mama emigrantka

Magda w Niemczech

Rozmowa z Magdą Błaszczyk

Magda w Niemczech

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Pod tymi słowami mogłaby podpisać się Magda Błaszczyk, mama 4-letniej Zuzy, bohaterka kolejnej odsłony cyklu Mama na emigracji, która na początku przyszłego roku, po 6 latach, wróci z Niemiec do Polski.

To pierwsza historia emigrantki i mamy, która decyduje się wrócić do kraju. I czyni to w zgodzie ze sobą, z najbardziej oczywistych pobudek na świecie – tęsknoty za rodziną i braku widoków na rozwój zawodowy za granicą. Uczciwy rachunek zysków i strat prowadzi ją do decyzji o powrocie do ojczyzny. Poznajcie Magdę, która po kilku latach życia na emigracji w niemieckim Hamm, wraca do rodzinnego domu w Gliwicach.

*

Dlaczego chcesz wrócić do Polski? 

Rodzina w Polsce się powiększa. Moja siostrzenica urodziła syna i bardzo chcę przy nich być. Poza tym, chciałabym znów pracować, a w Niemczech nie mogłam niczego ciekawego dla siebie znaleźć.

Masz już plan, co będziesz robić po powrocie?

Planujemy rodzinny interes, ale wybacz, nie mogę na tym etapie wiele powiedzieć. Nie chcę zapeszyć. Na pewno ogłoszę wieści światu, kiedy wszystko będzie już zapięte na ostatni guzik (śmiech).

Czy czujesz, że dokładnie poznałaś Niemcy, że wykorzystałaś wszystkie szanse? 

Chętnie bym zwiedziła jeszcze parę większych miast, sprawdziła kilka możliwości, ale obecnie nie mam już do tego głowy ani chęci. Myślami jestem już w domu. Może kiedyś jeszcze tutaj wrócę, ale raczej w celach turystycznych. Odpocząć i pozwiedzać, ale bez planu na to, by się tu osiedlać. Wyjeżdżam spokojna i pogodzona. Cieszę się z decyzji o powrocie.

 

 

Jak opisałabyś Hamm, czyli miasto, w którym zamieszkaliście?

Jeszcze do lutego będziemy mieszkać na jednym z osiedli Hamm. Mieszka tutaj wielu Polaków, co powoduje, że nie czuję się tak obco. Ludzie są bardzo życzliwi. W banku, w sklepie czy na ulicy mieszkańcy serdecznie witają się ze sobą i życzą sobie miłego dnia. Mimo bariery językowej są wyrozumiali i chętnie rozmawiamy na przeróżne tematy. Często wchodzę w długie rozmowy z innymi mamami przed przedszkolem, kiedy idę odebrać Zu. Żyje się tu dobrze, ale umówmy się – to nie jest miasto wielkich możliwości. Bez prawa jazdy jesteś tutaj jak bez ręki. W pobliżu nie ma ciekawych miejsc, więc bywa nudnawo. Cała rozrywka skoncentrowana jest w centrum miasta, to tam znajdują się restauracje i parki.

Czy czujesz się w Hamm bezpiecznie?

Niestety nie, wciąż słyszy się tutaj o napadach i rabunkach. Dlatego do torebki zawsze wrzucam podręczny gaz pieprzowy, tak na wszelki wypadek. Boję się przede wszystkim o Zuzkę.

Jesteś na emigracji od 6 lat. Czym zajmowałaś się w Polsce?

Nie zdążyłam skończyć konkretnej szkoły, zahaczyłam o parę praktyk i krótkoterminowych, wtedy jeszcze niezbyt dobrze płatnych prac. Można powiedzieć, że w tym kontekście skakałam z kwiatka na kwiatek.

Co cię skłoniło do wyjazdu?

Namówili nas nasi przyjaciele, którzy już tu byli kilka razy. Wspólnie, we czworo, zastanawialiśmy się nad logistyką takiego wyjazdu, ale samą decyzję podjęliśmy dość szybko i raczej spontanicznie. Spakowaliśmy się, pojechaliśmy trochę zarobić i wrócić – taki był plan. Ostatecznie zostaliśmy na 6 lat.

Żałujesz?

Szczerze? Nie. Dużo dobrego mnie tu spotkało. Dobrze wspominam lata pracy i mieszkanie w czwórkę z przyjaciółmi, jeszcze wtedy wszystko mogło odbywać się na wariackich papierach (śmiech).

Dlaczego obrałaś kierunek na Niemcy?

Przed finalnym wyjazdem do Niemiec pojechałam jeszcze do Holandii. Byłam bardzo młoda i miałam dużo zapału, a mimo to nie poczułam więzi z tym krajem. W Niemczech poczułam się lepiej, bardziej u siebie. Mieszka tutaj od lat moja siostra. Choć to i tak nie jest ten poziom szczęścia, który mógłby powstrzymać mnie przed wyprowadzką.

 

 

Jak często przed przyjazdem na stałe gościłaś w Niemczech?

Jeszcze gdy chodziłam do szkoły, rodzice wysyłali mnie na wakacje do starszej siostry, która tu mieszkała. A teraz jesteśmy parę ulic od siebie! Ona mieszka tutaj od ponad 20 lat, ma swoją rodzinę i jest jej dobrze. Okazała mi wielkie wsparcie na miejscu, bez niej tyle bym nie wytrwała. Dzięki, siostra!

Czy oprócz siostry macie w Hamm kogoś bliskiego?

Niestety nie, co mnie bardzo frustruje.

Jak wygląda wasz rozkład dnia?

Moim zadaniem jest zaprowadzenie Zuzki rano do przedszkola. Potem ogarniam domowe sprawki, jak sprzątanie, zakupy i obiad. Jeśli szybko się z tym uporam, lecę na fitness i odbieram Zuzkę o 14. Resztę dnia spędzamy już razem. W weekendy są to zazwyczaj wyjazdy do sąsiednich miast, głównie po to, żeby pozwiedzać, zrobić pamiątkowe zdjęcia i zjeść coś dobrego.

Czy Zuza zaklimatyzowała się w niemieckim przedszkolu?

Początki były nieco stresujące, ponieważ nauczycielki nie rozumiały Zuzki, gdy zwracała się do nich po polsku, ale z czasem zaczęła dobrze mówić po niemiecku. I idzie jej coraz lepiej.

Widzisz jakieś różnice pomiędzy polskim i niemieckiem podejściem do nauczania?

Panuje tu na pewno większa swoboda! Placówki działają oczywiście według określonych zasad, ale dzieci czują się z tym bardzo komfortowo. Dużo czasu spędzają na zewnątrz, wychodzą np. do piekarni czy innych zakładów rzemieślniczych, żeby zobaczyć, jak to wygląda z drugiej strony. Często udają się do lasu, a Zuzka wspomina takie wypady przez najbliższe 3 dni (śmiech).

Na jakiej zasadzie działają tutuejsze przedszkola? 

Przedszkole, do którego chodzi Zuzka, liczy 3 grupy, w każdej jest 27 dzieci, którymi opiekuje się 3 nauczycieli oraz kilkoro praktykantów. Jeśli chce się mieć zapewnione miejsce, trzeba złożyć dokumenty odpowiednio wcześniej, najlepiej zaraz po urodzeniu dziecka. Jeśli otrzyma się takie miejsce, trzeba się zgłosić na tzw. dni przygotowawcze, podczas których poznaje się placówkę, ogląda slajdy i bierze udział wykładzie na temat ogólnych zasad.

Czy coś byś tutaj zmieniła?

Jest tylko jedna rzecz, która mi się tu nie podoba. Uważam, że w diecie dzieci jest za dużo słodyczy.

Jak zmieniło się twoje życie, gdy pojawiła się Zu?

O 180 stopni. Kiedy jeszcze Zuzki nie było na świecie, pracowałam w dużej firmie logistycznej, która zajmowała się importem i eksportem skórzanych butów pewnej renomowanej firmy. Moim zadaniem było zorganizowanie takich wysyłek do sklepów czy indywidualnych odbiorców. Kiedy urodziła się Zuza, buty się kończyły, a zaczęła się mleczna droga i to wcale nie usłana różami. Trzeba było sobie radzić bez pomocy rodziny czy przyjaciół. Mój chłopak pracował, mieszkaliśmy już wtedy sami na totalnym odludziu, gdzie za oknami latały orły nad lasem, co jakieś 3 godziny przejeżdżał pociąg, a widok mieliśmy tylko na pole. Nie było łatwo, ale doceniam ten czas, bo dał mi bardzo wiele.

Co zyskałaś?

Na pewno masę cierpliwości. Rzeczy, które kiedyś były dla mnie niemożliwe, stały się zupełnie osiągalne, np. samotny lot samolotem z malutkim bobasem i bagażami. Pamiętam ten stres do dziś. A po kilku takich przygodach czułam się dużo pewniej. Teraz już wiem, że wszystko się uda.

Skąd bierzesz siły, jak się regenerujesz?

Ćwiczę od pół roku i jest to najlepsza rzecz, jaką mogłam dla siebie zrobić. Początkowo moja kondycja była w strasznym stanie, ale z czasem jestem w coraz to lepszej formie! Pewność siebie wróciła i nie mam zamiaru z tego rezygnować. Jeszcze lepszym relaksem jest fotografowanie. Jestem w tej dziedzinie totalną amatorką, ale czasami uda mi się zrobić dobre zdjęcie, które potem publikuję na moim koncie instagramowym.

Czego ci zawsze najbardziej brakowało z dala od domu?

Mojej rodziny, rozgadanej na dobre przy wielkim stole zastawionym dobrym jedzeniem. I jeszcze oponek mojej mamy. Najbardziej tęsknię właśnie za nią i jej smakołykami.

Trzymam kciuki za udany powrót i dziękuję za rozmowę.

*

Rozmawiała: Dominika Janik