fotorelacja

Nasze wielkie szkockie wakacje

Fotorelacja

Nasze wielkie szkockie wakacje
Patrycja Dąbrowska

Ona – fotografka, żądna wakacyjnej swobody i wiary, że z czwórką dzieci można liczyć na wyjazdowy spontan. On – z dokładnie sporządzonym planem na wyjazd. Plus czwórka dzieci na pokładzie. Oto opowieść i wrażenia ze Szkocji. I dużo zieleni – uwaga, działa ultrakojąco!

Zamki, klify, pasące się owce i wszędobylska zieleń. Takie skojarzenia mam ze Szkocją i gdy patrzę na kadry Patrycji, widzę, że niewiele się myliłam. Tak, tam naprawdę filmowe plenery kryją się za rogiem. Teraz, w styczniu, w którym zima tak naprawdę jeszcze nie przyszła, a ja już ją mentalnie pożegnałam, takie zdjęcia działają na mnie kojąco. Przypominają, że zaraz buchnie wegetacja, spadnie deszcz, po którym powietrze pachnie wiosną. Ciekawe, jak pachnie szkocki deszcz, ten nieodłączny towarzysz podróży?

O wyprawie do Szkocji opowiada Patrycja, a ja oprócz zachwytu nad zdjęciami, myślę, że cudownie podróżuje się, mając dystans i realne oczekiwania, bez list do zwiedzenia i odhaczenia. Posłuchajcie.

 

*

DOKĄD I DLACZEGO

Mamy wakacje, lipiec i lecimy do Szkocji. Na 17 dni. Rodzina 2 + 4. Tymek (za miesiąc skończy 13 lat), Antek (w listopadzie 11 lat), Jaś (9 lat we wrześniu) i nasz rodzynek Ludek (dwuletnia Ludwisia). Lecimy na wakacje do Szkocji, dokąd pakujemy całe spektrum ubrań, od jesiennych po letnie, do ograniczonych gabarytowo walizek.

Ta Szkocja nam się marzyła od dawien dawna. Od kiedy znam Marka, a znam lat 20. Bo chłopak kochał Bravehart Waleczne Serce z Melem Gibsonem. I marzył, żeby zobaczyć szkockie zamki. I ta podróż zmaterializowała się konkretniej w ciągu poprzedzających ją dwóch lat. Najpierw zaprosiła nas moja kuzynka, która na stałe mieszka w Edynburgu, i która miała do dyspozycji miejsce, gdzie mogłaby nas bezkonfliktowo ulokować. Obchodziła swoją czterdziestkę w Polsce, więc była okazja się spotkać i porozmawiać. Ale ponieważ pół roku wcześniej zostaliśmy ponownie świeżymi rodzicami, plany musieliśmy odłożyć na czas późniejszy. I koniec końców na spędzenie wakacji w Szkocji zdecydowaliśmy się w 2019 roku, od marca polując na specjalną ofertę cenową biletów lotniczych. Pierwszy tydzień pobytu mieliśmy zagwarantowany dzięki uprzejmości i gościnności mojej kuzynki, lokum na pozostałe 10 dni szukaliśmy przez portal Airbnb. Samochód oczywiście wynajmowaliśmy.

W zasadzie całą trasę przejazdu i pobytu zaplanował Marek. Kupił przewodnik, surfował po necie, planował, zaznaczał miejsca. Ja, wyjeżdżając na urlop, lubię mieć wrażenie, że cały wielki świat stoi przede mną otworem, nie mam żadnych ograniczeń i mogę pojechać tam, gdzie mi się zamarzy. Lubię się pooszukiwać, że mam pełną swobodę działania i mogę pozwolić sobie na spontaniczność. Tak więc na tym etapie ja mam niezmącony niczym umysł, a Marek ma PLAN.

 

*

SZTUKA PAKOWANIA

Stoisz i patrzysz na stół w dużym pokoju. Stół o rozmiarach 1×2,4 metra. I to przed rozłożeniem. Bo przy tym stole zasiada codziennie 6 osób. A teraz na tym stole piętrzą się stosy T-shirtów, majtek, skarpetek, spodni, krótkich spodenek, spodni dresowych, bluz, longsleeve’ów, kurtek przeciwdeszczowych. Każdy stos ma imię. To stos Antka. Brakuje w nim jeszcze kąpielówek i okularków. To stos Tymka. To stos Jasia. To stos Ludwisi – z tym najgorzej. Cały czas chcę coś tam jeszcze dołożyć. Zanim zacznę chować te rzeczy do toreb, muszę mieć je całościowo przygotowane. Inaczej pogubię się w tym, czego komu brakuje i co jeszcze należałoby dołożyć. A pod stołem kupa butów. Z zabrania sandałów niektórzy z góry zrezygnowali. Ale każdy ma przygotowane co najmniej 2 pary – do „latania” i takie, które nadadzą się na wędrówki górskie.

To wszystko, nie licząc już naszych ubrań, trzeba spakować do toreb podróżnych. Torby i nas wsadzić do samolotu. I odlecieć.

Pierwsza zmroziła mnie myśl, kiedy zlustrowałam na lotnisku Jasia. W głowie automatycznie puścił się tryb przewijania i szybko odtwarzałam etapy pakowania poszczególnych rzeczy do walizek. „Jasiuuu, czy ty mi przygotowałeś drugą parę butów do spakowania? Bo nie wydaje mi się, żebym coś takiego wkładała do torby…”. Pierwsza minitragedia (a w zasadzie druga) – jedyna para butów, jaką Jasiek ma ze sobą, to ta, którą ma na sobie. Dodatkowo, po kilku minutach chodzenia, okazało się, że przód podeszwy się odkleja i nie wróży to długiego żywotu tej parze. Ta „druga” pierwsza tragedia zadziała się w zasadzie równolegle. Antek zostawił telefon w samochodzie. Samochód stoi zaparkowany na parkingu jakiś 1 km od lotniska. Tylko dzięki temu, że samolot miał opóźnienie, po odprawie bagaży Marek wrócił po niego z Antkiem. Inaczej łzom nie byłoby końca. Duch tych czasów. Brak smartfona.

 

*

WAKACJE TEŻ MOGĄ ZMĘCZYĆ            

Nie wiem, czy to kwestia liczby osób, czy wieku dzieci, zapewne jedno i drugie, ale taki wyjazd to towarzyszące mu kompromisy. Ciągłe. Nie chciałabym, żeby na podstawie fotorelacji ludzie mieli wrażenie, że wspólny urlop to sama przyjemność, ciągła zabawa, nieustanny uśmiech. My mamy na pokładzie raczkującego nastolatka i 3 nieletnich o dużej kumulacji testosteronu. My mamy na pokładzie 2-letnie dziecko o chromosomach XX, zapieluszkowane! My dorośli chcemy więcej! Więcej wycieczek, spacerów, obejrzanych miejscówek! Chcemy wracać do „domu” przed północą! Chcemy być w ciągłym ruchu! Chcemy pójść tam i zobaczyć to, chcemy zajrzeć do obcego okna i sprawdzić, co jest za tamtym zakrętem. A ich bolą nogi. Oni są głodni. Oni są zmęczeni. Oni mają dość wspólnych wakacji. Oni chcą choć jeden dzień spędzić w „domu” i robić nic. Takie nic, co się nazywa Playstation 3 (które jest do dyspozycji w naszej drugiej miejscówce). Oni mają ochotę na coś słodkiego. Aaaa… na to, to ja też mam!

Decydując się na spędzenie wakacji w Szkocji, jedynego wspólnego dwutygodniowego urlopu letniego, najbardziej obawiałam się ciągłych opadów deszczu. Temperatura nie była mi straszna, nie potrzebowałam upałów. Ale nie chciałam sunąć samochodem po ulicach lub na piechotę w niekończących się strugach, nie z dziećmi. Mieliśmy szczęście, bo tak się nie stało. Podobno najlepszym okresem na wizytację Szkocji jest przełom czerwca i lipca. Tego dowiedzieliśmy się później od miejscowych. My pojechaliśmy w drugim tygodniu lipca. Usłyszeliśmy od znajomych, że w sierpniu w Edynburgu i w okolicach odbywa się wiele koncertów, w związku z czym wszędzie jest niezliczona ilość turystów, a co za tym idzie – dużo śmieci i brudu na ulicach.

Tak, padało. Czasem niebo było całe zasnute ciężkimi chmurami, jak wielka szara zasłona. Tego nie lubiłam najbardziej. Nawet nie tego, że padało, ale że to niebo nie miało nam nic do powiedzenia. Ale to w końcu Szkocja. Przejechałeś 20 kilometrów dalej, a tam już widziałeś wyłaniające się słońce.
Każdego dnia mieliśmy 2 alternatywy podróży. Oczywiście ograniczał nas punkt wypadowy. Ale każdego dnia wieczorem, a następnie rano, sprawdzaliśmy prognozę pogody i określaliśmy punkt docelowy. Dzięki znajomym, ponownie, nasze punkty na mapie zyskały nową wartość – czynnik aury. Które, z naszych punktów warto zobaczyć przy pięknej słonecznej pogodzie, a które tego nie wymagają. To nam bardzo pomogło.

W Szkocji spaliśmy w dwóch lokalizacjach – 20 km na wschód od Edynburga, w kempingu Seton Sands, skąd po 7 dniach przemieściliśmy się na północ i wynajmowaliśmy segment domu przy destylarni Tormore (w jednym z dawnych budynków pracowniczych), miejscowość Grantown-on-Spey.

 

*

JAK OGARNĄĆ CZWÓRKĘ

Plan działania zawsze był taki: coś dla dzieci, coś dla nas. Przy pierwszej miejscówce pomógł nam w tym basen na terenie kempingu. Rano szliśmy na basen, pozwalając wyszaleć się chłopakom w wodzie. Następnie, koło 12.00, wyruszaliśmy na zwiedzanie. 7 dni to nie jest wiele czasu na zobaczenie określonego terenu. Do Edynburga pojechaliśmy dwukrotnie, mimo że już przy pierwszej wizycie wiedziałam, że nie jest to forma wypoczynku, która nam by odpowiadała – nie przy dzieciach, za którymi się wciąż rozglądaliśmy, przepychając się przez tłum turystów. Gdybyśmy byli sami – to co innego. Miasto nas zmęczyło. Ale zaliczyliśmy Arthur’s Seat – wzniesienie, z którego niesie się piękny widok na panoramę miasta. A przed tłumami uciekliśmy do dzielnicy Dean Village (to wzięte na szybko z przewodnika).

Żeby nacieszyć oczy szkockimi widokami przyrody, podjechaliśmy pod Pentland Hills, gdzie wspięliśmy się na Carnethy Hill. To chyba było pierwsze miejsce, gdzie poczuliśmy, że jesteśmy w Szkocji. Zresztą to było pierwsze miejsce, do którego ruszyliśmy. I to tutaj buty Jaśka egzaminu nie zdały i w drodze powrotnej już szukaliśmy najbliższego sklepu typu Decathlon. I tak, nie oszukujmy się, dzieci bardzo się cieszyły z wizytacji w sklepie. Obawiam się, że nawet bardziej, niż napawając się pięknem przyrody.

Dzieci przekupywaliśmy na różne sposoby: „będziecie mogli zagrać na Playstation”, „będziecie mogli kupić sobie coś słodkiego w sklepie”, „kupimy wam Pringelsy”, „pojedziemy do dużego sklepu z zabawkami i będziecie mogli sobie coś wybrać do określonej kwoty (tu: 10 funtów)”, „jutro pojedziemy na plażę”.

*

PLAŻE PÓŁNOCY

Plaża była na północy. Przy kempingu Seton Sands plaża też była, ale z uwagi na użytkowanie basenu, tutaj służyła głównie wieczornym spacerom, zbieraniu muszli, rzucaniu kamykami w morze, szukaniu krabów itp. Tutaj chłopaki co najwyżej zamoczyli nogi do kostek, a w finalnym efekcie po pas, co oczywiście było nieplanowanym działaniem. Ale na północy chodziliśmy na plażowanie jak się patrzy, z ręcznikami, kąpielówkami i z lunchem. Nasz sąsiad z destylarni polecił nam wybrać się do Lossiemouth na wschodnią plażę. I okazała się ona strzałem w dziesiątkę. Myślę, że temperatura wody zbliżona była do tej w Bałtyku. Tutaj, jeśli tylko nie padało i było ok. 20 stopni, spędzaliśmy część dnia, co stanowiło jakieś 2 godziny. Chłopcy mogli poskakać po wydmach, powspinać się, skakać przez fale. Plaża, ze względu na pływy, których cykliczności nie zdołaliśmy rozgryźć, była raz węższa, raz szersza. Z pięknym piaskiem. I na tej plaży miejscowe dzieciaki trenowały surfing odziani w termopianki, a moje dzieci moczyły się w wodzie w samych kąpielówkach.

Sama północ nam dorosłym zapierała dech w piersiach. Bo te góry, wzniesienia i widoki były cudne. Bo fakt, że czasem jechałeś zupełnie pustymi drogami i na horyzoncie miałeś tylko niezmąconą niczym zieleń, był kojący. Bo tam wszystko, co mniejsze, wydawało nam się niezwykle urokliwe. Ale to małe bywało ogromne, jak przestrzeń. I góry. I lasy. I wrzosowiska, których fioletu w ogromie nie doświadczyliśmy, ale punktowo już tak.

*

NASZ RANKING

Gdybym miała przeprowadzić ranking miejsc i zajęć, które w Szkocji podobały się dzieciakom, to na pierwszym miejscu byłoby spotkanie z reniferami w The Cairngorm Reindeer Herd, gdzie mogły je samodzielnie karmić i głaskać. Następnie plaża i wszelkie aktywności z nią związane. Na równi z basenem! Później niektóre wycieczki w góry, lekkie wspinaczki. A zaraz potem wizyta w megastorze z zabawkami Smyths.

Czy nam się podobało? BARDZO. Czy im się podobało? Tak. Ocena tego wyjazdu przez dzieci wzrasta wprost proporcjonalnie do czasu, jaki od tego wyjazdu upływa.

PS Nie, nie udało nam się zobaczyć wszystkich rzeczy z planu Marka. Wrócimy (?!)

 

*

Też tak mam, że czasem z wakacji z dziećmi wracam zmęczona. Czasem czuję niedosyt. Są zachłanne oczekiwania podróżników i zapisane kadry, inspiracje z Instagrama, które z łomotem zderzam codziennie z dwójką dzieciaków, ich humorami, możliwościami, potrzebą wynudzenia się. I te epickie kłótnie na tylnym siedzeniu. Ale potem, kiedy oglądam zdjęcia, kiedy wytrzepuję piach z trampek, kiedy zaczynamy każdą kolacje od „a pamiętasz, jak…”, doceniam to, co przeżyliśmy, tęsknię i mam ochotę pakować się na nowo.

Oby rok 2020 przynosił wam takie wyprawy!