okiem eksperta

Lęk, radość, złość – o emocjach rodziców związanych z jedzeniem dzieci

Rozmowa z dietetyczką i psycholożką Zuzanną Wędołowską

Lęk, radość, złość – o emocjach rodziców związanych z jedzeniem dzieci
Ewa Przedpełska

Rozszerzanie diety to poznawanie smaków, zmiana planu dnia, nowe rodzinne rytuały, a także… emocje. Mnóstwo emocji, które łączymy z jedzeniem i, mniej lub bardziej świadomie, przelewamy obficie na nasze dzieci. Co z tego wynika dla rodziców i dla dzieci?

Emocje związane z żywieniem to nie tylko niepewność po dotknięciu po raz pierwszy gorącej zupy czy radość na widok naleśników. To także głęboko zakorzeniony lęk, poczucie dumy, czy wstyd. Te emocje pojawiają się już na początku przygody z rozszerzaniem diety i zostają z nami na kolejnych etapach rozwoju dzieci. Co więcej – ciągle dochodzą nowe odczucia, z którymi musimy się zmierzyć jako rodzice. Jak uczyć dzieci budowania pozytywnych relacji z jedzeniem już od pierwszego kontaktu z dyniową papką, bananem i kawałkiem brokuła – opowiada Zuzanna Wędołowska, autorka bloga Szpinak Robi Bleee.

A jak wygląda rozszerzanie diety w praktyce? Z uśmiechem, dystansem i w swobodnej atmosferze, przy wsparciu produktów marek Beaba, EZPZ, Lassig, Toddlekind – podglądamy je u Jaśka i Pauliny Rogóskiej-Wichy.

Często w rodzicach na początku rozszerzania diety jest dużo lęku i wątpliwości. Czy mogę to podać dziecku, w jakiej formie? Co, jak się zakrztusi? Co, jak będzie miało reakcję alergiczną? Często przez tę niepewność zostajemy przy sprawdzonej zblendowanej marchewce, bo to przecież pewniak. Nie tędy droga?

Zuzanna Wędołowska: Przede wszystkim ten lęk wynika z poczucia, że dużo można zrobić źle. Postrzegamy rozszerzanie diety jako coś skomplikowanego. Uznajemy, że jest tam dużo zasad i pułapek, i na każdym kroku można popełnić błąd. Po prostu się boimy – że czegoś nie doczytamy, czegoś się nie dowiemy. Widać to wyraźnie na różnych forach, gdzie rodzice bardzo szczegółowo dopytują o zasady żywienia niemowląt. Ja piszę o tym, że można dzieciom podawać wszystko, poza listą składników zakazanych, która jest naprawdę krótka. Ale rodzice i tak pytają – czy moje dziecko może zjeść truskawkę? Czy ośmiomiesięczne dziecko może dostać pomidora? Rodzice mają silną potrzebę upewnienia się, że idą w dobrym kierunku i nie popełnią błędu. Myślę, że to jest mocno zakorzenione w poczuciu odpowiedzialności. My byśmy tak bardzo chcieli, żeby rozszerzanie poszło dobrze. Żebyśmy mieli ten efekt w postaci dziecka, które chętnie je, dobrze je, które lubi warzywa. Mamy takie poczucie, że to, jak będę rozszerzać dietę, wpłynie w pełni na to, jak moje dziecko będzie jadło w przyszłości, jaka będzie jego relacja z jedzeniem. Czując taką odpowiedzialność, mamy w sobie niepewność, lęki, obawę przed popełnieniem błędu.

Czyli trzymamy się zachowawczo sprawdzonego menu, a jednocześnie oczekujemy natychmiastowego efektu w postaci dobrze jedzącego, ciekawego smaków, uśmiechniętego bobasa. Chyba tak się nie da?

Na pewno tak się nie da. I tu trzeba zaznaczyć, po co właściwie rozszerzamy dziecku dietę. Rodzice zatrzymują się przy papkach z trzech sprawdzonych warzyw i trochę boją się pójść dalej. To bardzo często wynika z naszego przeświadczenia, że rozszerzanie diety polega na tym, żeby dziecku dać jedzenie, które ma zjeść. Jeżeli skupiamy się na tym, by dostarczyć dziecku składniki odżywcze i by mieć pewność, że jest zawsze najedzone, to zatrzymujemy się na rzeczach, które działają. Na słoiczku, zupce, którą dziecko lubi, i proponujemy w ramach tego sprawdzonego zakresu produktów. A to jest kompletne niezrozumienie tego, po co się rozszerza dietę.

Oczywiście w rozszerzaniu diety jest ten komponent mówiący o dostarczaniu składników odżywczych, tu mowa przede wszystkim o żelazie i kaloryczności posiłków. Wynika to z tego, że z wiekiem dziecko potrzebuje właśnie np. żelaza więcej, niż jest go w mleku. Ale głównym celem jest nie nakarmienie dziecka, a nauczenie jedzenia. Jeżeli przestawimy swój sposób myślenia i nastawimy się na to, że ja mam pokazać dziecku jedzenie, nauczyć, jak jeść, to mamy większą motywację, żeby dawać różne posiłki, mimo tego lęku. Wtedy otwieramy się na to, by mimo obaw o alergię proponować nowe produkty, podawać w różnych formach, również w kawałkach. Ten lęk jest naturalny, ale gdy uświadomimy sobie, że on powstrzymuje nas przed realizacją tego najważniejszego celu rozszerzania diety, to łatwiej jest nam go przezwyciężyć.

Pierwsze próby jedzenia to dla maluchów nie lada wyzwanie! Posiłek przebiega w przyjemniejszej atmosferze, gdy mały odkrywca jest w dobrym nastroju. Wyspany, zadowolony, w wygodnej pozycji siedzącej może skupić się na zawartości talerza. Nie tylko smaku, ale też kolorach, konsystencji, prędkości spadania na ziemię, różnicy w nabieraniu na łyżkę i widelec… Pytań jest mnóstwo, a samodzielne szukanie odpowiedzi jest niezwykle ekscytujące!

krzesełko Beaba / śliniak z kieszonką Beabasilikonowy talerzyk z podkładką EZPZ / zestaw sztućców Beaba / kubeczek EZPZ

Co jeszcze może nam pomóc w przezwyciężeniu tego lęku? Jakie przygotowanie da nam spokój ducha przy rozszerzaniu diety? 

Szukamy w miejscach, które są sprawdzone i polecane, oczywiście polecam zerknąć na mojego bloga Szpinak Robi Bleee. Zaglądajmy do źródeł, które są polecane, ale jednocześnie dają nam poczucie bezpieczeństwa, to jest też ważne. O jedzeniu można pisać na różne sposoby, więc szukajmy takich osób, przy czytaniu których czujemy spokój. Jeżeli sposób prezentowania treści wzbudza w tobie lęk, poczucie winy i generalnie źle się z nimi czujesz – może to nie jest twórca dla ciebie. Ważne jest, by źródła, do których sięgamy – artykuły, książki, poradniki – opracowane zostały na podstawie aktualnych zaleceń. Nie tylko tych polskich, ale też zagranicznych: WHO, Amerykańskiej Akademii Pediatrii. Możemy spojrzeć na te źródła również od strony tego, czego tam nie powinno być. Dokładne wskazania na temat tego, ile dziecko ma zjeść, w jakiej kolejności – to bardzo konkretne porady, które wychodzą poza obszar naszego decydowania. Zgodnie ze złotą zasadą żywienia: rodzic decyduje o tym, co i kiedy poda dziecku do jedzenia, dziecko decyduje o tym, co, ile i czy w ogóle zje – to jest decyzja dziecka, więc wystrzegałabym się źródeł, które zalecają np. konkretne ilości jabłka do zjedzenia dla dziecka w określonym wieku.

Co poza aktualną wiedzą może być pomocne i nieco uspokoić nas w tym procesie?

Druga rzecz to rozmowy, możliwość podzielenia się swoimi wątpliwościami, czyli znalezienie sobie takiej grupy wsparcia. Czy to będą znajomi rodzice dzieci w podobnym wieku, z którymi możemy porozmawiać na spacerze i przy piaskownicy: „dzisiaj nic nie zjadł”, „wczoraj się zakrztusił”, czy wirtualna społeczność w postaci fajnej, przyjaznej grupy na Facebooku – daje nam to poczucie bezpieczeństwa. Dowiadujemy się od innych rodziców najważniejszych prawd. Wszystko mija. Z jedzeniem dzieci jest różnie. Dostajemy pocieszenie i zapewnienie, że to nie zawsze będzie takie trudne. To nas ukierunkowuje i wspiera w tym dążeniu do najważniejszego celu rozszerzania diety.

Zdarzało mi się, że gdy byłam z dzieckiem w restauracji, zagadywała mnie jakaś mama albo tata z pytaniami typu: jak wygląda u nas rozszerzanie diety, jak długo syn już je to czy to, bo ich córka ma 9 miesięcy i nadal średnio. Szukamy aktywnie tej informacji, że to nie tylko u nas.

Potrzebujemy potwierdzenia, że to jest normalne, i poczucia, że nie jesteśmy w tym sami. Pamiętam, gdy mój synek był jeszcze bardzo mały i noce spędzałam na karmieniu, że po napisaniu posta o 4 w nocy miałam od razu kilka komentarzy „my też nie śpimy”, „u nas to samo”. To dla mnie było bardzo pomocne. Właściwie to chyba największe wsparcie, jakie można uzyskać w rodzicielstwie na każdym etapie. Nie jesteś w tym sama. To normalne, to minie!

Podczas jedzenia dzieci ćwiczą także umiejętności motoryczne. Chwytanie, manipulowanie, koordynacja ręka-oko. Trochę tego jest! Ważne, by trenować przy tym różne ułożenie dłoni i paluszków – inaczej sięgamy palcami po drobny owoc, a zupełnie inaczej pracują ręce trzymające mały kubek. Wykorzystujmy to, urozmaicając posiłki.

silikonowy talerzyk z podkładką EZPZ / zestaw sztućców Beaba / kubeczek EZPZ

Wiemy już o źródłach wiedzy i wsparcia. A od strony technicznej – w co warto się zaopatrzyć, by mieć większy spokój i pewność siebie przy rozszerzaniu diety?

Pierwsza rzecz: warzywa (śmiech). A już czysto technicznie – dziecko od początku potrzebuje rzeczy, które będą mu ułatwiać naukę jedzenia. Potrzebne jest miejsce do spożywania posiłków, w którym będzie się czuło bezpiecznie i w którym będzie miało stabilną pozycję. Czyli: krzesełko na odpowiedniej wysokości pozwalającej na swobodne sięganie do stołu, wspierające prawidłową pozycję siedzącą z odpowiednio zgiętą miednicą, z podnóżkiem dającym podparcie dla stóp. Potrzebne do nauki są też naczynia, typu talerzyki, maty, do których dziecko będzie miało łatwy dostęp – by po coś sięgnąć, złapać, zamieszać rączkami. Zwróćmy też uwagę, czy dziecko jest w stanie podnieść bezpiecznie swoje naczynia. Jest grupa rodziców, która mówi „moje dziecko je w porcelanie i dla mnie to nie jest problem”. OK, jeżeli dla ciebie to nie jest problem, ale często jest tak, że dajemy coś dziecku w „dorosłej” miseczce i to hamuje jego możliwości zabawy. „Oj, uważaj, bo spadnie. Daj, ja ci to potrzymam”. Nas to blokuje przed dawaniem dziecku tej wolności. Dlatego produkty z silikonu czy innych bezpiecznych materiałów są fajne – dziecko może je unieść, przesypać z nich. Może je zrzucić na podłogę, co nam się zwykle nie podoba, ale dla dziecka jest ważne. Tak samo z kubeczkiem. Jasne, to może być zwykła filiżanka, ale czy dasz dziecku porcelanową filiżankę do swobodnej zabawy? Być może otwarty kubek pozwalający na naukę chwytania i picia będzie lepszym rozwiązaniem. Dziecko może wtedy korzystać z niego samodzielnie, bo jest lekki i nie ma ryzyka stłuczenia.

Rodzice czasem mają poczucie, że robią wszystko książkowo – proponują różnorodne dania, podane w atrakcyjnej formie, pozwalają na zabawę i… nic. Nic nie ląduje w małym brzuchu i mamy poczucie, że całe te starania idą na marne. Jak się nie poddawać, nie zniechęcać, gdy po raz trzeci instagramowa jaglanka nie znika z talerza naszego niemowlaka?

Mam tutaj jedną receptę – zrozumieć, że to nie chodzi o to, żeby do brzucha coś trafiło. Bez tej świadomości będziemy się ciągle frustrować, oceniać, uznawać, że się nam nie udaje. Porównywać dziecko z samym sobą („miesiąc temu jadło ładniej”, „wczoraj zjadło kolację, dziś nie tknęło”), albo z innymi dziećmi. Ktoś je chętniej, lepiej, cztery posiłki, a nasze ledwo dwa. Wtedy mamy poczucie, że musimy ciągle to kontrolować, sprawdzać. Oraz, że jeżeli moje dziecko zjadło mało, niechętnie, wypluło – to te moje starania są bez sensu. Że to był posiłek, którego nie było, który się nie powiódł. A to wcale tak nie jest. W posiłkach podczas rozszerzania diety chodzi o to, by dziecko zapoznało się z jedzeniem. Doświadczyło go. Zobaczyło, dotknęło, spróbowało włożyć do buzi. Z tej perspektywy każdy posiłek, w którym dziecko usiadło do stołu i miało kontakt z jedzeniem, jest udany. Bo realizujemy w ten sposób cel „dziecko uczy się jedzenia”. Z takim podejściem łatwiej nam będzie znaleźć motywację, bo widzimy, że to się udaje – że dziecko siadło do stołu, że było zainteresowane jedzeniem, choćby spojrzało czy dotknęło.

Czyli zarządzanie oczekiwaniami?

Tak myślę.

Poza wygodą, ważna jest także dostępność. Maluchy poznają jedzenie wszystkimi zmysłami – pozwólmy im na to! Sporym ułatwieniem dla dzieci są dostosowane wielkością do małych rąk sztućce, zachęcające do sięgania miseczki czy tacki, na których można porównywać gęstość, lepkość i soczystość różnych warzyw. Protip: do posiłków siadajcie razem. Dzieci najlepiej uczą się, także jedzenia i zachowania przy stole, przez obserwację!

śliniak z rękawkami Lassig / komplet naczyń Beabazestaw sztućców Beaba / mata Toddlekind / krzesełko Beaba

A teraz spójrzmy na ten proces z punktu widzenia dziecka, które nie dojadło posiłku, „ledwo spróbowało”, i jego emocji. Namawiamy do jedzenia, skupiamy na tym mocno naszą uwagę i zachęcamy na różne sposoby: „Mama specjalnie upiekła dla ciebie te babeczki, chociaż spróbuj”, „Babci jest przykro, specjalnie poszła rano na bazarek po marchewkę”. Wzbudzanie poczucia winy jest dość popularne, to powszechna narracja. Co w ten sposób robimy dziecku?

Przede wszystkim to są komunikaty, które są łagodną, miękką presją. Rodzice mówią czasem, że nie stosują absolutnie żadnej presji, nie wmuszają jedzenia. Ale gdy obserwujemy ich podczas posiłków, pada „no, spróbuj jeszcze łyżeczkę” czy „takie dobre, a ty nie chcesz jeść, mniam, mniam”. Każda presja wywołuje opór. Presja to wejście na obszar decydowania o jedzeniu, który należy do dziecka. Dziecko decyduje o swoim ciele, również o tym, czy coś zje, czy spróbuje z talerza wszystkiego, czy tylko jeden produkt. Jeżeli próbujemy w to ingerować w jakikolwiek sposób, w tym tego typu komunikatami: „to jest pyszne”, „specjalnie dla ciebie to przygotowałam” – mówimy tym samym naszemu dziecku, że znamy się lepiej na jego ciele, niż ono samo. Jasne, jak dziecko słyszy takie komunikaty sporadycznie, gdy np. raz na miesiąc zostaje u babci – nie powinno się nic stać. Ale jeżeli słyszy to non stop i to jest główna narracja wokół jedzenia, to dziecko rozumie to tak: „OK, to rodzice są od decydowania o moim ciele. Rodzice decydują o tym, ile jedzenia potrzebuję”. Wychowujemy dziecko, które nie będzie słuchać wewnętrznych oznak głodu i sytości, tylko zastanawiać się, czy to wypada, czy należy coś zjeść – to, ile powinno zjeść uzależnia od tego, ile ma na talerzu lub ile inni zjadają. Te zewnętrzne wskazówki są zupełnie nieprzydatne w kontekście dobrych nawyków żywieniowych.

Odnośnie nawyków, chciałam nawiązać do naszych, rodzicielskich przyzwyczajeń i trudnych emocji związanych z jedzeniem. Patrzymy na dzieci i ich żywienie często przez pryzmat właśnie swoich złych nawyków. Ciężko jest, jeżeli samemu jest się łasuchem i się z tym walczy od lat, nie mówić dziecku „stop”, gdy sięga po coś słodkiego z talerza rodzica. Jak możemy spojrzeć na jedzenie dzieci bez tego napięcia i emocji?

Według mnie najgorsze w słodyczach są właśnie te nasze emocje, które z nimi wiążemy. Myślę, że przede wszystkim trzeba zrozumieć, że nasze dziecko nie jest nami i ma szansę zbudować dobre relacje ze słodyczami. Może być to zupełnie inna relacja niż nasza. To nie jest tak, że słodycze same w sobie zmuszają nas do jedzenia ich w określony sposób i budują jakieś nawyki. Nie same słodycze są złe, tylko to, w jaki sposób z nich korzystamy. Z tą świadomością łatwiej jest nam zastanowić się, czego chcemy nauczyć o słodyczach swoje dzieci. Jakich rzeczy, które nas denerwują w naszej relacji z jedzeniem, nie chcemy im pokazywać i przekazywać. Wtedy, mając tę refleksję, w konkretnej sytuacji, która uruchamia w nas niepokój, gdy dziecko sięga po coś słodkiego i mamy odruchową chęć powiedzieć „nie jedz”, „to nie dla ciebie”, możemy zastanowić się – co pokazuję mojemu dziecku o słodyczach w tym momencie? Czy to jest to, czego chcę nauczyć moje dziecko o jedzeniu?

Nas bardzo przerażają te pierwsze reakcje dzieci na słodycze i to, że one je po prostu lubią. Wolelibyśmy, żeby dzieci reagowały raczej „fuj, jakie to obrzydliwe, ble, nie chcę”, byłoby nam łatwiej. Ale nie, dzieci lubią słodycze. Słodycze są stworzone po to, żeby je lubić. Dzieci często lubią słodycze bardzo słodkie, bardzo kiepskie, jak wybierają smak lodów, to sztuczna „guma balonowa” wygrywa zwykle z truskawkowym sorbetem. To nas wkurza i wprowadza w stan lęku, bo my się boimy, że tak już zostanie, że to oznacza, że to jest jakaś zaburzona relacja. A to normalna relacja – dzieci lubią słodycze. Zaakceptujmy, że moje dziecko lubi słodycze i nie ma w tym nic złego. Lubi też marchewkę, chleb, jogurt i inne rzeczy. Zauważmy, jak dzieci czasem z entuzjazmem reagują na inne potrawy. Nagle może okazać się, że skaczą z radości na widok ogórka kiszonego. Widząc to, też łatwiej nam będzie zrozumieć, że słodycze to tylko słodycze, zwykłe produkty do jedzenia.

Nieocenioną pomocą dla rodziców są łatwe w czyszczeniu akcesoria, jak również te chroniące ubrania, meble i całe otoczenie przed zabrudzeniem. Bo będzie brudno, ale nie ma co się tego bać. Pocieszające jest to, że dzieci przez obserwację uczą się także sprzątania, więc już niebawem możecie mieć u boku małego pomocnika w wycieraniu stołu i zbieraniu (nie tylko) okruszków z podłogi.

mata Toddlekind / śliniak z kieszonką Beaba / komplet naczyń Beaba / silikonowy talerzyk z podkładką EZPZ / kubeczek EZPZ

Boimy się, gdy dzieci rzucają się na słodycze. Czujemy wstyd, gdy tak robią podczas spotkań towarzyskich. Złościmy się, gdy ktoś częstuje nasze dziecko czekoladą bez konsultacji z nami. Zastanawiam się – czy i jak reagować, gdy dziecko sięga po słodycze i nas to po prostu denerwuje? Co robić?

Jedyne, co możemy zrobić, to nie ingerować w zachowanie dziecka zbyt mocno, szczególnie w takich publicznych sytuacjach. Zostawmy dziecku decyzję – co i ile zje, zgodnie z podstawową zasadą żywienia. Możemy wspierać tę decyzję, aranżując odpowiednio otoczenie, np. stawiając na stole owoce, orzechy, warzywa – pokrojone i łatwe do zjedzenia, ale ostateczna decyzja i tak należy do dziecka. To, co możemy, dotyczy nas i zajęcia się naszymi emocjami. Gdy czujemy narastające napięcie i niepokój, gdy dziecko sięga po czwarty kawałek ciasta – zadajmy sobie pytanie: „co się teraz dzieje w tobie”? „Co czujesz, jakie myśli się pojawiają?”. Wtedy może się okazać, że boimy się, że ktoś nas ocenia, może nawet ktoś skomentował „o, jaki łasuch”. W nas to uruchamia taką kaskadę reakcji: moje dziecko jest uzależnione od słodyczy, jestem złą matką, nauczyłam je jeść słodycze i teraz nie ma umiaru, źle to zrobiłam i w ogóle wszystko we mnie jest złe. Z tym jest tak, że musimy się nauczyć nad tym panować – w tym sensie, żeby dowiedzieć się, co czuję i powiedzieć sobie „OK, martwisz się. Jest to trudne. Boisz się, co będzie dalej”. Ale nie musisz tego przelewać na dziecko. Możemy w tej sytuacji przyjmować różnorodne strategie. Możemy wziąć kilka głębokich wdechów. Możemy się odwrócić i po prostu nie patrzeć, jak dziecko podjada. Taka prosta behawioralna taktyka może być skuteczna. Możemy sobie też na świadomym poziomie przypomnieć „To są tylko słodycze. Pamiętasz, jak wczoraj była zupa na obiad? Też ją zjadał z takim apetytem”. Możemy też po prostu komuś o tym opowiedzieć – czyli znowu, grupa wsparcia. Tych strategii jest dużo, pamiętajmy po prostu, że to, co możemy zrobić, to zająć się naszymi emocjami, a nie zarządzaniem tym, jak dziecko je słodycze w tym momencie.

Myśląc o słodyczach, mam w głowie jeszcze wątek dotyczący innej emocji – radości. W starszym pokoleniu, ale wśród części współczesnych rodziców również, panuje przekonanie, że dzieci należy uszczęśliwiać słodyczami. Bo od tego jest dzieciństwo. Czy rzeczywiście to jest dobry sposób na uśmiech dziecka?

To wynika z kilku aspektów. Rzeczywiście słodycze mają moc poprawiania nastroju. Są słodkie, tłuste, więc rzeczywiście uwalniają serotoninę i dopaminę do mózgu. Jest to fizjologiczne doświadczenie, a na to nakładamy doświadczenie społeczne. Dostajemy słodycze w sytuacjach uroczystych, na przyjęciach, z okazji urodzin, ale też jako nagrodę. Słodycze są odbierane dzieciom w ramach kary. My sami często mamy w sobie takie przeświadczenie, że słodycze to jest coś, co służy do celebracji, do sprawiania radości, bo tak nam te słodycze przedstawiano, gdy byliśmy dziećmi. Dużo w tym jest także o zakazach. Jeżeli my sobie zakazujemy słodyczy ot tak, to znaczy, że musimy na nie zasłużyć. To jest doświadczenie naszego pokolenia. Z kolei pokolenie współczesnych dziadków często nie miało swobodnego dostępu do słodyczy.

Mocno widoczny jest tutaj wątek społeczno-historyczny. 

Patrząc na jeszcze wcześniejsze pokolenie – naszych dziadków, obecnych pradziadków, to bardzo silne i znaczące jest tutaj doświadczenie wojny, niedoboru, wręcz głodu. Nasi dziadkowie byli wychowywani w czasach, kiedy tego jedzenia rzeczywiście nie było i dla nich szacunek do jedzenia – zjadanie do końca, całej porcji – jest zupełnie oczywiste. Bo jak mam nie zjeść, jak jest? Skoro może nie będę mieć co jeść przez kilka dni. Dla nich ten moment większego dobrobytu, kiedy zaczęli wychowywać własne dzieci, był czasem lepszej dostępności jedzenia. Kolejne pokolenie miało już dostęp do słodyczy, które były głównie kojarzone właśnie z uroczystościami, wtedy się je jadło i jadło się ich dużo. Ale miało się też wiedzę, że na Zachodzie jest ich jeszcze więcej. Są inne, kolorowe, wyglądają i smakują inaczej. Gdy zmieniły się warunki społeczno-ekonomiczne w Polsce i te różnorodne słodycze stały się bardziej dostępne, wciąż jednak funkcjonując jako synonim luksusu, dobrobytu – nas to zalało. My się tym zachłysnęliśmy. Nasi rodzice, dziadkowie naszych dzieci wciąż są w tym – że to takie miłe i wyjątkowe przynieść dziecku czekoladę. Dla naszych dzieci czekolada jest codziennością, to nic wyjątkowego ją kupić, ona jest wszędzie. Mamy różne doświadczenia życiowe ze słodyczami.

Świadomość tego może być na pewno pomocna w zrozumieniu drugiej strony. Ale niezgoda w nas na niektóre sytuacje pozostaje. 

Gdy w naszym poczuciu dziadkowie przekraczają granice i mamy problem z tematem słodyczy, to oczywiście rekomenduję zawsze rozmowę. To ma być rozmowa z próbą zrozumienia perspektywy drugiej strony. „Rozumiem, że chcesz pokazać Krzysiowi, że go kochasz. Wiem, że na urodziny zazwyczaj przynosiło się dzieciom coś słodkiego” – tak pokazujemy, że rozumiemy, że dziadkowie chcą dobrze. I następnie wskażmy inne narzędzia. „Jak chcesz, by Krzyś był zadowolony, to pograj z nim w grę. Pobawcie się razem. Zobacz, jak się cieszy, gdy dostaje owoce”. Oczywiście pomocne może być też porozmawianie z dziadkami o konsekwencjach zdrowotnych i zwrócenie uwagi, że z pozoru niewinne produkty mogą mieć średnie składy. Ile cukru może być w płatkach kukurydzianych, jogurcie, soku. Kiedyś jednak jedliśmy bardziej naturalne produkty, a te przetworzone były dodatkiem. Teraz tej przetworzonej żywności jest bardzo dużo. Tłumaczmy, rozmawiajmy, a w razie potrzeby zaznaczajmy jasno granicę.

Przede wszystkim jednak po prostu nie dokładajmy dzieciom. Pozwólmy im budować własną relację z jedzeniem i słodyczami i nie dosypujmy tam dodatkowych trudnych emocji – miłości, akceptacji, złości, poczucia winy.

Dziękuję za rozmowę.

Nie dokładajmy sobie, stresując się pustą lodówką, presją czasu, czy sprzątaniem. Wielofunkcyjny sprzęt pozwoli na przygotowanie posiłków – gotowanie na parze, blendowanie, siekanie – w krótkim czasie. Nie zajmuje wiele miejsca, więc automatycznie i bałagan po gotowaniu jest jakby nieco łatwiejszy do ujarzmienia. Gdy mamy możliwość, przygotujmy większą porcję i odłóżmy ją do hermetycznie zamykanych pojemniczków. Obiad można odgrzać następnego dnia, owoce – przerobić na koktajl, a porcje zupy czy pulpetów schować do zamrażarki na „czarną godzinę”.

Beaba Babycook / zestaw szklanych pojemników Beaba

*

Zuzanna Wędołowskapomaga rodzicom zamienić ich dzieci w Małych Smakoszy, dietetyczka i psycholożka, autorka bloga Szpinak Robi Bleee. Autorka kompleksowego przewodnika po rozszerzaniu diety Planer Smaków. Wspiera rodziców na każdym etapie żywienia dzieci, uczy o jedzeniu pozytywnym, świadomym i przyjemnym.

*

Jakie emocje towarzyszą wam przy rozszerzaniu diety maluchów? Macie swoje sprawdzone strategie na radzenie sobie z nimi na co dzień i w podbramkowych sytuacjach? Podzielcie się w komentarzach!

Artykuł powstał we współpracy z markami Beaba, EZPZ, Lassig, Toddlekind.

Dodaj komentarz