edytorial

Matka znaczy sztuka. Edytorial #3

„Kocham, gdy jest mi wygodnie” – Sandra Borycka

Matka znaczy sztuka. Edytorial #3
Anna Walterowicz

Odkrywczyni Kandinsky’ego i Pollocka. Matka, psiara, dziedziczka fortuny i troskliwa opiekunka „dzieci”, jak zwała zgromadzone pod swoimi dachami i skrzydłami dzieła sztuki. I stale nieszczęśliwa w miłości. Gdyby Peggy Guggenheim była piosenką, wraz z parą wydychałaby ją Billie Holiday, ważąc w czułych słowach zwrotki „Blue Moon”.

Sandra Smaka-Borycka, która wraz z mężem Miłoszem prowadzi wytwórnię i agencję produkcyjno-koncertową, mama dwuipółrocznej Kory, pewnie przyjaźniłaby się z Peggy. Tak, jak się przyjaźnią dziewczyny z „Seksu w wielkim mieście”. Podłoga w jej domu jest wzorowana na tej, po jakiej Guggenheim stąpała regularnie w ciągu dnia, sunąc w jednym z czterech kierunków świata, od jednej ściany wytapetowanej obrazami do drugiej, po przekątnej, po skosie i w łuku. Po takim parkiecie-ślizgawce przyjemnie szeleści się wiktoriańską suknią, wyciąga rękę po cokolwiek, klapie w klapkach.

„Matka znaczy sztuka” to tytuł trzeciej z kolei odsłony edytorialowego cyklu, w którym rozpracowujemy zachwycające nas stylówki mam i dzieci. Miłego odbioru.

Kocham, kiedy jest mi wygodnie – mówi o swoim podejściu do mody Sandra. Szczególnie przy ubieraniu Kory biorę to sobie do serca. Nie chcę, żeby wyglądała jak „mały dorosły”, dlatego ubieram ją kolorowo i oversize’owo. Ja sama lubię basicowe ubrania zestawione z droższym dodatkiem, to cała magia. Wieloma ubraniami wymieniamy się z mężem, bo wszyscy lubimy oversize. Tyle, że w naszych garderobach panuje mrok, nie to co u Kory (śmiech). 

Najpiękniejszy odcień niebieskiego to – zdaniem Sandry – ten z obrazu „Imperium światła” René Magritte’a, perły w koronie kolekcji Peggy. Zaklęte w nim ciemności łypią groźnym okiem z sukienek dziewcząt, miękko się goszczą na bluzach i spodniach, wchodzą w kontrast z bielą i w ciepłą relację z pastelami. Patrzenie na nie przypomina włóczęgę po Muzeum Peggy Guggenheim w Wenecji: Muzeum Peggy to dla nas bardzo ważne miejsce – wspomina Sandra. Znajduje się w jednym z najciekawszych pałaców weneckich. To dawny dom Guggenheim w parterowej willi przy Canal Grande – dla nas to jedno z najładniejszych miejsc na ziemi, wręcz bajkowe. Od kilku lat staramy się tam być przynajmniej raz w roku… Przemycenie jakiejkolwiek części tego miejsca, jego aury i energii do naszej katowickiej rzeczywistości graniczy z cudem, ale nie jest niewykonalne. Wspólnie się o to staramy. 

Dwuipółroczna Kora oswaja się ze sztuką, eksplorując domową przestrzeń, oglądając plakaty i wertując albumy przywiezione ze wspólnych podróży: Ustaliliśmy kiedyś z Miłoszem – ciągnie Sandra – że nigdy nie będziemy zwiedzać świata „na pół gwizdka”. Każde miejsce, które odkrywamy, chcemy w te kilka dni poznać jak najmocniej. Często – dość przewrotnie – historia, religia, i kształt konkretnych miast najłatwiej i najciekawiej możemy zrozumieć przez sztukę, którą oddają przed nas i dają nam szansę starać się poczuć. Zarówno tę własną, jak i „pożyczoną” na wszelki sposób. Baliśmy się, że ten nasz plan stanie na głowie, gdy pojawi się Kora, ale całe szczęście również w tym temacie nas zaskoczyła. Ciężko byłoby policzyć, w ilu muzeach wspólnie byliśmy – przez pierwsze 2 lata swojego życia zwiedziła ich z nami więcej niż my przez 25 rokiem życia!

Kora ma na sobie: bluzę Millemi, legginsy Crazy Legs, bluzkę Cacane, kuloty Cacane, koszulkę Moles & Freckles, sukienkę Bobo Choses.

Sandra ma na sobie: sukienkę Bobo Choses, skarpety Bobo Choses, sandały Bobo Choses, longsleeve Moles & Freckles, spodnie Moles & Freckles, sukienkę Stella Nova Pen, spodnie Dayshift i bluzę Dayshift.

Dziękujemy markom: Bobo Choses, Cacane, Crazy Legs, Dayshift, Millemi, Moles & Freckles za udział w sesji. 

Modelki: Sandra i Kora
Zdjęcia: Ania Walterowicz

Dodaj komentarz