podróże

Nasze prywatne National Geographic

Nasze spotkanie z The Big Five Family

Nasze prywatne National Geographic
Archiwum prywatne bohaterów

Kilka dni po premierze siedzę z Kasią i Robertem z The Big Five Family na ławce w parku Skaryszewskim. Nagle podchodzi do nas nieznajoma i mówi: „To wy! Widziałam wczoraj wasz film. Też namawiałam męża, żeby rzucić wszystko i wyjechać, ale nigdy nam się to nie udało”. 

„Sama po zobaczeniu »W stronę słońca« w reżyserii Agnieszki Kokowskiej złapałam się na tym, że czuję, jakbyśmy znali się naprawdę długo, a przecież poznaliśmy się przed chwilą”, zastanawiam się głośno, na czym polega ten fenomen. „To nasza energia i nasz Instagram”, stwierdza Kasia i dodaje: „Ale też film, bo choć jest wizją, jakąś formą kreacji, ma w sobie dużo prawdy, opowiada bowiem o naszej relacji i bliskości”.

Chyba każdy się czasem zastanawia, czy nie rzucić wszystkiego i nie wyjechać – ale ostatecznie większość z nas tego nie robi. Film „W stronę słońca” pokazuje cienie i blaski życia w podróży. To, że nie zawsze czujemy się jak na wakacjach.

Robert: Wczoraj rozmawiałem z Agnieszką, reżyserką. Mówię: „Wiesz co, Koko? Odbiór filmu jest taki, że jest trudno. Nie mamy sukcesów, wielkich radości, ale to jest fajne, bo jest balans, jak to w życiu”.

Kasia: Właśnie, bo to przecież wciąż normalne życie, niezależnie od tego, gdzie jesteśmy. Musimy pamiętać, że film jest zbudowany w taki sposób, żeby pobudzić do refleksji. Nie jest odzwierciedleniem naszego życia czy naszego konta na Instagramie, gdzie pokazujemy prawdę i często naśmiewamy się ze wszystkiego, nawet w kryzysowych sytuacjach. Czarny humor i abstrakcyjne myślenie towarzyszy nam i naszym dzieciom. Tego w filmie nie widać.

Każdy odbiera film, filtrując go przez siebie, przez swoje emocje. Ja na przykład nie mam poczucia, że to smutny film, ale na pewno jest wzruszający.  

K.: Ja po tych kilku dniach projekcji zobaczyłam, że „W stronę słońca” jest właściwie filmem o relacji ojca z synami. Przeważnie to my, matki, jesteśmy pokazywane, jak poświęcamy się dla dzieci, a później próbujemy odnaleźć siebie. Mało jest widocznych zaangażowanych ojców, a Robert od zawsze taki był. Dopiero w podróży ma na to więcej czasu, bo kiedy chodził do pracy w korporacji, był dla dzieci przez dwie godziny wieczorem, przy kąpieli, czytaniu i usypianiu, a rano – podczas śniadania i gdy odwoził je do szkoły. Ja pracowałam w domu, więc spędzałam z nimi więcej czasu, woziłam je na zajęcia. W podróży te role nam się zmieniły do tego stopnia, że w pewnym momencie poczułam się odrzucona przez chłopców, którzy zaczęli dorastać, zmieniać się w nastolatków. Z drugiej strony miałam wreszcie czas na odkrywanie swoich pasji.

Co było punktem wyjścia? Co sprawiło, że zdecydowaliście się wyjechać?

R.: To Kasia zaczęła. Nie wyobrażałem sobie, że można w ten sposób żyć. A teraz, po pięciu latach od tej decyzji, już nie pamiętam, dlaczego nie chciałem jechać. Wtedy była to dla mnie kompletnie abstrakcyjna wizja, jeden z wielu pomysłów Kasi, które przyjmowałem z uśmiechem.

K.: Robuś zawsze mówił „nie”, bo rodzina, kredyty, pieniądze, szkoła, dzieci, maile. A kiedy w końcu przyszedł ten moment, że powiedział: „Tak, jedźmy, zróbmy to!”, to ja na początku się wycofałam. Powiedziałam: „No co ty, żartowałam!”.

R.: Rozmawiałem wtedy z moim przyjacielem, 10 lat ode mnie starszym, który powiedział: „Słuchaj, jeśli teraz nie pojedziesz, to nigdy nie pojedziesz. Ja w twoim wieku bym jeszcze pojechał, ale teraz jest już za późno”.

K.: Nie chcieliśmy od niczego uciekać. Byliśmy szczęśliwi, żyliśmy sobie w podwarszawskiej Radości, w pięknym lesie, otoczeni świetnymi ludźmi, dzieci chodziły do prywatnej szkoły Montessori. Każdy wolny moment przeznaczaliśmy na podróże. Ja zrezygnowałam z korporacji i założyłam działalność gospodarczą, żeby mieć kontakt z innymi mamami. Z czasem utworzyłam markę ubrań Bloom, którą prowadzę do dziś.

Jedną z pierwszych scen w filmie jest wyprowadzka z waszego domu. Dlaczego zdecydowaliście się na jego sprzedaż? Widać, że było to dla was trudne. 

K.: To była spontaniczna decyzja, na początku nie planowaliśmy go sprzedawać. Ale przyszła pandemia, zastanawialiśmy się też, co będzie, jeśli na przykład będziemy na Syberii, a zadzwoni najemca i powie: „Panie, tu mi piecyk nie odpala, weź pan coś zrób!”. To byłoby dodatkowe obciążenie, a my chcieliśmy je poodcinać. Spłaciliśmy kredyt, przestaliśmy płacić za prywatną szkołę synów, rachunki za wodę i prąd. Uwolniliśmy się od wszystkich zobowiązań.

R.: Często jest tak, że ludzie płacą kredyty, raty leasingu, mają wrażenie, że są na jakimś kursie do bezpieczeństwa, bo za naście lat odłożą pieniądze i ruszą w świat, żeby podróżować.

K.: A my podjęliśmy tę decyzję pięć lat temu i nigdy nie żałowaliśmy. Mówiłam: „Robuś, chodź zobaczymy, jak to jest żyć inaczej. Mamy czterdzieści lat za sobą i możemy tak dalej żyć, ale możemy też spróbować to odwrócić, postawić wszystko do góry nogami”.

W końcu zawsze można wrócić.

R.: Tak myśleliśmy, ale gdy już się posmakuje tego życia, to nie ma odwrotu.

K.: Mieliśmy taki plan, że wyjedziemy na dwa lata, ale ja po trzech miesiącach już wiedziałam, że nie wrócimy. Od dwóch tygodni przebywamy w Warszawie, a ja jestem już umęczona – za bardzo sobie cenię to nasze życie w drodze.

Bez norm społecznych, bez obowiązków, bez planu.

K.: Bez planu i norm społecznych jak najbardziej, ale to nie jest tak, że nie mamy obowiązków w podróży. No, może odpada płacenie rachunków.

R.: Po tych kilku tygodniach w Warszawie energetyczny kapitał, który buduje się w podróży, można szybko stracić. Po trzech tygodniach trąbię na innych kierowców, jeżdżę agresywnie, budzę się o piątej, czuję zgagę i idę robić kawę, bo trzeba działać.

K.: Mimi chodzi w słuchawkach, a Leon, mimo że przygotowywał się do wystąpień publicznych, ma dosyć i choć zawsze jest opanowany, to już cedzi przez zęby, wybucha.

R.: Zastanawiam nad tym, kto nam to robi. Wchodzimy w ten tryb i pracujemy jak muły, ciągniemy wszystko, byle więcej, dalej. Mieć kolejny dom, samochody. My też tam byliśmy: z mieszkania do domu, z jednego samochodu do dwóch, a może jeszcze motocykl, może jakieś zabytkowe auto.

K.: Dostajemy na co dzień mnóstwo informacji, czujemy się ciągle niewystarczający, bo można było coś zrobić inaczej. Bierzemy na siebie więcej, a to wszystko, do czego dążymy, jest jakąś utopią.

Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie w czymś lepszy, kto będzie miał więcej.

R.: W naszym życiu bardzo dużo się wydarzyło przez ostatnie pięć lat. Zobaczyliśmy mnóstwo miejsc, poznaliśmy wielu ludzi. Wracamy tutaj i kiedy pytamy, co słychać u naszych dawnych sąsiadów albo u znajomego z firmy, okazuje się, że nic się nie zmieniło. Jest tak, jakbyśmy wyjechali stąd wczoraj.

K.: Bo najdroższą rzeczą w życiu jest czas. Jesteśmy sobie wdzięczni za to, co wybraliśmy dla siebie, dla naszej rodziny. Jesteśmy o krok przed wszystkimi. Mamy dom na kółkach, możemy go postawić, gdzie chcemy, w razie wojny czy pandemii. Jesteśmy niezależni, a nasze dzieci wiedzą, jak znaleźć jedzenie w lesie. Są też uważne na świat zwierząt, przyrodę, ludzi. Myślę, że to są teraz najbardziej pożądane kompetencje. I być może ten nasz ośmiolatek nie czyta płynnie, za to czyta po angielsku, bo sam się nauczył.

Jednak takie podróżowanie nie jest dla każdego. 

R.: Na pewno nie jest. Trzeba to najpierw sprawdzić, my też tak zrobiliśmy. Kilka razy wypożyczaliśmy kamper, a potem kupiliśmy swój i zakochaliśmy się. Jeździliśmy na trzytygodniowe eskapady z dziećmi. Gdybyśmy nie spróbowali, nie wiedzielibyśmy, że w ogóle lubimy taki styl podróżowania.

Jaki był wasz pierwotny plan podróży?

K.: To miała być podróż w stronę słońca. Wyobrażaliśmy sobie, że pojedziemy przez Rosję do Kazachstanu, a potem do Mongolii, aż do Pacyfiku. Przeprawimy się do Korei, Japonii, a stamtąd statkiem do Stanów i Ameryki Południowej. To był jednak czas lockdownu i nie wszystkie granice były otwarte, więc pojechaliśmy do Turcji, gdzie spędziliśmy osiem miesięcy. Kiedy tylko mogliśmy wyjechać, dotarliśmy do Gruzji i tam, po dwóch miesiącach podróżowania po górach, podjęliśmy decyzję, że potrzebujemy zmienić kamper na ciężarówkę. Wróciliśmy do Polski po wszystkie elementy do budowy nowego domu i ruszyliśmy raz jeszcze do Turcji. Już nową ciężarówką wróciliśmy do Gruzji i Armenii, bo chcieliśmy przejechać trasę Iran – Pakistan – Indie – Tajlandia. A dlaczego chcieliśmy jechać do Tajlandii? Ponieważ nasz syneczek chciał zjeść krewetki u znajomej Pio na Koh Phangan, u której byliśmy kilka lat wcześniej.

Nasz plan nie wypalił, bo w Armenii sytuacja polityczna była nieciekawa. Tego dnia byliśmy w kanionie, bez zasięgu. Nagle usłyszeliśmy wybuch. Pamiętam, że zapytałam Robusia: „Słyszałeś? Co to było?!”. A on na to, że pewnie butla w wiosce wybuchła. Następnego dnia, kiedy wyjechaliśmy z kanionu, nasze telefony rozgrzały do czerwoności, dostaliśmy setki wiadomości z pytaniem, czy jesteśmy bezpieczni, bo zaczęło się ostrzeliwanie przez Azerbejdżan. Okazało się, że 50 kilometrów od nas spadła rakieta. Poczuliśmy, że czas na zmianę, więc pojechaliśmy w stronę Maroka. Tam spędziliśmy cztery miesiące i musieliśmy wracać na egzaminy naszych chłopców, którzy do niedawna uczyli się w ramach edukacji domowej, ale pół roku temu wypisaliśmy ich z polskiego systemu i zapisaliśmy do amerykańskiego.

Czym się różni ten system od polskiego?

K.: To szkoła, która wspiera edukację worldschooling zrzeszającą ludzi z całego świata: podróżników, aktorów, sportowców. W tym systemie to my jesteśmy odpowiedzialni za to, czego nauczą się nasze dzieci. Zostaliśmy wychowani w systemie pruskim, więc kiedy ten mój 12-latek nie odpowiada mi w ułamku sekundy, ile to jest siedem razy osiem, to mnie to martwi. Sami jeszcze musimy się z tym wszystkim oswoić.

Jakie relacje zawiązuje się podczas podróży? 

K.: Poznane osoby traktujemy często jak rodzinę. Bywa, że spędzamy pół roku, podróżując razem. Robimy wszystko wspólnie, mamy podobne myślenie, marzenia, pasje. I mamy czas, aby się tymi pasjami dzielić. Nikt nie ma też problemu, żeby usiąść z naszymi dziećmi i uczyć ich gry na pianinie.

Robert w filmie mówi, że dobrze jest czasem nie być nikomu potrzebnym. Co to dla was znaczy?

K.: Że dobrze jest mieć czasem fajrant. W podróży zdarzają się takie chwile, że mamy dosyć, bo na przykład dzieci szarpią się o czerwoną kredkę przez pół dnia. To absolutnie normalne rodzicielskie wyzwania, nieważne, czy jesteś na rajskiej plaży, w Bieszczadach, czy odbierasz dziecko z przedszkola. Do tej pory nie potrzebowaliśmy tego czasu osobno, bo zawsze walczyliśmy o to, żeby być jak najczęściej razem. Czasem uciekamy na motor, na rower, na SUP, mamy też namiot dachowy, w którym możemy się zaszyć.

Czy takie podróżowanie coś zabiera? Co jest najtrudniejsze?

K.: W pewnym momencie okazało się, że mój tata jest chory, co było dla mnie trudne przez dzielącą nas odległość. Jestem zadaniowa, więc gdybym była na miejscu, już trzęsłabym murami szpitala. Z drugiej strony bywa tak, że łatwiej radzimy sobie z trudnymi rzeczami, kiedy jesteśmy daleko, bo mamy do nich dystans.

R.: Tak było z odejściem mojego przyjaciela dwa lata temu. W zasadzie wciąż w to nie wierzę. Jestem teraz w Polsce, wiem, że go tu nie ma, ale on nie zniknął z mojego codziennego życia, bo ono jest już kompletnie inne.

K.: Z drugiej strony – co więcej moglibyśmy zrobić, gdybyśmy tu byli? Może trzęsłabym tymi murami szpitala i co by się stało? Nic. To, co możemy dać bliskim, to wsparcie, gdziekolwiek byśmy byli.

A chłopcy? Jak oni odnajdują się w tym wszystkim?

K.: Dzieci mają nas blisko przez cały czas – i to jest najlepsze, co możemy im dać. Słyszymy zarzuty, że zabieramy im dzieciństwo, że nie mają rówieśników, ale czym jest dzieciństwo? Tym, że dzieci są ubezwłasnowolnione i wożone na kolejne zajęcia? My nie chcemy, żeby nasze dzieci były równiutkie, takie same jak inne. Niech będą sobą, niech odkrywają swoje talenty, a codzienne życie w podróży jest dla nich najlepszą szkołą. Ostatni rok spędzamy samotnie, nie mamy podróżników wokół siebie, bo jeździmy po Stanach, które są wielkie. Amerykanie głównie siedzą na kempingach, a my w dziczy. Przez ten rok chłopcy stali się naszymi partnerami. Obserwatorka napisała mi kiedyś, że najpiękniejsze z tego, co im dajemy, jest to, że bardzo szybko potrafią zaadaptować się do zmieniających się warunków. Mamy mnóstwo wyzwań na co dzień i dzielimy się obowiązkami. Mamy też układ, że jeśli którykolwiek powie, że ma dosyć, nie chce już podróżować, to się zatrzymamy.

Zakończenie „W stronę słońca” sugeruje, że w Maroku Leon zrezygnował z dalszej podróży.

K.: Pamiętajmy, że kino jest zawsze jakąś formą kreacji. Film musiał mieć zakończenie i takie wybrała reżyserka. Leon miał dosyć swoich braci i dwa tygodnie przed egzaminami w szkole poleciał do babci, by się pouczyć i pobyć sam, a my w ciągu dwóch tygodni dojechaliśmy do Polski. Długo dojrzewał do tej decyzji. Wiesz, jaki był główny powód, żeby jednak nie jechać? Martwił się, czy my, jego rodzice, damy sobie radę. Momentalnie zaczęłam się zastanawiać, czy on nie za dużo dźwiga jak na swój wiek. Nasza podróż to nieustanny eksperyment, tak samo jak rodzicielstwo. Popełniamy błędy, uczymy się i nadal popełniamy błędy. Nigdy nie będzie idealnie.

Macie swoje rytuały w podróży? Coś, co wprowadza stabilność w wasze życie w drodze?

R.: Bardzo dobrym nawykiem, który wprowadziliśmy i którego się trzymamy, są wspólne posiłki. Na szczęście nie mamy telewizora, jemy w jednym pomieszczeniu albo przed ciężarówką.

K.: Jest takie modne określenie: sun gazing, czyli siedzenie na słońcu podczas wschodu i zachodu. Powrót do korzeni, tylko w nowym nazewnictwie.

R.: Sun gazing to coś, co w dzisiejszym świecie jest atrakcją, którą ktoś ci sprzeda i jeszcze doda do tego nazwę. A my robimy to na co dzień.

Istnieje jakiś horyzont? Cel waszej podróży? 

K.: Marzę o tym, żeby mieć ogród pełen kwiatów. Może małą farmę, na której mielibyśmy zwierzęta, kwiaty, warzywa. I by było tam dużo ludzi, dla których moglibyśmy gotować, z którymi dzielilibyśmy się naszą energią.

R.: Podpisuję się pod tym, choć miałem kiedyś taką szaloną wizję, że kolejnym krokiem po ciężarówce będzie jacht. Będziemy pływać, dzieci nauczą się żeglować, będą miały fach w ręku. Trzeci sezon The Big Five Family.

Tymczasem wracacie do Stanów. Co dalej?

K.: Wracamy do naszej ciężarówki, która stoi na podjeździe w Palm Springs, u naszych przyjaciół. Musimy odchorować ten intensywny czas w Polsce. Marzę o tym, żeby stanąć gdzieś na pustyni, pośrodku niczego, i nie robić nic. Być już blisko natury, bo możliwość podglądania dzikiej przyrody to najpiękniejsza rzecz, jakiej doświadczamy w tej podróży. Ostatnio oglądałam kanał National Geographic i przypomniało mi się, że kiedy byłam nastolatką, podróż w miejsca, które teraz odwiedzamy, to było niedoścignione marzenie. Gdzie ja, dziewczyna z Radomia, i jakaś Alaska, jakieś orki, wieloryby? Dziś mam 44 lata i z osobami, które kocham najbardziej na świecie, robimy sobie nasze prywatne National Geographic. Siedzę w wielkim oknie lub na leżaku z piaskiem pod nogami i oglądam skaczące wieloryby w Meksyku.

R.: Chcemy jeszcze pojeździć po Stanach, a zimą wracamy do Meksyku. Później znów do Stanów, by zobaczyć Oregon, Waszyngton, Idaho, Montanę, potem Kanada i Alaska. Stamtąd skierujemy się w stronę Patagonii. Ale nie planujemy już nic, bo wszystko się może zdarzyć.

Dodaj komentarz