Centrum Praskie Koneser x ładne bebe współpraca reklamowa

miniciti – pobawmy się w miasto!

Relacja z wydarzenia w Centrum Praskim Koneser.

miniciti – pobawmy się w miasto!
Kuba Rodziewicz

Dzieci, dom, szkoła… Czasem chciałoby się czegoś nowego. Nie kolejnego filmu na Netflixie czy tego samego placu zabaw. Nie siedzenia na kanapie, nie do znudzenia odwiedzanej interaktywnej wystawy. Co robić z dziećmi? Pytanie, które każdy współczesny rodzic zadał sobie nie raz. Mamy dla was pomysł, który na pewno zechcecie przetestować! Kierunek – miniciti w Centrum Praskim Koneser. 

W stolicy pojawiło się zupełnie nowe miejsce, które proponuje edukację przez doświadczanie i tzw. pretend play, czyli tradycyjną, analogową zabawę w dorosłość. To nie jest kolejna sala zabaw. Chodźcie z nami do miniciti!

W korytarzu Centrum Praskiego Koneser, który jest dobrze znaną czytelnikom Ładne Bebe przestrzenią kulturalno-handlową prawobrzeżnej Warszawy, wita nas wielki żółty tramwaj ustawiony przed wejściem. Przypomina trochę „Magiczny autobus” z popularnej kreskówki – bo to też rozrywka dedykowana dzieciom w wieku szkolnym (7–15 lat). Dostajemy karty miniciti na szyję, przesuwamy się do bramek, potem czas na szatnię. Jak dotąd wszystko wydaje się dość konwencjonalne, wygodne i dobrze zaplanowane. Dzieci już drepczą w miejscu przekonane, że za chwilę rzucą się w wir niedyrektywnej zabawy. A tu… Niespodzianka! Proszę podążać za głosem z głośnika! „Zapraszamy do poznawania miasta i trzynastu miejsc pracy dostępnych w miniciti!” – słychać przez megafon jednego z instruktorów. Rozglądamy się po stworzonym wewnątrz Konesera miasteczku. Na zapoznanie się z dostępnymi tu modułami zawodowymi mamy ok. 15 minut.

Dzieci ruszają w drogę pomiędzy kamienicami, w których kryją się instytucje prywatne i publiczne znane z dorosłego świata „prawdziwych” miast. Straż pożarna, bank, serwis samochodowy, szpital, radio, galeria sztuki, komisariat policji, klub fitness, stacja TV i redakcja portalu internetowego… Co wybrać? Na razie patrzymy tylko z daleka. Wejście do miejsc pracy będzie możliwe, gdy dołączymy do wybranej drużyny z instruktorem. Odliczanie trwa i pomaga ostatecznie wybrać nasz przyszły „udawany zawód”. Zastanawiam się, co będzie, jeśli dzieciom się nie spodoba to, co wybrały. W końcu tuż obok są strażacy i inne spektakularne zawody do wypróbowania. „Na pewno w połowie zabawy chłopcy zmienią zdanie” – obawiam się. Nie będzie jednak mowy o porzucaniu zadania w rozkojarzeniu i przebodźcowaniu. Tu się koncentrujemy i bawimy konsekwentnie! Jest ciekawie, jest fajnie.

Wybieramy swój zawód

W kogo dziś wcielimy się w miniciti? Kilka rzutów podekscytowanych dziecięcych oczu i wybór pada na serwis samochodowy „Cichy-Zasada”. Tak, warto chyba uprzedzić rodziców, że dzieci zobaczą tu istniejące i działające instytucje i organizacje, które występują tu także jako partnerzy projektu. Niektórym może się to podobać – w końcu ani nasz własny mechanik, ani bank, ani siłownia, ani lekarz nie są anonimowi. Jednocześnie jest spora szansa, że po wizycie w miniciti dziecko pozna mechanizmy i zasady, w myśl których działają choćby takie instytucje jak policja.

Bo też dzieci w roli stróży prawa sprawdzają się doskonale: tropią złodzieja dzieł sztuki i robią to skutecznie. Wróćmy teraz do wybranego przez nas serwisu samochodowego. Cichy-Zasada to najwyraźniej autoserwis premium. Bardzo tu czysto i profesjonalnie. Zakład dysponuje najprawdziwszym sedanem, który znalazł się tu, bo nie działa tak, jak powinien. Nasze zadanie? Naprawić go! Ale nie będzie bezmyślnego wciskania guziczków czy kręcenia kierownicą aż do awarii wspomagania. Nic z tych rzeczy – dzieci dostają odpowiedzialne zadanie zdiagnozowania awarii i naprawienia auta.

Wymarzony serwisant

Do każdego miejsca pracy (czy raczej „miniinstytucji”) przypisany jest Instruktor, który przeprowadza zajęcia z dziećmi, wprowadzając ich w tajniki różnych zawodów, i czuwa nad przebiegiem pracy. Nie narzuca działania, ale przewodzi kolejnym etapom poznawania fachu. Zadaje pytania, które prowokują dzieci do myślenia. Jaka to marka auta? Jaki model samochodu? Temu sprostają nawet najmłodsi ale… „jak używać kompresora”, „gdzie znajduje się chłodnica” i „jak podłączyć kabel diagnostyczny do komputera” – to już pytania godne dorosłego. Z pomocą instruktorów dzieci znajdują rozwiązania, a wszystko w atmosferze ekscytującej, lecz pełnej koncentracji i zaangażowania grupowej zabawy. Dbają, by mimo różnic wiekowych w grupie nikt nie czuł się pominięty. Młodsi obserwują, czy świecą się światła, i odczytują cyferki na desce rozdzielczej. Starszaki czytają polecenia komputera diagnostycznego i rozwiązują skomplikowane zadania. Każdy ma tu swoją rolę do odegrania!

 

Równość szans

Ogromną wartością miniciti jest to, że nie ma tu żadnych akcentów, które czyniłyby jedne zawody bardziej chłopięcymi, inne dziewczęcymi. Zero upupiania dzieci! Nieprzypadkowo wykonano mały eksperyment antropologiczny, który pokazuje, że w oczach dzieci policja, serwis auta czy straż pożarna to nie są zawody przypisane do płci. Na szkolenie w policji i u mechanika zgłosiło się najwięcej dziewczynek! Chłopcy wybierali np. zajęcia z malarstwa (w ramach przysposobienia do zawodu kuratora sztuki), ale też strefę projektowania IKEA, pełną kolorów i form. W niektórych firmach – banku, szpitalu, korporacjach zajmujących się produkcją ciepła i OZE – było tyle samo chłopców, co dziewczynek. Nic dziwnego – liczy się przecież ciekawość świata! I każdy może zostać z zawodu tym, kim chce.

Uczymy się ekonomii

W trakcie nauki zawodu w miniciti dzieci nie tylko zdobywają wiedzę z danej dziedziny. W module Centrum Medycznego Damian, gdzie moi chłopcy przeistoczyli się w małych lekarzy, był kurs anatomii, higieny, BHP, a nawet resuscytacji poszkodowanego w wypadku! Ważnym elementem jest przekazywana wiedza ekonomiczna, która towarzyszy wizycie w miniciti. Karty, które wręczono nam przy wejściu, to karty miniciti, na które dzieci po zakończonej pracy otrzymują wynagrodzenie pracownicze. Mają nawet logo BNP Paribas! Po odprowadzeniu podatków samodzielnie decydują, czy zarobione pieniądze (miniasy) zaoszczędzić, czy wydać. Zupełnie jak dorośli, którzy chodzą do pracy.

Z zarobionymi w ten sposób pieniędzmi dzieci udały się na zakupy. W tutejszym Sklepiku Marzeń by Empik sporo jest fajnych drobiazgów. Pojawia się dylemat: wydać „pensję” od raz, czy może oszczędzać do kolejnej wizyty w miniciti? Mój dziewięciolatek umie już myśleć perspektywicznie – zatem postanawia czekać z wydatkami, aż zgromadzi większą sumę. Młodszy syn rusza z entuzjazmem do półki z Lego. „Chcę to kupić!”. Idzie do kasy… „Niestety, by nabyć Lego potrzebujesz zarobić dwa razy tyle” – mówi kasjerka. „Jak to? Czy możemy dopłacić różnicę moimi prawdziwymi pieniędzmi?” – pytam zaskoczona. „Niestety nie. Stawiamy na konsekwentną naukę ekonomii” – odpowiada pani za kasą. Odkładamy Lego, na które nas nie stać. W pierwszej chwili chcę się buntować, bo dziecko stoi wyraźnie rozczarowane. Ale wtedy przypominam sobie mój wywiad z ekspertem edukacji finansowej Damianem Kupczykiem. Nie ma innej drogi do nauki wartości pieniądza niż ta. Zaczynam też rozumieć, dlaczego miniciti jest dla dzieci powyżej siedmiu lat – im łatwiej zaakceptować fakt, że na droższe zabawki trzeba „popracować” w miniciti dłużej.

L’Osteria na zakończenie

Dwie godziny, podczas których testowaliśmy, jak to jest być mechanikiem i lekarzem, mijają niepostrzeżenie. Ale zgłodnieliśmy!

Na nasze szczęście 15 metrów od wejścia do miniciti zaprasza nas szyld najprawdziwszej włoskiej knajpy – L’Osteria Pizza e Pasta. Ten przestronny lokal został chyba stworzony dla rodzin z dziećmi. Oprócz nas jest kilka stołów, przy których zasiadają maluchy. Dużo miejsca, przyjazna obsługa, w menu same smakołyki, mnóstwo warzywnych dodatków do pizzy. Najbardziej smakowały nam oczywiście desery. Do tego drink bezalkoholowy na bazie grejpfruta i rozmarynu. Jeśli nie chcecie kryzysu „straty po skończonej zabawie”, wychodząc z miniciti, rekomendujemy od razu udać się właśnie tu – pod skrzydła włoskiej gościnności. Mój młodszy syn szybko zapomniał, że musiał opuścić miniciti, bo właśnie wjechała jego ulubiona pizza. Pakujemy resztki jedzenia z L’Osterii na wynos i opuszczamy Konesera z postanowieniem, że wrócimy tu niebawem. Karty, które zachowaliśmy po wycieczce, będą nam o tym przypominać.

Dodaj komentarz