Luiza w Singapurze

Rozmowa z Luizą Jacob

Luiza w Singapurze

Nowy kraj i język, nowe zasady funkcjonowania w społeczeństwie i nowe poczucie, że wszystko można. I wszechogarniające ciepło, przez cały rok. Singapur przyciąga.

To kraj, który poprzez jasne, choć czasem surowe reguły, świetnie prosperuje i jest jednym z największych ośrodków biznesowych na świecie. Od dawna przyciągał do siebie Luizę Jacob, twórczynię marki Dream Nation, mamę 6-letniego Marcusa i 9-letniego Marcela, jakością życia, klimatem i wielokulturowością. Z jednej strony Singapur jest jednym z najbardziej znaczących ośrodków biznesowych na świecie, ale z drugiej to piękna tropikalna wyspa z wiecznym latem, gdzie żyją w zgodzie 3 grupy etniczne wyznające 4 różne religie i mówiące 4 urzędowymi językami. Tak więc kiedy Michał, chłopak Luizy, otrzymał propozycję pracy jako główny inżynier oprogramowania w firmie z branży fintech, spakowali się w 4 walizki i pojechali spełniać marzenie. Działo się to pod koniec wakacji ubiegłego roku. Jak ułożyli sobie życie, na jakiej zasadzie działają singapurskie szkoły i który z tamtejszych przysmaków smakuje jak szczypiorek polany cukrem – o tym wszystkim dowiecie się z naszej rozmowy.

*

Zawsze mówiłaś, że trudno ci się znosi polskie zimy. To one przegnały cię aż do Singapuru?

Przeniosłam się tu z półrocznej szarówy, to prawda. I prowadzimy tu sobie takie życie z przymrużeniem oka, trochę serio, a trochę to takie nieustające wakacje. Wystarczy spojrzeć na rosnące wszędzie palmy, poczuć jak ciepłe są tutejsze noce i jak pachnie mój ulubiony krem z filtrem który, oprócz aloesu, jest moim podstawowym kosmetykiem w codziennej pielęgnacji. Wszystko kojarzy się z wakacjami. Zresztą ja zawsze czułam, że zmiany są mi potrzebne.

Co masz na myśli?

Przez ostatnie 18 lat przeprowadzałam się 12 razy. Każde kolejne mieszkanie traktowałam jak hotel, instynkt podpowiadał mi, że to jeszcze nie moje miejsce. I chociaż przed wyjazdem do SG osiągnęliśmy w Warszawie dość wysoki poziom życia, nie potrafiłam się nim cieszyć, bo przez pół roku zimy czułam się jak w klatce. Od listopada przestawałam wychodzić i zaczynałam odliczać dni do lata przeglądając codziennie zdjęcia z minionego. Jednocześnie rosło we mnie poczucie winy, bo dzieci naśladują rodziców i jeśli ty nie wychodzisz na dwór tylko siedzisz zdołowana na kanapie, to one też wybiorą tablet zamiast roweru. Chciałam dla nich innego dzieciństwa i innej siebie. W zimie bardzo brakowało mi wokół kolorów, sfrustrowani ludzie w czarnych kurtkach marznący na przystankach, smutne drzewa bez liści, zgniła trawa i wrzeszczące kruki. Dream Nation było dla mnie taką trochę terapią, zaklinałam szarówę printami. Wkurzała nas też Polska rzeczywistość, brak tolerancji na inność, władza kościelna, korupcja w polityce, biurokracja w urzędach, przyzwolenie na bylejakość i brzydotę, cwaniactwo w biznesie i to, że państwo ma obywatela w dupie i nie dba o jego wygodę.

Znam kilka rodzin, które z podobnych powodów wyprowadziło się w ostatnich miesiącach z  Polski i są bardzo zadowoleni z tej decyzji. Jak jest u was, dobrze wam się żyje w Singapurze?

Bardzo wygodnie i bezstresowo. W rankingu Mercer dotyczącym najlepszych miast do życia na świecie, Singapur od kilku lat zajmuje pierwsze miejsce w Azji, a 25. na świecie i jest to zasłużony w mojej opinii tytuł – dla porównania Warszawa plasuje się na 82 miejscu.

Powiedz mi jeszcze dla porządku, jak się tam znaleźliście?

Miałam kiedyś takie hobby, że lubiłam czytać artykuły opisujące najlepsze miejsca do życia na świecie. I tak trafiłam na Singapur, ale jak doszłam do fragmentu o tym jak bardzo broni się przed napływem ludzi z zewnątrz i jakim trzeba być specjalistą w swojej dziedzinie żeby dostać pozwolenie na pracę, totalnie odpuściłam temat. Skoncentrowaliśmy naszą energię więc wokół Florydy, bo Michał miał tam rodzinę. Nic z tego jednak nie wyszło, z czego teraz w sumie się cieszymy. I kiedy już zaczęłam tracić nadzieję na wyjazd, Michał dostał 3 propozycje pracy za granicą: w Mediolanie, Luksemburgu i Singapurze.

Same dobre opcje.

Prawda, ale ostatecznie wybraliśmy Singapur, bo był z tych miejsc najcieplejszy i najbardziej orientalny. Stwierdziliśmy też, że jak zaczynać życie od nowa to niech to będzie prawdziwa przygoda, taka non stop. Także długo nie myśleliśmy nad odpowiedzią. Przylecieliśmy tu z 4 walizkami i 2 komputerami, zostawiając nasze stare życie w kartonach.

Przyjeżdżacie i co? Jakie wrażenia?

Wcześniej byłam w Chinach, Japonii i Tajlandii, a Michał dodatkowo w Indonezji i Korei, więc jadąc tu wiedzieliśmy czego się po Azji spodziewać. Jednak co innego wpaść gdzieś na tydzień, a co innego wgryźć się w codzienność.

Czyli jednak coś cię zaskoczyło na miejscu. Mów.

Było kilka takich niespodzianek. Po pierwsze, wilgotność. Kiedy nie pada, wynosi ona ok 80% rano i spada do poziomu 60% w ciagu dnia, natomiast w dni deszczowe zbliża się do 100%. Zanim mój organizm się przyzwyczaił, kilka miesięcy odczuwałam bóle reumatyczne. W każdej szafce musimy mieć pochłaniacz wilgoci, który wymieniamy co dwa tygodnie. W porze monsunowej nawet przez tydzień nie można zrobić prania, bo ono po prostu nie wyschnie. Ale są też plusy: skóra jest zawsze nawilżona, nakładanie kremu nawilżającego czy balsamu do ciała ma sens tylko na noc, kiedy śpimy w klimatyzacji.

Po drugie, słońce. Singapurczycy to nie Włosi i słońca nie lubią. W sklepach filtry zaczynają się od 30 z naciskiem na 100, jest też wielki wybór kremów wybielających skórę. Na basen wychodzą tylko w pochmurne dni i nawet wtedy ubrani są w stroje pływackie zakrywające większość ciała. W dni  słoneczne używają parasolki ochronnej.

Po trzecie, daszki. Ze względu na dużą ilość opadów, ale i słońca, w dużej części miasta zbudowany jest system daszków nad chodnikami.

Po czwarte, aplikacje na wszystko. Tu każdy ma smartfona, a miasto to jedna wielka aplikacja. Najwięcej aplikacji jest na transport, ale też wiele dotyczy takich spraw jak rezerwowanie grilla w parku, miejsca kempingowego czy płacenia podatków. Jak dostajesz wizę to ładujesz urzędową apkę, skanujesz swój kod z karty i jesteś na bieżąco ze swoim statusem.

Po piąte, karaluchy. Są wszędzie, nawet na najbardziej wypasionych osiedlach mimo tego, że są regularnie opryskiwane chemią.

Po szóste, wysokie mandaty. Można dostać np. 500 SGD (dolarów singapurskich) za śmiecenie, plucie, palenie w niedozwolonym miejscu czy jedzenie w transporcie miejskim. Jednak dzięki nim miasto jest super czyste, nie ma nawet psich odchodów na chodnikach, a autobusy i metro wręcz lśnią i pachną. Kiedy wyjeżdżamy do sąsiadujących krajów i widzimy ,,prawdziwą” Azję, gdzie trudno o kawałek niezaśmieconego chodnika, doceniamy to surowe singapurskie prawo.

 

W jakiej części miasta mieszkacie?

Mieszkamy tuż przy parku na wschodnim wybrzeżu nad zatoką, w linii prostej do wody i do plaży mamy może 300 metrów.

Dlaczego właśnie tam?

Ze względu na dzieci. Dzieciństwo dla mnie to nie downtown z wieżowcami i centrami handlowymi, ale bieganie boso po piasku czy jazda rowerem pomiędzy palmami, które kocham. Singapur często nazywany jest ogrodem Azji i rzeczywiście jest mega zielony. Codziennie mijam strelicje, papaje i bananowce, które rosną tu nawet przy przystanku autobusowym. Mieszkamy na parterze, mamy duży taras, na który wychodzi się z każdego pokoju i na nim toczy się większość naszego domowego życia. Tutaj jemy posiłki, tutaj rysujemy czy gramy w planszówki, a wieczorem relaksujemy się na leżakach. Taras ma też swoją furtkę, więc z głównych drzwi do mieszkania właściwie nie korzystamy. Jak większość ekspatów, mieszkamy w tzw. condominium, w skrócie ,,condo”, czyli zespole bloków z ochroną przypominających bardziej hotel 5-gwiazdkowy niż osiedle mieszkaniowe. Do codziennego użytku mamy 3 baseny, jacuzzi, siłownię, kort tenisowy, saunę, grille ze stołami i zlewami i tzw. function room, gdzie można urządzić np.urodziny.

Faktycznie, macie co robić w domu. A co można robić idąc w miasto? Gdzie szukać rozrywek z dziećmi?

Singapur w porównaniu do Warszawy to jeden wielki park rozrywki. Opcji dla dzieci jest tu tyle, że kiedy przychodzi weekend łapiesz się za głowę, co tu wybrać. Informacji o tym, co aktualnie dzieje się dla dzieci na mieście, szukam na stronie littledayout.com. Do ulubionych atrakcji dzieci należą Universal Studios, Kidzania, park wodny Wild Wild Wet, interaktywne muzeum Art and Science i wodny plac zabaw Statek Piracki na plaży. Ja natomiast lubię odwiedzać singapurskie wysepki, bo mimo tego, że są częścią tego miasta-państwa, to czuję się tam jak na wakacjach. Najbliżej mamy do Pulau Ubin z bujną tropikalną dżunglą, to świetne miejsce na rowery. St. John Island lubię za najczystszą wodę, a ja uwielbiam pływać w morzu. A na Sentosę jedziemy gdy nachodzi nas chęć na beach bary, muzykę i towarzystwo.

A czy czujesz się tam bezpiecznie?

Przestępczość tu właściwie nie występuje, więc domu na klucz zamykać nie trzeba. Zdarzyło nam się zostawić na noc torbę czy portfel na zewnątrz i oczywiście nic nie zginęło. Niewiele jest miejsc na świecie gdzie na jednej ulicy stoi kościół, meczet i świątynia buddyjska. Najwięcej jest tu Chińczyków, bo 77%, 14% Malezyjczyków i 8% Hindusów. Ta różnorodność etniczna i wyznaniowa jest dumą Singapuru i podkreśla się ją na każdym kroku. Podczas obchodów 53 urodzin państwa, ulice ozdobione były plakatami z uśmiechniętymi twarzami przedstawicieli każdej rasy. Każda z mniejszości etnicznych ma też swoją dedykowaną dzielnicę. Jest więc hinduska Littla India, chińska Chinatown i muzłumańska Arab Quarter. Każda z nich ma swój urok jednak moją ulubioną jest Little India, jestem tam przynajmniej raz w miesiącu. Uwielbiam kolorowe stroje Hindusek, zapach straganów ze świeżymi kwiatami, przyprawami i kadzidłami. Wielobarwne budynki, świątynię Sri Veeramakaliamman i posągi krów i słoni na skwerkach.

Czy dzieci również mają szansę odczuć jak otwarte jest to miasto?

Od 20 lat dnia 21 lipca obchodzony jest tutaj w szkołach i przedszkolach Racial Harmony Day. Dzieci przychodzą wtedy w swoich narodowych strojach i uczą się o kulturach swoich kolegów i koleżanek. Rząd dba o to by w każdej dzielnicy a nawet w każdym bloku komunalnym mieszkała taka sama ilość procentowa poszczególnej grupy, a dzięki temu nie tworzą się getta, nie ma gangów ani napaści na tle rasowym.

I faktycznie odczuwasz tę otwartość i tolerancję na co dzień, w prozaicznych sytuacjach też?

Oto przykład. Idąc z Marcusem do przedszkola mijam codziennie przedszkole muzułmańskie w momencie kiedy nauczycielki rozpakowują dzieci z autobusów. Chociaż się nie znamy, witamy się jak dobrzy znajomi. Ja, blondynka z rozwianym włosem i krótkich szortach, a one w hidżabach i długich sutannach proponują mi podwózkę, kiedy jest mega słońce i parasolkę, kiedy pada. Jest to dla mnie wzruszająca sytuacja. Uwielbiam to.

A jak w singapurskich szkołach czują się twoje chłopaki? Zgrali się już z nowym systemem, wymagania, metodami sprawdzania wiedzy?

Do szkoły idą sześciolatkowie, podstawówka i liceum trwają po 6 lat, łącznie 12 lat edukacji. Rok szkolny zaczyna się w styczniu, gdyż wakacje nie zależą tu od pór roku (temperatura jest tu zawsze taka sama) i podzielony jest na 4 semestry. Pomiędzy nimi są przerwy – w sumie w tym roku wypadło prawie 14 tygodni wakacji. Dodatkowo jest 10 dni wolnych od pracy związanych ze świętami poszczególnych kultur. I tak np. w maju Singapur świętuje buddyjski Vesak Day, w czerwcu muzułumański Hari Raya, a w listopadzie hinduskie Deepavali.

W jakim języku odbywają się zajęcia?

W języku angielskim, dodatkowo wybiera się jeden z innych urzędowych języków (mandaryński, malajski czy tamilski). Każda szkoła, nawet międzynarodowa, ma też inny mundurek szkolny. Szkoły lokalne są zarezerwowane raczej dla obywateli Singapuru i tych ze statusem PR, czyli Permanent Resident. System edukacji w nich jest surowy i elitarny. Już w podstawówce dzieli się dzieci na te mniej zdolne i przyszłych liderów, by następnie prowadzić ich osobnymi torami nauczania. Moja znajoma Chinka, która kończyła taką szkołę mówi, że był to koszmar, ciągły wyścig i mnóstwo dodatkowych zajęć pozaszkolnych, żeby jeszcze podnieść umiejętności, a co za tym idzie zero czasu na zabawę. Ekspaci uczą się głównie w szkołach międzynarodowych. Do wyboru są amerykańskie, australijskie, kanadyjskie i brytyjskie. Są to często wielkie molochy jak ta koło nas gdzie uczy się 2500 uczniów! Szukaliśmy dla Marcela alternatywy, bo już w Polsce doszliśmy do wniosku , że ,,typowe” placówki są nie dla niego i zapisaliśmy go wtedy do szkoły waldorfskiej. W Singapurze takowej nie ma, ale udało nam się znaleźć tzw. ,,Private Teaching”.

Co to takiego?

Są to bardzo małe placówki uczące dzieci zgodnie z urzędowym programem, ale w mini klasach. U Marcela jest obecnie 7 uczniów i jeden nauczyciel. Pozwala to na poświęcenie czasu każdemu, wyłapanie słabszych punktów i wspólną pracę nad nimi.

Czy szybko się chłopak odnalazł w nowej szkole?

Pierwsze tygodnie były dla Marcela trudne, wracał do domu i mówił, że nic nie rozumie. I nagle któregoś dnia kupiłam mu książkę i kiedy chciałam mu fragment przetłumaczyć powiedział: ,,mamo, ale ja wszystko rozumiem”. Wcięło mnie, bo to się stało z dnia na dzień. Bardzo cieszy mnie, że Marcel wraca wcześnie do domu, nie ma pracy domowej i może się bawić. Za niecałe 3 lata, jeśli nadal będziemy w Singapurze, pójdzie zapewne do School of the Art. W niedalekiej, mocno skomputeryzowanej przyszłości bycie kreatywnym będzie na wagę złota (śmiech).

A jak się wiedzie twojemu młodszemu synowi?

Marcus od pól roku jest w przedszkolu. Miał 5 lat kiedy przylecieliśmy do Singapuru, a że jest również bardzo wrażliwym dzieckiem chciałam by sam zdecydował, kiedy czuje się gotowy by iść do przedszkola. On ma trudniej, bo jego placówka jest dwujęzyczna – musi jednocześnie uczyć się angielskiego i mandaryńskiego. Ale już od stycznia dołączy do szkoły Marcela.

Z tego, co mówisz, twoim chłopakom jest w Singapurze całkiem komfortowo, a jak jest z tobą? Czy czujesz, że dobrze trafiłaś? Masz szansę rozwinąć się tam zawodowo? 

Singapur nazywany jest Azjatyckim Tygrysem, bo zaraz po Japonii jest najlepiej rozwiniętym i najbogatszym krajem Azji. Jest też czwartym największym centrum finansowym na świecie, po Londynie, Nowym Jorku i Tokio. Siła nabywcza Singapurczyka czyli PKB per capita jest tu czwarta na świecie i to bogactwo czuć tu na każdym kroku. Myślę, że jeśli ma się dobry czy nowatorski pomysł na biznes, to jest to place to be.

Czy będziesz kontynuować w Singapurze pracę nad Dream Nation?

Przez ostatnie 7 lat moje życie w Polsce kręciło się wokół Dream Nation. Kiedy tu przyjechałam postanowiłam odciąć pępowinę i pozwolić marce i sobie żyć własnym życiem. Był to bardzo ważny dla mnie projekt i dlatego cieszy mnie, że ma wierne grono klientek. Prowadzi go teraz moja przyjaciółka i bardzo jej kibicuję.

Wyjeżdżając z Polski czułam się wypalona i chciałam zrobić sobie przerwę na regenerację. Każdy, kto prowadzi tam własną firmę wie, jakie jest to obciążenie psychiczne. Zwłaszcza dla artysty. Podobno im lepszy artysta, tym gorszy biznesmen (śmiech). Uwielbiam projektować i dlatego postanowiłam skoncentrować się tylko na tym i robić printy na zlecenie. Dostałam propozycję współpracy od dwóch marek – jednej polskiej, a drugiej singapurskiej, więc pracuję nad wzorami dla nich. W ten sposób możemy obyć się bez tzw. helperki, bo jeśli oboje rodzice pracują na etacie to w domu mieszka na stałe pani do pomocy. To ona zawozi i odbiera dzieci, sprząta, pierze, robi zakupy, gotuje a nawet odrabia lekcje. Rodzice wracają najwcześniej o 19, więc pozostaje im góra godzina na interakcję z dziećmi. Kłóci się to totalnie z moją definicją macierzyństwa i nie zamieniłabym teraz za nic czasu jaki mam z chłopcami na pracę. Są w wieku gdzie kształtuje się ich charakter i światopogląd. Przez ostatnie 12 miesięcy spędziłam z nimi więcej czasu niż przez 3 lata w Polsce. Bardzo dużo rozmawiamy, zbliżyliśmy się do siebie w taki partnerski sposób.

Oczywiście myślę o tym, żeby zrobić Dream Nation Azja, ale potrzebuję do tego jeszcze sporo czasu na research no i wspólniczki stąd, która zdjęłaby ze mnie część biznesową.

Lubię pytać o smaki, z którymi trzeba się zderzyć na emigracji. Czasem to oznacza przyjemność, a czasem to duża trudność i źródło tęsknot. jak jest u was?

W Singapurze zjeść można dania narodowe z całej Azji jak też potrawy będące efektem przenikania się tutejszych kultur chińskiej, malajskiej, indonezyjskiej i hinduskiej. Takie typowe dania to chicken rice, chili krab, fish balls, rojak rojak czy laksa. Najbardziej popularne miejsca do jedzenia to tzw. Hawker Centres, czyli coś jak nasz warszawski nocny market, dużo bud z różnorodnym i bardzo przystępnym cenowo jedzeniem znajdujących się pod jednym dachem ze wspólnymi stolikami pośrodku. Jedna z takich bud Hong Kong Soya Sauce Chicken and Noodle jako pierwsza tego typu na świecie dostała w 2016 roku gwiazdkę Michelina.

Brzmi jak raj dla mięsożerców.

No właśnie, a my od 8 miesięcy jesteśmy weganami. W hawkersach 99% bud serwuje albo mięso albo owoce morza, więc na co dzień jemy głównie w domu. Przyznam ci się, że wkręciłam się w kuchnię roślinną totalnie. A że moje dzieci zdecydowały się również nie jeść mięsa, gotowanie stało się dla mnie wielkim wyzwaniem. Bo nie ma tu żartów, oni rosną i ja chcę mieć pewność, że dostarczam im wszystkich potrzebnych wartości odżywczych. Dla kucharza Singapur to raj bo kupić tu można dosłownie każdy produkt świata a wybór owoców i warzyw jest ogromny. A propos owoców to do moich ulubionych teraz oprócz ukochanego wcześniej mango dołączyła papaja i czerwony dragon fruit. Natomiast najbardziej kontrowersyjnym owocem jest tu durian. Ma tak intensywny zapach, że zakazane jest wożenie go metrem czy autobusem. Lokalsi jednak go uwielbiają i nazywają ,,królem owoców”. Ale dla mnie smakuje jak nadgniły szczypiorek polany cukrem (śmiech).

Tęsknisz za Polską?

No pewnie. Najbardziej brakuje mi przyjaciółek i rodziny. Na szczęście przez ten pierwszy rok odwiedzili nas moi rodzice i 3 razy wpadli przyjaciele, więc w sumie mieliśmy gości przez 10 tygodni (śmiech). Mam nadzieję, że w kolejnych latach ta średnia się utrzyma. Tęsknię też trochę za Warszawą, za zapachem Saskiej Kępy w maju. Ciężki okazał się dla mnie grudzień, bo pomimo bogato udekorowanych świątecznie ulic, zupełnie nie poczułam świątecznego klimatu. Brakowało mi zapachu żywych choinek i grzańca, wspólnego robienia z przyjaciółmi dekoracji przed kominkiem i – uwaga, największy szok! – zimna (śmiech). Plan jest taki, by co roku jeździć na cały grudzień do Polski. Po 11 miesiącach lata fajnie będzie założyć jeansy, bluzę i zakryte buty.

Nie żałujesz decyzji o wyjeździe z kraju?

W życiu zawsze jest coś za coś i decydując się na emigrację zdawaliśmy sobie sprawę z czego rezygnujemy. Zamieniłam czekanie na wakacje na życie na wakacjach. I na pewno extra będzie spędzić 4 tygodnie w Warszawie i wykorzystam maksymalnie każdą chwilę z bliskimi. Ale wiem też, że będę wracać do Singapuru z wypiekami na twarzy, bo jednak spełniłam swoje największe marzenie.

Singapur forever?

Nie wiemy jak długo tu zostaniemy, ale na pewno na przynajmniej kolejne 2 lata, bo tyle przewiduje kontrakt Michała. Ale powrotu do Polski na stałe nie widzimy w swojej przyszłości. Na starość marzy nam się ukochana Elba, a to już w porównaniu do Singapuru rzut kamieniem od Warszawy (śmiech).

Dzięki za rozmowę.

*

Luiza Jacob Absolwentka Wydziału Projektowania Ubioru na łódzkiej ASP. Założycielka Dream Nation, pierwszej marki streetwearowej, która opiera się na idei zrównoważonej mody. Mama Marcela i Marcusa. Rok temu wraz z rodziną wyemigrowała do Singapuru.