Modoterapia #5: W szafie Kasi Karaim

Risk made in Warsaw & Ładnebebe

Halo, halo, kto zna teksty Kasi Karaim, ten wie, że mamy w redakcji czujną obserwatorkę rzeczywistości, która to, co widzi, podsyca żartem trafionym w dziesiątkę. A co ma w szafie?

Widujemy się w pracy od ponad dwóch lat. Zatarłam ręce, kiedy zgodziła się na Modoterapię w wykonaniu Antoniny Sameckiej z Risk made in Warsaw, bo szafy kobiet, które znam, kuszą mnie zawsze. Kasik! Bardzo dobrze było cię podejrzeć w twojej przestrzeni. Zaskoczeń mi zaserwowałaś co niemiara, co najmniej tyle, ile sukienek w twojej szafie! I umowę zawarłyśmy, że będziesz w nich chodzić przez lato, ale kupiłaś superspodnie… Naprawdę dobre!

O wygodzie, niemierzeniu i o ubraniach, które są cennymi pamiątkami. Zapraszam was na rozmowę Antoniny z Kasią, mamą ośmioletniej Poli i czteroletniego Leona, kobietą, która na plamę z jagód nie reaguje truchtem po odplamiacz, lecz zdobi sukienkę fioletowym printem.

*

Mocno zmieniłaś swoje życie zawodowe: z dużego świata reklamy przeszłaś do kameralnej redakcji, jak to odczuła twoja szafa?

Stylu ubierania nie zmieniłam, tylko szafa przestała tak szybko obrastać w nowe rzeczy. Kiedyś często miewałam spotkania przy galerii handlowej, wpadałam do sieciówek i zawsze z czymś wyszłam, bo przecież w tym sezonie jest modna krata, a zaraz detronizują ją pastele, a potem kwiaty. Efekt był taki, że zakładałam daną rzecz dwa razy, a potem wisiała smętnie w szafie, a ja i tak wracałam do szarości, pasków i ulubionych dżinsów. Po jakimś czasie wiele rzeczy pooddawałam. A w centrum handlowym pojawiam się może raz w roku, gdy muszę coś załatwić przed 22:00.

W każdym miejscu jest jakiś niepisany stadny dress code, w który się wchodzi, jak to było w agencji i jak to wygląda w redakcji?

Mam szczęście, bo w mundurku czułabym się wielce nieszczęśliwa, a zarówno w agencji, jak i tu w redakcji obowiązuje luźny styl. Jedyna różnica jest taka, że w agencji miewałam sporo spotkań, wtedy przydawała się koszula – ale nadal do dżinsów. Nigdy nie musiałam się wtłoczyć w marynarkę i spodnie w kant, albo w cieliste rajstopy. Na samą myśl mam gęsią skórkę. W takich ubraniach naprawdę czuję się nieswojo.

Zmiana zawodowa pokrywa się u ciebie z macierzyństwem. Co nosiłaś, kiedy urodziłaś dzieci?

Po urodzeniu Poli wróciłam na kilka lat do pracy w reklamie, to dopiero dwójka dzieci spowodowała, że poprzestawiałam priorytety. Moja szafa, poza okresem ciąży, nie zmieniła się z powodu bycia mamą – OK, może odrzuciłam spodnie z wyższą talią i w sumie potem do nich nie wróciłam. Przybyło mi spodni w stylu jogger lub – jak mawia moje dziecko – „piżamy”. I chyba zupełnie odrzuciłam buty na obcasie, nawet tym małym. Nigdy nie mogę nadziwić się, jak mamy na szpilkach lawirują przy zjeżdżalni na placu zabaw. Generalnie trend był i jest ku upraszczaniu i wszystkiemu, co sprzyja wygodzie. A, że jest tyle pięknych płaskich butów, żałoby nie ma! 

Jesteś minimalistką?

Chyba jednak nie. W szafie, po zrobieniu porządków, mogłabym nią być, ale nie jestem minimalistką w kwestii otaczania się przedmiotami w strefie domowej. Kto mnie zna, wie, że nad sklep z ciuchami przedkładam targ staroci, a na OLX potrafię wygrzebywać perełki. Jeśli więc spojrzysz na te różne wazony, stare książki, doniczki i kosze u nas w domu, to minimalizmem i estetyką zen tego nie nazwę! Dla mnie minimalizm to raczej większa świadomość, odrzucanie tego, co naprawdę zbędne, upraszczanie życia i to na różnych płaszczyznach. Na przykład logistyka domowa: praca, dzieci w placówkach nie dalej niż 10 minut rowerem od domu, nawet jeśli robię to kosztem niezapisania, jak inne mamy, dziecka na zajęcia pozaszkolne. Nie wyobrażam sobie kursowania, spędzania wieczorów w samochodzie. Pola ma jedne zajęcia w szkole i na jedne ją wożę, to wszystko – w porównaniu z niektórymi rodzicami to jest minimalizm! (śmiech). Od kilku lat nie mamy TV, to też decyzja, by nie musieć filtrować przez siebie tylu komunikatów, w większości zupełnie niepotrzebnych. Poza tym, od czego jest Netflix!

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Jak kupujesz ubrania?

Tu też redukcja, a właściwie oszczędność energii mojej i dzieciaków – rzadko chodzę z nimi do sklepu, jestem mistrzem zakupów online. Naprawdę kupuję wszystko w trzy sekundy, od sezonowych rajstop dla dzieci, po ubrania czy dodatki do domu. Wyjątkiem są wyjazdy, na przykład weekendowy Berlin – wtedy latamy z Bartkiem, moim mężem, i podziwiamy fajne sklepy, ale muszą być z duszą, z pomysłem. Styl kupowania to też efekt zmian zawodowych – w momencie, gdy zdecydowałam się nie wracać do agencji i pracować w redakcji, projektowo, w duchu mocno freelancerskim, był to niezły cios dla portfela i też spore ryzyko, czy tak się da na dłuższą metę. Otóż, dzięki zmianom priorytetów zakupowych i pomysłowości wygląda na to, że się da! Odkryłam na przykład recykling, może to kogoś zdziwi w kontekście mody i pracy w redakcji, ale moje dzieciaki mają dużo ubrań z Allegro, używanych lub od znajomych. Uwielbiają sieciówki. Zupełnie nie mam ciśnienia na metki, bo dawno wytłumaczyłam sobie, że mnie na nie nie stać. Ot tak, zwyczajnie. Tym mocniej cieszy, jeśli czasem trafi się nam jakaś modowa perełka czy niszowa marka przy okazji pracy w redakcji.

Kupujesz ubrania online, czyli nie mierzysz?

No właśnie nie, rzadko. Nie wiem, jak ja to robię, ale jestem ciągle w biegu. A nawet jak nie jestem, to w biegu bywa moja głowa. Godzinne zakupy albo stanie w kolejce do przymierzalni – czasami sobie to robię, gdy na przykład jestem bardzo zmęczona, bo Bartek wyjeżdża na dwa tygodnie. Wtedy takie wyrwanie i błądzenie po sklepie nawet bywa przyjemne. Ale najczęściej kupuję online, w tych samych sklepach, a rozmiar nie zmienia mi się od stuleci.

Nie pociągają cię modowe eksperymenty?

Nie lubię ryzyka modowego, bo wiem, że skończy się to założeniem czegoś raz. Chociaż pobyt w Marrakeszu zaowocował pojawieniem się kilku ubrań w stylu etno, boho. Czasem kupuję takie perełki w sklepie z dodatkami do domu, jest takowy w Barcelonie i online – Natura Casa. Ale fakt, są rzeczy spoza mojej strefy komfortu, których nie kupuję, nawet nie mierzę i nie mam obok kogoś, kto mnie przekona, że wiesz, może jednak to fajnie wygląda? Myślę tu o obcisłych sukienkach i spodniach highwaist, to jednak trzeba przymierzyć.

Dużo w twojej szafie pasków…

 

To odrobina frankofila we mnie. Paris, Paris… Studiowałam lingwistykę i często z Bartkiem jeździliśmy do Francji, nawet stypendium, które obydwoje dostaliśmy, nie przesiedzieliśmy w ławce, tylko wydaliśmy na zwiedzanie południa Francji. Mam nadzieję, że nikt z komisji tego nie czyta (śmiech). Paski są dla mnie klasyką. Idealnie komponują się z dżinsem albo z czernią.

Sukienek też ci nie brakuje, kiedy je zakładasz?

No właśnie to wszystko sukienkowe dinozaury, większość mam od kilkunastu lat – kupowałam je w czasach, gdy w Polsce nie było sklepu Zara (tak, tak) i przywoziłam je z Hiszpanii. Często były kupowane z myślą „będzie jakaś okazja”. No właśnie, już teraz nie kupuję na zaś. Sukienki zakładam właściwie tylko latem – duet z rajstopami u mnie nie przechodzi.

Jesteś w długim związku, masz w szafie coś, co ubierasz „dla Bartka”?

Trudne pytanie, on mnie lubi we wszystkim… Ale chyba kiedy założę właśnie sukienkę o prostym kroju, jak ta z Risk, to czuję się bardziej wyjątkowo! My mamy też tak, że wiele ubrań nam się z czymś kojarzy, jest za nimi jakaś wspólna historia. Bartek praktycznie w ogóle nie kupuje ubrań, dopiero jak zrobi mu się dziura. Więc mamy wiele ciuchów, które kojarzę z naszymi wyjazdami, historiami z ery „pre-kids”. W tym T-shirt’cie mi się oświadczył, w tej sukience byłam w muzeum na superwystawie, tę bluzę miał jeszcze na studiach – tak serio! (śmiech), a te spodnie – kojarzę z tym, jak pojechaliśmy na wariata na surfing na koniec świata. Z częścią się żegnamy, powiedzmy, że człowiek rozmiarowo wyrasta, ale mam kilka takich spranych reliktów, które trzymam.

A twoja córka – decyduje już sama o tym, w co się ubiera?

Od zawsze, odkąd pamiętam. Kiedy miała dwa lata, wynajdowałam jej różne niszowe marki, nierzadko drogie, a ona i tak miała fazę na coś innego, na przykład przez rok chodziła w legginsach i bluzce z kotkiem. Więc odpuściłam, zupełnie się nie wtrącam. Pola długo się decyduje, co założyć, ląduje przez to w szkole ledwo przed dzwonkiem. W odróżnieniu ode mnie, lubi, jak jest ciasno! Obcisłe leginsy, rajstopy i na to jeszcze rurki… Często chodzi w przymałych spodniach – prawie jak w bandażach – ale to też ma związek z integracją sensoryczną, to już wiem. I ma mnóstwo sukienek, których właściwie nie nosi! Ale ostatnio coraz częściej zakłada coś, co mnie wzrusza, bo widzę w tym siebie, na przykład długą szarą spódnicę. Synek to ubraniowy luz, założy wszystko, co mu podsunę.

Myślisz o tym, że jesteś dla Poli obrazem kobiecości?

Dla mnie kobiecość to raczej suma rzeczy, które robimy, niż to, co zakładamy na siebie. Pola ma po mnie – i to w jeszcze większej dawce – wrażliwość, i mam nadzieję, że będzie to pielęgnować. Ale nieraz mówi mi z błyskiem w oku: „Mamo, oddasz mi to, jak urosnę?”, no więc spokojnie – swoją szafę już dawno jej przepisałam.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Co chciałabyś założyć, ale nigdy tego nie zrobiłaś? 

Sukienkę z dużym dekoltem. Ubrania z gołymi plecami. Highwaist z wpuszczoną koszulą!

Dlaczego ich nie nosisz? 

Co do pleców, to nie mam pojęcia, ale nie zaprzątam sobie tym głowy w naszym klimacie! Dekolt… cóż, to taki kompleks nastolatki chyba, dość skromnie przez naturę obdarzonej, zawsze myślałam, że dekolt zarezerwowany jest dla innych.

Dziękuję za rozmowę. 

*

Z kolekcji Risk made in Warsaw Kasia wybrała dla siebie: Safaristkę print geometria, DreamgirlMasterclass, Upper East i Waterfalls dress

Całą kolekcję Risk made in Warsaw znajdziecie tu

Kolejna odsłona #Modoterapii już niebawem. A jaka jest wersja waszej wygody? Która z was chciałaby zaprosić nas do swojej szafy?

*

Kasia Karaim o sobie: z wykształcenia lingwistka, z doświadczenia – spec od reklamy, a z wyboru – kobieta, która żadnej pracy się nie boi. Pisze, produkuje sesje i eventy. Zakochana w Powiślu, które zdradza tylko na rzecz ukochanej działki na Warmii.

*

Rozmawiała: Antonina Samecka / Risk made in Warsaw 

Makijaż: Aneta Kacprzak / Annabelle Minerals

Polska marka Annabelle Minerals to synonim pięknego, naturalnego i pielęgnującego makijażu mineralnego. Sypkie formuły kosmetyków w większości są skomponowane jedynie z czterech naturalnych składników i dostępne w niezliczonych odcieniach. Pozwalają uzyskać promienny, lekki efekt makijażu i zachwycą każdą kobietę, szczególnie tę o cerze wrażliwej, skłonnej do podrażnień czy alergii. Annabelle Minerals cieszy się uznaniem kobiet świadomych, którym zależy na jakości i bezpieczeństwie, minimalistek dbających o ilość nakładanych na skórę składników, fanek stylu eko czy weganek.

Wybór kosmetyków dla Kasi znajdziecie w naszej selekcji.

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.