Książki dla dzieci tata

Mój syn w sukience Elzy

Wywiad z autorem książki dla dzieci „Mój cień jest różowy”

Mój syn w sukience Elzy
Scott Stuart

Uważasz się za osobę otwartą, tolerancyjną, walczącą ze stereotypami płci. Niebieski dla chłopca, różowy dla dziewczynki? Tfu, ależ skąd. I wtedy do pokoju wkracza twój syn, przebrany od stóp do głów za księżniczkę Elzę – wybiera się tak na przedszkolny bal. Twoja pierwsza myśl?

Czujesz niepewność? Strach? Dumę? Spokój czy raczej lęk, przed tym, co powiedzą inni? Zastanawiasz się, czy inne dzieci go wyśmieją i będą dokuczać? A może jednak: Zobacz mam tu taki kostium pirata – podsuwasz niepewnie…

Gorące popołudnie w Melbourne wypełnia pokój Colina. Długi, niebieski welon wije mu się między bosymi stopami, cekinowe wstawki błyszczą jak diamenty, gdy pada na nie światło z ogrodu. Kilkuletniemu Colinowi świecą się oczy. Wspina się na palce i wiruje w ciut przydużej sukience, zupełnie jak Elza – jego ulubiona postać z filmu. Ona w krainie lodu, on w gorącym Melbourne.

Odkąd skończył 3 lata, obejrzał tę bajkę kilkanaście razy, wiele razy przebierał się przy tym w sukienki. Ta jest jednak wyjątkowa, bo zamierza założyć ją do kina na premierowy pokaz drugiej części hitu Disneya. Jego tata, Scott Stuart, autor i ilustrator książek, zamawia największy rozmiar podobnej sukienki i tak ubrani, jak dwie siostry księżniczki, wchodzą na salę kinową.

To, co się dzieje później, być może już znacie – tiktokowy filmik robi furorę w social mediach, Scott dostaje setki wiadomości od innych ojców, jego książka „Mój cień jest różowy” pojawia się na rynkach wielu krajów, w tym w Polsce. To historia o chłopcu, którego cień jest inny, bo różowy, i choć marzy o założeniu do szkoły sukienki – bardzo obawia się krytyki ze strony innych dzieci. Czuje się inny – cień taty i innych chłopaków jest przecież niebieski… Czy tata go wesprze i pokaże, że każdy z nas ma swój ukryty cień?

Książka dojrzewała w autorze kilka lat. Dodajmy do pełni obrazu fakt, że sam Scott pochodzi z rodziny o bardzo konserwatywnych poglądach.

Scott, tak z ciekawości, ile razy oglądałeś „Krainę lodu”?

Dużo! Ze cztery razy w kinie, a w domu to pewnie ze dwadzieścia…

Wygrywa u ciebie jedynka czy dwójka?

Waham się (śmiech), ale chyba dwójka, więcej się tam dzieje i fajnie się rozwija rola Kristofa.

Muszę ci powiedzieć, że wielu małych chłopców czuje teraz ulgę: uff, Elza nie jest tylko dla dziewczyn! Ten podział na „dla chłopców vs dla dziewczynek” to też twoje doświadczenie z dzieciństwa?

Dobre pytanie. Wychowałem się na wsi, w rolniczej i konserwatywnej światopoglądowo części Australii. Wykładnia była prosta: faceci to faceci, kobiety to kobiety. Pamiętam, jak raz w pociągu tata szturchał mnie łokciem w bok, szepcząc do ucha: ty, spójrz na mężczyznę na przeciwko! Otóż ten współpasażer miał w uszach kolczyki… Mój tata był zdegustowany. Dorastałem więc w domu, gdzie podział na chłopięce i dziewczęce był bardzo jasno określony i poddawałem się temu. Byłem bardzo wysportowany, grałem w rugby. Gdy mój brat zapytał, czy pójdę z nim na zajęcia tańca klasycznego, odpowiedziałem: no, chyba zwariowałeś, to nie dla facetów! To było środowisko pełne stereotypów i uprzedzeń. Ale, co ciekawe, mam też takie wspomnienie: dostałem od mamy książkę z przepisami na ciasta dla dzieci i była on podzielona w połowie – na część dla chłopców i dziewczyn (serio!), i już jako pięciolatek przekreśliłem tytuł „ciastka dla chłopców”, dopisując tam „i dziewczyn”. Dziś myślę, że ta niezgoda była we mnie zawsze.

Wielu z nas uważa się za liberalnych, świadomych rodziców i czytając twoją książkę, myśli: takie historie to chyba w homofobicznych rodzinach. A potem, bam: wchodzi syn w cekinowej sukience, a ty łapiesz się za głowę, bo co powiedzą inni… Ten lęk w nas jest, nasz lęk, nawet nie jego. On był genezą twojej książki?

Tak, ten strach jest w nas. Mój syn po raz pierwszy zakochał się w Elzie w wieku 3 lat. Gdy pierwszy raz postanowił założyć sukienkę, byłem bardzo zmieszany. Nie czułem się z tym komfortowo. To ciekawe, bo gdyby ktoś mnie wtedy zapytał, czy jestem tolerancyjnym rodzicem, odpowiedziałbym „tak” bez wahania. Ale to twoja sytuacja, twoje dziecko. Zderzyłem się wtedy po raz pierwszy z lękami, o których istnieniu nie wiedziałem. Prawie chciałem powiedzieć mu: nie, nie możesz tego założyć, ale przypomniały mi się te wszystkie momenty, gdy jako dziecko byłem oceniany przy każdej próbie ekspresji czy poszukiwania siebie. Zawsze próbowałem idealnie dopasować się do innych, spełniać ich oczekiwania jako młody, heteroseksualny chłopak grający w rugby. To było przytłaczające, nie chciałem, by mój syn też przez to przechodził.

Zgodziłeś się?

Tak, z rezerwą. Ale sekundę później zobaczyłem taką iskrę w oku, taką radość, że nie żałowałem. Nieprawdą jest, że te lęki nie wracają, że nie prowadzisz ze sobą od czasu do czasu wewnętrznej bitwy. Potrzebowałem czasu. Ale nigdy, przenigdy nie okazałem tych wątpliwości przy nim. Rozmawiałem z żoną, która wspierała Colina od samego początku, sam jednak musiałem to poukładać sobie w głowie, by dojść do miejsca, w którym jestem dzisiaj, czyli akceptuję dziecko takim, jakie jest, nie narzucam swoich lęków, nie wzbudzam w nim poczucia winy za to, kim czy jaki chce być. Przeszedłem tę drogę i tak jak mówisz, dostałem tysiące wiadomości od rodziców, którzy wcale nie są homofobiczni, nie są z patologii, są kochającymi i wspierającymi ludźmi, ale czują podobny strach, negację i niepewność, gdy burzy się zakorzenione głęboko stereotypy.

To bardzo w porządku i wymaga odwagi, żeby przyznać się przed sobą samym do lęków. A jak było ze wsparciem dziadków?

Po stronie teściów nie było żadnego problemu. A teraz wyobraź sobie mojego ojca: dorastał na farmie, hodował owce. Taki typowy „country boy” w kapeluszu, który nie wyściubił nosa z miasteczka do trzydziestki. Więc naprawdę, ale to naprawdę obawiałem się, jak on przyjmie fakt, że mój syn zakłada sukienki. Pewnego razu poszliśmy do niego do domu, Colin miał na sobie sukienkę, a ja w głowie powtarzałem różne zdania. Co powiem, jak tata zażartuje, jak odeprę jego krytykę. Wszedłem trochę nabuzowany, a ojciec na to: hej, wnusiu, fajna kiecka! Inaczej było z moją mamą, osobą progresywną, która zawsze „akceptowała bardziej”.

Spodziewałeś się, że pójdzie gładko…

Dokładnie, a tymczasem to jej było najtrudniej zaakceptować to, co robi Colin. Zarzucała mi, że eksperymentuję z tożsamością płciową, powiedziała mi parę przykrych rzeczy. Gdy zrobiła to w obecności mojego syna, nie wytrzymałem. Położyłem go do łóżka i mieliśmy chyba największą kłótnię naszego życia, ustaliłem warunek: jeśli nie akceptujesz go takim, jaki jest, nie możesz być w jego życiu. To było mocne, wiem, ale potrzebowałem wyznaczyć jasną granicę. Nie chciałem, żeby dorastał otoczony ludźmi, których on kocha, ale oni nie kochają go bezwarunkowo. Mama musiała to w sobie poukładać, to była wyboista droga, ale dziś wspiera i kibicuje Colinowi jak nikt. Kupuje mu nawet nowe sukienki!

Książka długo dojrzewała, jak wyglądał proces jej powstawania?

Pomysł pojawił się pewnego dnia, gdy Colin wrócił zapłakany z przedszkola i opowiedział, że dzieci śmiały się z jego lalki Elzy. W mojej głowie zaczęła się budować historia o chłopcu, który nie lubi „chłopięcego” świata. Napisałem kilka wersji, były złe, zakładały, że chłopiec musi się po prostu zmienić, by zostać przyjętym do grupy. Po 4 latach poczułem, że książka ma kształt, o jaki mi chodziło. To była wersja najbliższa naszej domowej historii, choć nie chciałem jej opowiadać przez pryzmat negatywnych doświadczeń, szykan ze strony kolegów czy płaczu. Chciałem jednak dosadnie pokazać dziecko, które czuje się oceniane. W książce nikt w szkole go nie krytykuje, ale dziecko czuje tego wewnętrznego krytyka cały czas.

Jak było z wydawcami. Entuzjazm na pniu?

Nie do końca, pokazałem skrypt wielu wydawnictwom i wiele z nich go odrzuciło. Część była zainteresowana, ale za bardzo chciała ingerować w tekst.

Coś chcieli usunąć?

Tak. W książce mamy cień dziewczynki, która zawsze kochała się w innych dziewczynkach… Walczyłem o to. Potem jednak się udało, ale to był jeden wielki traf, nieoczekiwany zbieg okoliczności. Zaufali mi!

Masz za sobą długą drogę, podpowiesz innym rodzicom, jak radzić sobie z lękiem przed oceną dziecka, lękiem przed tym, że nie wpisuje się w oczekiwania innych?

Pewnie! Po pierwsze przyjrzyj się swoim strachom, emocjom – skąd pochodzą, jakie jest ich źródło? Gdy syn chce nosić sukienki, łatwo jest powiedzieć nie. Ale warto zatrzymać się i przyjrzeć. Ja wiedziałem, skąd jest moje poczucie dyskomfortu. Po drugie, stwórz bezpieczną przestrzeń, w której dziecko może siebie swobodnie wyrażać – może to być czas dziecka z innym dorosłym, niż my (jeśli dla nas to początkowo problem), mogą to być zajęcia teatralne, spotkania z przyjacielem. Danie mu poczucia, że możesz być, kim chcesz, bez presji oceny. W naszym domu mamy taką tradycję, rytuał – opowiadam synkowi o sytuacji z przeszłości, kiedy byłem oceniany, gdy nie umiałem sobie z czymś poradzić, gdy nie umiałem się przebić. A potem robimy rundę „zapytaj tatę, o co tylko chcesz” – zawsze pomiędzy błahymi pytaniami przewija się perełka, coś głębokiego, co go nurtuje w środku.

Pamiętasz takie pytanie?

Kiedyś zapytał mnie: tato, czemu ty nigdy nie płaczesz? Zdałem sobie sprawę, że wpajałem mu, że chłopcy mogą płakać, wyrażać swój smutek, ale sam przecież nie tak byłem wychowany. Naprawdę, nie zdarza mi się płakać, może na „Titanicu” (śmiech). Ale do dziś zbyt dużo kosztuje mnie i mojego tatę, żeby sobie powiedzieć po prostu „kocham cię”. Takie rundy pytań wniosły dużo dobrego. Jak dużo wiemy, co siedzi w naszych dzieciakach? Gdy wracają ze szkoły, pytamy hej, jak było albo co masz zadane? Nam takie rytuały bardzo pomagają. Rozmowa, prawdziwa rozmowa – o tym, co nam się udaje, z czym się borykamy, co nam się nie udało, ale czego nas to nauczyło. No i wspieranie poczucia własnej wartości dziecka, tam, gdzie się tylko da, czytanie mądrych książek dla dzieci.

Scott, ty to robisz tak naturalnie, bez brnięcia przez poradniki i książki o rodzicielstwie bliskości!

No wiem, to wcale nie jest łatwe, ale jak wprowadzisz takie rytuały do tygodniowego grafika, to naprawdę potem wchodzi w krew.

Czy sukces książki jakoś zmienił życie Colina?

Nie ma dostępu do social mediów, nie czytamy mu negatywnych komentarzy (serio, nie chciałabyś ich widzieć – moja żona mi je filtruje). Syn wie, że są dobre i złe. Ma tego świadomość i mam wrażenie, że przez ostatni rok chyba stał się bardziej pewnym siebie chłopcem. I nieważne, czy ma na sobie kostium Vadera, czy sukienkę księżniczki.

To dla mnie jest idealne podsumowanie. Bo wiesz, choć to gorący temat w Polsce, nie chciałabym, żeby ta książka miała łatkę „książki o LGBT”, żeby zawęziła się do dyskusji o transpłciowych dzieciach. Bo dla mnie ta książka to coś więcej – historia o bezwarunkowej miłości, o poszukiwaniu tego, kim jestem. Wyobrażam sobie chłopca w klasie sportowej, który nie lubi piłki, a woli książki… On też się tu odnajdzie.

Dokładnie! Cieszę się, że tak to odczytujesz. Nie chodziło mi o historię o małym, transseksualnym chłopcu, ale o trudnym procesie akceptacji przez innych. Stąd jej uniwersalizm.

*

Myślałam, że mnie takie historie nie dotyczą, obracamy się wśród tolerancyjnych ludzi. Ale zmieniłam zdanie, gdy kilka dni przed wywiadem mój syn przyszedł zapłakany z przedszkola, bo według kolegów „użył za dużo różowego w rysunku tęczy”. Cieszę się, że umiał wytłumaczyć to sobie: Mamo, oni są biedni, bo chyba nie są bardzo „kreatywni w kolorach”. Bądźmy otwarci i to nie tylko na gamę kolorystyczną. Tej lekcji nie odrobi za nas nauczyciel w szkole czy przedszkolu.

 

Scott Stuart: australijski ilustrator, autor książek dla dzieci, tata sześcioletniego Colina. W wydawnictwie Znak ukazały się dwie jego książki: „Mój cień jest różowy” oraz „Jak być prawdziwym mężczyzną – obie w przekładzie Michała Rusinka.

Dodaj komentarz