kosmetyczka mamy

Kosmetyczka Bożeny Kowalkowskiej

Wszystko w porządku!

Kosmetyczka Bożeny Kowalkowskiej
Edyta Leszczak

Ze wszech miar porządna. Tyle, że klnie jak szewc. Poza tym Bożena to anioł, a nie bohaterka. Nieproszona wchodzi do wanny i ewidentnie lubi się z obiektywem. Czubi się tylko z chaosem.

Wszechstronna – w życiu i w pielęgnacji. Na opakowaniu jest napisane: peeling do ciała? Bożena Kowalkowska wypróbuje go na ustach, a pewnie i całej twarzy. Krem do twarzy wklepie w udo, a sztyft do ciała przeciągnie po nosie, wymasuje nim skórę pod oczami i czoło. Ubrania, w których wystąpiła w sesji, uszyła samodzielnie, a jakże! Mało? Właśnie kończy swoją drugą książkę, gdzieś pomiędzy rozmową o kosmetykach i odebraniem dzieci z placówek. Tak więc raz jeszcze przedstawiam bohaterkę tego wydania kosmetyczki, którą jest pisarka, wydawczyni, odzyskiwaczka czasu, oraz matka 9-letniej Marianny i 6-letniego Tadeusza, Bożena Kowalkowska. Niezłomna, bo tylko czasem, malutko, prawie nigdy zdarza jej się (fotogenicznie) opaść z sił.

Kiedyś miałam dwa kremy na krzyż, którymi opędzałam całe ciało i bardzo byłam z tego dumna – rozpoczyna swoją pielęgnacyjną opowieść Bożena. Wiek i potrzeby skóry (kończę w tym roku 40 lat) robią swoje – wiadomo, ale moja zmiana ma związek z tym, czym zajmuję się od kilku lat zawodowo. A mianowicie odzyskuję czas. Tak, dobrze czytacie – odzyskuję czas! Wśród wielu potrzeb typu: chcę mieć czas na pasję, na spotkania z bliskimi, na samorozwój czy na czytanie książek, była też potrzeba dbania o swoje ciało. Zastanawiałam się kiedyś, czy fakt, że kosmetyków mi przybywa, a nie ubywa, świadczy o pogorszeniu czy polepszeniu mojego stanu psychicznego, ale doszłam do wniosku, że jednak to drugie. Bo dla mnie rytuały pielęgnacyjne to chyba najprostszy sposób na gloryfikowanie swojej kobiecości – kwituje Bożena i przechodzi do skrupulatnego opisu swojej rutyny. Oddaję jej głos.

RANO…

… ratuje mnie tylko rutyna. Z natury jestem sową, więc kiedy rano mało przytomna snuję się po kuchni, pielęgnacja musi mieć swój porządek. Prawda jest taka, że w ogóle jestem rutyniarą, jeśli chodzi o kosmetyki. Ciągle krążę wokół tych samych form, tylko co jakiś czas zmieniając markę. Obecnie odkrywam Lost with Botanicals i raczej pozostanę przy niej na dłużej. Pasuje mi to, że wszystko odbywa się we wspomnianej kuchni. Kosmetyki są naturalne i muszą być przechowywane w zimnym miejscu, więc na najwyższej półce lodówki trzymam bambusowe pudełko z trzema szklanymi buteleczkami, które robią mi cały ranek. Na pierwszy ogień idzie tonik Juice in Motion, który jest lekko oleisty, dzięki czemu pozostawia na skórze miłą i świeżą warstwę. Kiedy zabieram się za zaparzanie kawy, jednocześnie sięgam po Booster z witaminą C. To combo składników aktywnych, więc od samego rana mam poczucie, że zrobiłam dla siebie coś bardzo dobrego. Na koniec idzie serum antyoksydacyjne Cream in the City, które zastępuje też krem. Kręcę się więc po kuchni, między grzanką a owsianką i cała zadowolona oklepuję sobie buzię. W naszej rodzinie wszyscy, poza mężem, mają bardzo wyczulony zmysł węchu, więc dzieci obserwują mnie z lekkim zdziwieniem i dziko obwąchują, zgadując skład. Ja w każdym razie uwielbiam te zapachy, bo są niebanalnie dzikie i bogate.

TUŻ PRZED…

… chciałabym powiedzieć, że tuż przed wyjściem do pracy, ale czasy są, jakie są i prawdziwiej będzie jeśli powiem – tuż przed tym, jak zasiądę przed ekran komputera, robię sobie makijaż. Nie ważne, czy mam tego dnia jakieś spotkania i konsultacje, czy nie. Makijaż robię dla siebie, traktuję go jako rytuał przejścia, między mną – mamą, żoną, sąsiadką a kobietą, która jest w pracy. Co ciekawe, im bardziej się starzeję, tym mniej makijażu potrzebuję. Absolutnie wystarcza mi krem myBBcream Miya, nie potrzebuję żadnego dodatkowego pudru czy podkładu. Cały makijaż robi mi tak naprawdę rozświetlacz mineralny Diamond Glow i róż Lily Glow od Annabelle Minerals. Robię trzy ruchy pędzlem w okolicy kości policzkowych i już wyglądam fajnie. Na koniec obowiązkowo na usta krem wszech czasów, czyli nieśmiertelna Nivea i za uszy – perfumy Comme des Garcons, których niezmiennie używam od kilku lat i traktuję już jako swój osobisty zapach.

Aha, jak ma być jakoś bardziej wyjściowo, to sięgam po Khôl Guerlain. To eyeliner w proszku ze skoncentrowanym pigmentem, który nakłada się za pomocą załączonego patyczka przy zamkniętym oku, jednym sprawnym ruchem, od kącika do kącika. Prawie 15 lat temu podarowała mi go Iwona, dla której pracowałam w niszowym magazynie modowym A4 i z tego też względu jest dla mnie bezcenny.

CODZIENNIE…

… biorę szybki prysznic. Pamiętam, jak kilka lat temu w jednym z wywiadów przeczytałam, że Anja Rubik nie znosi żeli pod prysznic i używa tylko mydła w kostce. Byłam wtedy na etapie zachwycania się drogeryjnymi żelami o zapachu wszystkiego, więc niemal było mi jej żal. Aż tu nagle moja serdeczna przyjaciółka Irena postanowiła razem z siostrą hobbistycznie kręcić w domu mydła. A że dziewczyny nie lubią nudy, to w swojej Ziołotece robią prawdziwe cuda, korzystając głównie z tego, co same zebrały z łąk i pól. Jak tylko dostałam ich mydła, to przepadłam. Teraz uznaję wyłącznie kostkę i w końcu rozumiem Anję. Jedyny kłopot jest taki, że Irena z Olą ciągle eksplorują nowe kombinacje i jak chcę czasem wrócić po ulubioną kompozycję, mówią: eee, daj spokój, tamto już mi się znudziło, teraz to my robimy inne, jeszcze fajniejsze. Tak więc kostki są u mnie ciągle w ruchu, uwielbiam obdarowywać nim innych i czasem mam wrażenie, że cierpię już na jakąś mydlaną obsesję.

Do kolekcji kostek dołączyło nie mydło, ale emulsja do higieny intymnej Naga, które ma w naszej łazience swoje specjalne miejsce. Lubię jego wielkość, kształt, no i bardzo delikatny, ledwo wyczuwalny zapach.

Moją drugą obsesją są peelingi. Nie wiem, o co w tym chodzi, czy to są jakieś głębokie potrzeby bodźców sensorycznych, czy ukryty i wyparty wstyd, który chcę z siebie zetrzeć, ale uwielbiam to całe tarcie. Potrzeba ścierania jest we mnie tak silna, że w momencie, w którym kończył mi się peeling, sięgałam po zwyczajny pumeks i z zapałem szorowałam nim łydki. Zabieg uskuteczniam prawie codziennie, więc potrzebuję czegoś, co z jednej strony da mi poczucie ścierania, a z drugiej nie obedrze mnie ze skóry. Wygładzający peeling z brzozy Weledy jest póki co idealny, no i jak się domyślacie, pięknie pachnie. Kiedy potrzebuję, żeby było mocniej, zakładam jutowo-konopną rękawicę Ministerstwa Dobrego Mydła i cała jestem zadowolona. Do niedawna używałam szczotki do masażu na mokro, którą kupiłam w Pracowni pędzli i szczotek na Poznańskiej w Warszawie, ale kilka dni temu mój mąż postanowił wyszorować nią wszystkie nasze rowery po zimie i uznałam, że to chyba czas na zmianę. Jak już się tak natrę i wytrę, to muszę się oczywiście natłuścić. I tu wspaniale sprawdza się Szafran Ministerstwa Dobrego Mydła – mus do ciała, dla którego zdradziłam masła Yope. Jakimś cudem ten cały szafranowy mus potrafi tak natłuścić moją skórę, że w ogóle nie wysycham, pomimo częstego jednak tarcia.

W CIĄGU DNIA…

… sięgam po bardzo proste, niemal symboliczne rytuały. Pierwszym jest kremowanie rąk. Niedawno napisałam poradnik o tym, jak odzyskiwać czas i odezwała się do mnie dziewczyna, z którą dzieliłam szpitalną salę 27 lat temu! Przeczytała książkę i w podzięce wysłała mi z Niemiec, w których teraz mieszka, swój ulubiony krem do rąk Hopery. To bardziej emulsja niż krem, ale wchłania się w mig. No i jak pachnie!

Tak więc smaruję sobie dłonie kilka razy dziennie, a na biurku, przy którym piszę, zawsze mam odpalony aromadyfuzor, bo jak już wspomniałam – mną rządzą zapachy. Poruszam się w obrębie tych samych olejków: lawenda, eukaliptus, bergamotka, dzika pomarańcza. A jak już czuję przeciążenie, sięgam po takie coś, czego nie umiem nawet dobrze nazwać. Kulka z olejkami eterycznymi, którą masuje się skronie, przeguby dłoni albo inne „pulsujące” miejsca. Wydajne, małe, jeździ ze mną wszędzie, świetne na odstresowanie.

A teraz coś z innej beczki. Mam w domu balsam w sztyfcie Ministerstwa Dobrego Mydła o zapachu śliwki – zapach, wiadomo! To stosunkowo nowa rzecz, którą odkryłam na dziewczyńskim wyjeździe na biegówki, który odbył się jakiś czas temu. Moja listopadowa siostra Joanna miała taki sztyft i wszystkie po kolei, jak jeden mąż smarowałyśmy sobie nim twarz, dłonie a nawet usta, tuż przed wyjściem w teren (spałyśmy w jednym łóżku, więc co za różnica w używaniu tego samego sztyftu na twarz, co nie?). Teraz taki sztyft mam i ja, i owszem – maznę się nim tu i tam, ale głównie smaruję nim buzie dzieci, jak tylko zakręcą mi się w okolicy biurka. Bo one nie lubią niczego, co jest tłuste i śliskie, więc chodzą z takimi zasuszonymi polikami. Ale odkąd mam ten sztyft, mówię tylko: trochę śliweczki? I od razu chętnie wystawiają mordki. Także kocham.

WIECZOREM…

… kiedy gaszę światło w kuchni, wyciągam z lodówki tonik z mojej porannej rutyny i oczyszczam twarz. Prosto z kuchni ruszam na wieczorne czytanie bajek dzieciom. Po trzecim „a przeczytasz jeszcze jedną książkę?”, w końcu znajduję w sobie siłę, żeby powiedzieć: „nie!”. To dla mnie duży kłopot, bo książek nigdy nie mam dość i łatwo mnie namówić na przeczytanie 100-stronicowej książki ciurkiem. Ale dość tego, łazienka wzywa. Na noc nakładam na twarz serum do twarzy Eternal Gold Organique, a ponieważ w składzie jest złoto koloidalne, zastanawiam się ostatnio, czy jest sens rozświetlać się na noc,
kiedy nikt tego nie zobaczy, nawet ja sama. Bo faktycznie buzia po serum jest bardzo ładnie rozświetlona. Potem nakładam kultowy już krem Skin Food Weledy na twarz i masło do ciała Skin Food Weledy o zapachu ziół. Z tymi kremami mam zresztą tak, że zazwyczaj zabieram je do łóżka. Często wybudzam się w środku nocy na jakąś godzinę, czasem dwie (co zresztą bardzo sobie cenię, bo zakładam wtedy czołówkę na głowę i w ciszy czytam książki) i lubię sobie wtedy maznąć ciało jeszcze jedną warstwą Skin Fooda.

RAZ NA KILKA DNI…

… wskakuję do wanny. Czekam na te momenty z wytęsknieniem. Warunek jest jeden – w domu musi być cisza. W czasach, kiedy na świecie było jeszcze normalnie, potrafiłam porozwozić dzieci tu i tam, a potem zaryglować drzwi do domu, zaciągnąć roletę w łazience i działo się. Teraz wyczekuję momentu, kiedy wszyscy idą spać. Jak poczuję, że to jest ten dzień, potrafię czekać nawet do północy. W zależności od nastroju w ruch idą świeczki, koniecznie zapachowe (kadzidło Yope to mój ulubieniec) albo komputer z serialem. Jeden 45-minutowy odcinek i jestem jak nowa. Zaczynam od twarzy i tu Chałwa pasta peelingująca wchodzi na całego. Bo niby ma być tylko twarz, ale szczerze mówiąc, nacieram się nią calusieńka. Potem klasyczne mycie głowy, zwykłym drogeryjnym szamponem, i nakładanie na włosy odżywki. Zimą używam Mleka owsianego od Yope, latem Świeżej trawy.

Włosy spięte, czyli na twarz wchodzi maska. Teraz testuję porcelanową maskę od Organique, która przyjemnie chłodzi i koi skórę po moich interwencjach. Serial trwa, więc zabieram się za manicure. Tak, zawsze robię go w wannie, na mokro. Przysięgam, że na sucho nie umiem. Z tego typu kąpieli wychodzę pachnąca jak słodka bułeczka (ta chałwa to słodkość nad słodkościami). Finiszuję, powtarzając wieczorną rutynę twarzy i taka rozgrzana, mięciutka i pachnąca wskakuję do łóżka. Bo, jak dla mnie, każdy rytuał pielęgnacyjny jest fajny, ale i tak najbardziej służy mi długi, porządny sen.

Dodaj komentarz