic też jest ważny i dzieci uczą się to dostrzegać.

Dziękuję za rozmowę.

Magdalena Boćko-Mysiorska : Pedagożka, wykładowczyni, autorka pierwszej serii książek dla najmłodszych pisanych w duchu Rodzicielstwa Bliskości i Porozumienia bez Przemocy, artykułów i materiałów dydaktycznych. Promotorka Porozumienia bez Przemocy i neuropsychologii. Na co dzień wspiera rodziców i nauczycieli w budowaniu empatycznych i konstruktywnych relacji z dziećmi. Twórczyni bliskościowo-naukowego bloga www.magdalenabockomysiorska.pl. Mama dwójki dzieci.

Artykuł zilustrowano fotografiami dokumentalnymi autorstwa wielokrotnie nagradzanego duetu fotograficznego Pixelheart Studio, który jest organizatorem cyklicznej konferencji poświęconej dokumentalnej fotografii rodzinnej „Family Unposed”, której patronuje nasza redakcja. Więcej o poprzedniej edycji konferencji przeczytacie w archiwalnym artykule Ładne Bebe tutaj, a o tegorocznej edycji dowiecie się więcej na stronie internetowej konferencji tutaj.

Dodaj komentarz