Przedsiębiorcze kobiety versus przesyt

Trzy rozmowy na jeden temat

Dziś o działaniach, które nasiąknięte są ideą: less is more. Trzy różne dziedziny, trzy różne sposoby wykorzystania czegoś już istniejącego do dalszych celów. Za wszystkimi stoją kobiety.

Przesycony, przebodźcowany świat coraz częściej i wyraźniej szuka ratunku w minimalizmie. Idąc różnymi tropami, znalazłam kobiety, których działania biznesowe odczytuję jako wartościowe i wprowadzające harmonię. Myślę, że i wy nie pozostaniecie na nie obojętne. Zapraszam na marcowy trójgłos

*

Ala i Marysia zajmują się rodzinną marką zabawkową Chockiklocki, której ofertę stanowią układanki odwzorowane na pracy dyplomowej ich mamy. Małgorzata Tyc sprzeciwiła się tandetnemu bogactwo lat dziewięćdziesiątych i stworzyła kolekcję zabawek dla swoich córek, która nie tylko pozwoliła jej z sukcesem zakończyć studia na wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych, ale zyskała uznanie potwierdzone nagrodami i nadal podsuwana jest studentom, jako wzór do naśladowania. Drewniane zwierzęta do składania wyróżniają się na tle rynkowej oferty historią, designem i wykonaniem. Dziewczyny słusznie zauważyły, że rynek zabawek nadal potrzebuje wsparcia, jestem im za to wdzięczna. O ich działaniach opowiedziała mi Ala Klekot, zapraszam.

Opowiedz proszę, skąd się wzięły Chockiklocki?

Nasza historia rozpoczęła się ponad 30 lat temu. Miała swoje dwa ważne momenty zwrotne: pierwszy w 1986 roku – pojawienie się na świecie Marysi, drugi w 1989 roku – Ali.

Młoda studentka Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu wydziału Grafiki Małgorzata Tyc-Klekot w nowej roli, bo nie tylko rozwijającej się artystki konceptualnej i graficzki, ale i młodej mamyzauważyła pewną bardzo ważną potrzebę i ogromną lukę, jaką jest świadoma edukacja dzieci poprzez zabawę i dobrze zaprojektowany do tego element. Lata 90-te to plastikowy boom; brak uważności dla projektów skierowanych dla dzieci, ich wykonania i materiałów. O ekologicznych nie było nawet co marzyć! Ponieważ żaden dostępny na polskim rynku produkt nie spełniał tych wymogów, nasza mama postanowiła stworzyć, dla mojej siostry i dla mnie, taką właśnie zabawkę! A dokładnie całą edukacyjną kolekcję Zwierzęta Świata. Pojawiła się idea i projekt pracy dyplomowej, zakładający nie tylko efekt, jakim są ręcznie wycinane drewniane zwierzęta, ale także całą jego plastyczną otoczkę: opakowania-torebki ze starannie zaprojektowanymi i wykonanymi grafikami – do tej pory odciskanymi na ręcznej prasie zaciskowej, skrzyneczki i ich oznaczenia z podziałem na strefy geograficzne, zestawy dopasowane do naturalnych terenów występowania nietypowych zwierząt.

Okazuje się, że Chockiklocki do tej pory są przedstawiane młodym projektantom jako przykład dobrego polskiego wzornictwa oraz, kiełkującego w tamtym czasie, pojęcia brandingu.

W ofercie macie tylko owe stadko stworzone przez waszą mamę, nie korciło was, żeby zrobić więcej?

Cała kolekcja jest pracą dyplomową naszej mamy. Każdy detal, każda linia i cięcie, grafika, gatunek i strefa geograficzna, opakowanie, oznaczenie są starannie przemyślane – w tamtych czasach to było totalnie nowatorskie podejście. Projekt jest na tyle kompletny jak i rozbudowany – w kolekcji jest 50 zwierząt – że nie staramy się go powiększać. Projekt traktujemy bardzo osobiście, z szacunku dla idei i historii, chcemy, aby pozostał w swojej początkowej wersji.

Od czasu do czasu, na indywidualną prośbę, wykonujemy dodatkowe zwierzęta (mamuty, żaba, mały dinozaur), ale traktujemy to jako limitowane edycje i w gruncie rzeczy jest to osobne dzieło sztuki. Ostatnio… 15 lat temu zostały zaprojektowane i dodane trzy zestawy: polskie zwierzęta, czyli jeleń, żubr, dzik i zestaw koni z mustangiem, arabem, sheirem i źrebakiem oraz zestaw ze strefy indyjskiej: słoń, tygrys i nosorożec pancerny.

Zabawkowe less is more ma sens?

Nareszcie jesteśmy rozumiani! (śmiech). Oczywiście ma ogromny sens i chyba jest to nasz jedyny ratunek w środowisku zalewanym przez fale plastiku i bylejakości. Biodegradowalne surowce, minimalistyczne ale zgodne z anatomiczną budową cięcia układanki, brak zbytecznych ozdobników, brak przekłamanych kształtów, krzykliwych kolorów… Dzieci powinny być traktowane jako inteligentni odbiorcy sztuki i edukacji. Sposób w jaki je kształcimy, oraz przedmioty jakimi się otaczają, czyli jakie my im dostarczamy, w szczególności w najmłodszych latach kierunkuje ich podejście do świata. Należy pozostawić im tę sferę wyobraźni, kreatywności z jaką podchodzą do zabawy, jedynie podpowiadając kierunek.

Nasze zabawki stworzone są po to, aby służyły latami, aby je mieszać i układać na nowo, tworząc intelektualną łamigłówkę i element integracji – czy to pomiędzy dziećmi, czy w relacji dziecko-rodzic. Nie jest to kolekcja dla samego posiadania, projekt ma żyć, uczyć i bawić kolejne pokolenia. Cztery elementy klocków po wymieszaniu, nie są już tak bardzo oczywiste i to jest magia tej zabawy.

Zabawka dla pokoleń i, dzięki swej naturalności, na pokolenia. 

Jesteśmy bardzo poruszone, nie wspominając o naszej mamie, która stara się to skrzętnie ukryć, gdy przychodzą do nas, już teraz, młodzi rodzice i wspominają swoje pierwsze chockiklocki z dzieciństwa. Jak je wybierali, z jakimi dylematami te wybory były związane, potrafią powiedzieć dokładnie jakie to było zwierzę. Śmieją się, jak zafascynowani byli kiwi, legwanem, czy pancernikiem. Taka jest nasza misja – zabawki edukacyjne nie tylko dla dzieci, które tworzą swoją własną historię przez lata!

Pamiętasz, jak bawiłyście się tymi klockami jako dzieci?

Chockiklocki to nasze dzieciństwo! Potrafiłyśmy z Marysią rozpoznawać rozłożone na elementy zwierzę po kształcie na przykład nogi…

Jesteśmy rodziną artystów, zarówno mama i jak tato są artystami – grafikami, i  pamiętam jak dzieci patrzyły na nas jak na kosmitów: mama nie w butach na obcasach, nie w garsonce, rodzice odwożący nas do przedszkola na rowerach, wakacje w oldschoolowym volkswagenie T1 z dosłownie wszystkim (nocnikami, rowerami, garnkami, namiotami), bajki Astrid Lindgren zamiast disneyowskich księżniczek, „Ronja, córka zbójnika”!

Koleżanki zawsze dostawały na swoje urodziny od nas jeden z chockówklocków – mały manifest mamy przeciwko zalewającej fali kiczowatych, plastikowych, krzykliwie kolorowych i niepotrzebnych przedmiotów opisanych made in China. Nie powiem, nie było łatwo, bo wszystkie dzieci i ich rodzice szli z modą po komunistycznych ograniczeniach, my byliśmy inni. Inność dla dziecka nie zawsze idzie w parze ze zrozumieniem przez rówieśników, mama mocno i bardzo mądrze walczyła o nas, aby filozofia wychowania w poszanowaniu dla innych, inności i różności środowiska przyświecała nam drogę w dorosłym życiu. I warto było!

Od Chockówklocków, ich stref geograficznych, rzadko wspomnianych gdzie indziej gatunkach zwierząt (tapir, rosomak itp.) rozpoczęła się moja przygoda z podróżami, etnologią oraz edukacją – oprócz Chockówklocków prowadzę antropologiczne podróże dla ludzi o ideologicznym podejściu do świata i jego ekosystemu.

Jaką wartość ma dla was wasz biznes?

Zdecydowanie sentymentalną. Może trochę naiwnie, ale wierzymy z siostrą, że energia jaką w sobie ma projekt, jego historia i idea CHOCKÓWKLOCKÓW trafi i zostanie doceniona przez współczesnych rodziców oraz świadomych odbiorców, bo to nie tylko zabawki dla dzieci! Kolekcję kierujemy ją także do świadomych nauczycieli, bardzo bliska nam jest idea stworzona przez Marię Montessori.

Chockiklocki zdecydowanie wyprzedziły swoją epokę, myślę, że teraz powstaje nowa, świadoma forma rodzicielstwa jak i uważności dla idei w polskim designie. Zawracamy do sprawdzonych już modeli życia, tych bliżej natury z poszanowaniem dla jakości i bliskości… i kto wie, może to jest dopiero teraz ten moment dla idei naszej mamy sprzed 30 lat!

Dziękuję za rozmowę i ukłony dla Autorki kolekcji!

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

*

Wiem, że konsumpcjonizm, to uzależnienie na które choruje większość z nas. Kupujemy, wyrzucamy, topiąc naszą planetę w morzu śmieci. Marki odzieżowe, zwłaszcza te sieciowe, zdają się nie widzieć konsekwencji zalewania rynku tanią odzieżą marnej jakości, czyli szmatą na chwilę. Justyna Konczewska, założycielka sklepu z odzieżą Crush, postanowiła wykorzystać potencjał tych rzeczy, których jakość pozwala na znalezienie kolejnych właścicieli, kiedy pierwsi poczuli już do nich niechęć. Lubię dawać rzeczom drugie życie i lubię sklep Justyny, która stworzyła przyjemny klimat eleganckich zakupów, serwując dobrą selekcję w przyjaznych cenach. 

Biznes modowy jest jednym z najbardziej szkodliwych dla planety, świat utonął w szmatach, Ty wprowadzasz w obieg, rzeczy, których ktoś już nie chce, a komuś innemu nadal mogą dobrze służyć. Czujesz misję?

Na samym początku nie myślałam o tym w ten sposób. Crush powstał spontanicznie, jako przedłużenie ciuchowisk dla znajomych, które odkąd pamiętam, cyklicznie organizowałam u siebie w domu. Koncept rozwijał się organicznie, wiele rzeczy robiłam intuicyjnie. Dopiero później dotarło do mnie, że to co dzieje się w Crushu bardzo wpisuje się w ideę ekozakupów. Dziewczyny przynosząc ubrania, często opowiadają ich historie, że był to nieudany prezent, zakup pod wpływem impulsu albo wymarzona rzecz, która jednak z jakiegoś powodu nie pasowała. Po chwili przychodzi zupełnie inna dziewczyna, która ma inny styl, inną figurę, zakłada ten sam ciuch i okazuje się, że na niej leży idealnie, a ona wygląda i czuje się świetnie. Wtedy czuję rodzaj misji.

Kiedyś były komisy, potem pojawiły się lumpeksy, jak osadziłabyś Crusha?

W Paryżu, oprócz wielu popularnych sklepów vintage, istnieją także tzw Dépôt-vente (od słowa depozyt). Myślę, że właśnie do nich jest mi najbliżej, kiedy dziewczyny pytają mnie o zasady funkcjonowania Crusha, bardzo lubię odpowiadać, że działa on na zasadach oldschoolowego komisu. Jest w tym coś przewrotnego, bo komis kojarzy się z czymś staromodnym, a ja bardzo dbam o to, żeby w Crushu panowała atmosfera luksusowego concept store’u. Żeby wnętrze było minimalistyczne, w powietrzu unosił się piękny zapach, a ubrania były starannie wyselekcjonowane.

Jak rozumiesz ideę: less is more?

Less is more to dla mnie mindset, życie w duchu: być zamiast mieć. Nie otaczanie się dużą ilością niepotrzebnych rzeczy, które miałyby nas definiować. Z tego powodu z dystansem przyglądam się ciągle zmieniającym się modom na różne nowe akcesoria. W Crushu nie interesują mnie trendy – to po prostu piękne przedmioty dobrej jakości. Less is more, to też zakupy w fajnej atmosferze, bez pośpiechu oraz lokalność, która w świecie, w którym mamy poczucie łatwego dostępu do wszystkiego, jest prawdziwym luksusem.

Znasz swoje klientki, czy im ten ekozakupowy system też jest bliski, czy to raczej bardziej polowanie na coś extra w niższej cenie?

Myślę, że dziewczyny przychodzą do Crusha przede wszystkim po to, żeby kupić fajne ubrania. Ale cieszy mnie, że coraz częściej słyszę, że zakupy w Crushu mają dla nich tę dodatkową wartość.

Myślisz, że takie świadome kupowanie to coś, co wpisze się w naszą codzienność, czy będzie tylko chwilową modą?

Na pewno możemy mówić o trendzie na ekologię. Myślę jednak, że to nie jest moda, która przeminie bez echa. Nasze podejście do zakupów poważnie się zmienia, możemy obserwować wiele ciekawych inicjatyw z tym związanych. Fajnie, że Crush może być częścią tych zmian.

Jak kupujesz dla siebie?

W swojej szafie mam tak naprawdę bardzo mało ubrań. Mimo tego, mój styl jest różnorodny, bardzo lubię się przebierać i łączyć ze sobą nietypowe ubrania. Nie oznacza to jednak, że muszę mieć ich w szafie dużo. Nie przywiązuję się do przedmiotów i jeśli z jakiegoś powodu przestaje nosić daną rzecz to z przyjemnością wstawiam ją do Crusha.

 

*

Zdradzę wam, od czego zaczynam 5 dni tygodnia, od tworzonego z myślą o kobietach newslettera newsme.pl. To 5 informacji poszerzonych o tło tematu i komentarz redaktorek: Magdy Garbacz- Kajdy, z zawodu radczyni prawnej, i Agaty Kubasiewicz, PR-owca, tłumaczki i przedsiębiorczymi. W czasach, gdy dziennikarstwo traci nasze zaufanie, a news jest ważny tylko przez 5 minut, łatwo dać się wytrącić z równowagi i stracić zainteresowanie otaczającym nas światem. A tego zrobić nam nie można. 

Internet zalał nas newsami, czasem trudno oddzielić ziarno od plew, Wy postawiłyście sobie to za cel, skąd taki pomysł?

Zauważyłyśmy w swoim najbliższym otoczeniu, a potem także u koleżanek naszych koleżanek, że kobiety przestają się interesować tym, co się dookoła nich dzieje. Częściowo dlatego, że nie mają czasu na wertowanie portali newsowych, częściowo dlatego, że agresywny przekaz je irytuje, ale też dlatego, że postanowiły ograniczać bodźce – detoks informacyjny. My tymczasem głęboko wierzymy, że wiedza o tym, co wokół, ma znaczenie. Że świadome, obywatelskie postawy są tym, co większość z nas chciałaby prezentować. Tylko nie zawsze mamy taką możliwość. Postanowiłyśmy więc z informacjami docierać do dziewczyn w prosty, nienachalny sposób. I ogarnąć dla nich fragment rzeczywistości.

Co zaważa na selekcji wiadomości?

Priorytetem jest ukazanie pełnego obrazu. Czyli tego, co dzieje się w Polsce i na świecie. W polityce, gospodarce, sporcie, kulturze, czasami sztuce, czy nowych technologiach. Wybieramy informacje, które są ważne dla wszystkich naszych czytelniczek, unikamy tematów lokalnych. Piszemy też o tym, co obiega media, żeby dziewczyny, które nas czytają nie zostały przez nikogo zaskoczone pytaniem, na które nie będą znały odpowiedzi. I zawsze chwalimy się sukcesami Polaków.

Jak myślicie, co dziś ma większe znaczenie w dziennikarstwie: rzetelność czy bycie pierwszym, bo news jest newsem tylko 5 minut? Jakie media cieszą się waszym uznaniem?

Dla nas ważne jest oddzielanie newsa od opinii na jego temat, czyli naszego komentarza. Tak, żeby czytelniczka wiedziała, co jest faktem, a co już komentowaniem rzeczywistości przez kogoś. Dlatego na własną opinię pozwalamy sobie w NASZYM KOMENTARZU. A piszemy go po to, żeby czytelniczkę przy newsie na chwilę zatrzymać. Pobudzić do refleksji. Albo sprowokować uśmiech na twarzy. Naszym uznaniem cieszą się wszystkie źródła, z których korzystamy. A jest ich naprawdę wiele, polsko- i angielskojęzycznych.

Jak rozumiałybyście, w kontekście bycia poinformowanym, ideę: less is more? 

Mniej wysiłku, więcej wiedzy o tym, co dzieje się dookoła. I to jest dokładnie to, co oferujemy naszym czytelniczkom. Mówiąc im wprost: Nie masz czasu? Nie szkodzi. Wciąż możesz wiedzieć. Ale ta idea przejawia się także w minimalistycznej formie naszego newslettera, całkowicie pozbawionego obrazków, zbudowanego jedynie na soczystej treści, która daje możliwość zapoznania się z informacjami w pełnym skupieniu. A na jego przeczytanie wystarczy poświęcić 5 minut.

Ile czasu zajmuje Wam przygotowanie jednego newslettera? Musicie wybrać wiadomości, przygotować ich szerszy kontekst, zredagować do shortów i dopisać autorski komentarz, wszystko to razy pięć brzmi jak praca na etat…

I tak jest (śmiech). Ale podobno, jak się robi to, co się kocha, to nawet zmęczenia się za bardzo nie odczuwa.

Jak odbierają was czytelniczki? Czego oczekują?

Mamy z nimi serdeczną relację. Dostajemy mnóstwo maili. Głównie z podziękowaniami. Za pomysł, wykonanie, codzienną pracę. Bardzo nas to niesie. Stawiamy na szczerą, otwartą relację. Dlatego lubimy maile, które zaczynają się od słów: Dziewczyny, zupełnie się z Wami nie zgadzam w tym komentarzu. To jest megawartość dla nas, że ktoś myśli inaczej i jeszcze chciało mu się o tym napisać. W naszej relacji z czytelniczkami cudowne jest też to, że maile do nas zaczynają najczęściej właśnie od słowa: Dziewczyny, a nie żadne Droga redakcjo. To chyba świadczy o tym, że się lubimy.

Fot. Monika Szałek

Udało mi się was zaskoczyć czy wszyscy już doskonale znacie działania moich rozmówczyń? Podsuńcie proszę biznesy, których system wartości jest dla was ważny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.