rozmowa o macierzyństwie

Katarzyna Błażejewska-Stuhr: Byłabym spokojniejsza, gdyby moje dzieci żyły w państwie bez podziałów.

Rozmowa o macierzyństwie w trudnych czasach

Katarzyna Błażejewska-Stuhr: Byłabym spokojniejsza, gdyby moje dzieci żyły w państwie bez podziałów.
Archiwum prywatne

Staramy się obudzić w synach silną empatię dla słabszych. Tłumaczymy, że powinni stawać w obronie słabszych, bo my zawsze staniemy w ich obronie – mówi o wychowaniu dzieci Katarzyna Błażejewska-Stuhr.

Katarzyna Błażejewska-Stuhr, mama Stasia (10 lat) i Tadzia (6 lat), a także żona Macieja Stuhra, wraz z rodziną od ponad roku aktywnie pomaga uchodźcom na granicy polsko-białoruskiej. Podczas największej fali uchodźców z Ukrainy jej dom był wypełniony do ostatniego metra. „Czasem spaliśmy pokotem na podłodze” – wspomina. 

Rozmawiamy z nią o macierzyństwie, o tym, jak pomagając uchodźcom, radziła sobie emocjonalnie, czy w byciu non stop dla innych można się wypalić i jak w tym otwartym domu odnaleźli się jej synowie. A także o tym, czego potrzebuje, patrząc na otaczającą rzeczywistość, by móc myśleć o spokojnym dzieciństwie synów.

Jaką jest pani mamą?

W moim życiu zawsze dużo się dzieje. Projekty, szkolenia, warsztaty. Podobnie w życiu męża. Maciek czasem wyjeżdża na plan zdjęciowy na trzy miesiące, a czasem jest w domu kilka tygodni. Dlatego dbam o rytuały, nawet niewielkie, np. wspólne śniadania albo kolacje. Robię raz na kwartał wagary i dzień na przyjemności mamy z synem. Staram się też o czas na świeżym powietrzu. Wieczorami razem czytamy. Bardzo cieszę się z tych wspólnych chwil. 

Ciężko żyje się na świeczniku? Pytam w kontekście choćby ostatniej sytuacji, w której plotkarskie portale obarczyły winą za to, co zrobił Jerzy Stuhr, nie jego samego, ale Macieja. 

Obwinianie dziecka za błędy rodziców jest dla mnie nielogiczne. To z punktu widzenia wychowawczego, i w ogóle życiowego, nie ma sensu. O ile w postępowaniu dziecka można dopatrywać się błędów wychowawczych rodzica, o tyle w drugą stronę jest to niezrozumiałe. Staramy się o tym nie myśleć, żyjemy obok. 

Jak to wygląda na co dzień? Spotyka się pani z zaskoczeniem, że „żona Stuhra robi zakupy w warzywniaku!”? (śmiech)

Może czasem ktoś mi się bardziej przygląda, ale nie zwracam na to uwagi. Odczuwam za to, pewnie jak wszystkie matki czy w ogóle kobiety w Polsce, olbrzymią presję. Dlatego bliska jest mi Natalia de Barbaro i jej „Czuła przewodniczka”. To wielka pomoc dla wszystkich kobiet. Nie cierpię wtłaczania kobiet w koleiny ogarniania wszystkiego – pracy, domu, dzieci. Staram się z nich wychodzić. A także pokazywać synom, że nie ma różnic w podziale obowiązków miedzy kobietami i mężczyznami. I że mamy takie same prawa. 

Matka z PTSD

W poruszającej książce Agnieszki Jucewicz „Czasem czuję mocniej”, o depresji i innych chorobach psychicznych, otwarcie opowiedziała pani o doświadczeniu PTSD. Nie bała się pani, że zostanie to źle odebrane? 

Zaczęło się od tego, że publicznie powiedziałam o mojej depresji. Uważam, że trzeba ją normalizować. Wtedy odezwała się do mnie Agnieszka i poprosiła o wywiad do książki. Każdej innej osobie odmówiłabym, ale ją cenię jako reporterkę i pisarkę. Oczywiście bałam się, że moje wyznanie zostanie źle zinterpretowane. Skoro pytała mnie pani o życie na świeczniku, to jest to właśnie jedna z bolączek. Intencje przypisywane naszym wypowiedziom bywają przeinaczane. Ale Agnieszka przekonywała mnie, jak ważne jest dla niej pokazanie, że PTSD może mieć zupełnie inny wymiar niż to, co sobie wyobrażamy. 

Kojarzy nam się z żołnierzami po traumatycznych doświadczeniach wojennych. A tu kobieta, matka z PTSD.

Wcześniej o swoim PTSD napisała też Grażyna Jagielska. Jej mąż wyjeżdżał jako reporter w miejsca ogarnięte wojną, a ona cierpiała w domu. Ja po rozstaniu z tatą starszego syna miałam trudny czas. Kilka lat napięć, rozdzielenia nas, niepewności spowodowało, że moje ciało przestało sobie radzić z ogromem stresu. Wtedy przekonałam się, jak ważne jest wsparcie bliskich. A także psychologiczne i farmakologiczne. Wszystko po to, by nie zostawić po sobie spalonej ziemi, ale dalej funkcjonować. 

Nauczyliśmy się radzić sobie same z trudnościami. Unikamy sięgania po pomoc, aż dochodzimy do kresu. Co dla pani było sygnałem, że sama nie poradzi sobie z PTSD? 

To Maciek przekonał mnie, że nie muszę ze wszystkim mierzyć się sama. Wtedy poczułam, jak przydatna jest pomoc, i dziś, w trudnych momentach, łatwiej jest mi po nią sięgać. Od kilku lat jestem otoczona świetnymi dziewczynami. Pozwoliłam sobie odkrywać siostrzeństwo, wspólnotę kobiet. To coś, czego musimy się cały czas uczyć. Szczere otwarcie przed zaufanymi kobietami może być ogromnym wsparciem. Zwykle próbujemy grać, lepiej wyglądać, podkreślać, jak nam dobrze, jak sobie ze wszystkim wspaniale radzimy. Szczerość ma wyzwalającą moc. Pokazuje, że inne kobiety też mierzą się z podobnymi trudnościami. To dla mnie bardzo budujące. 

Nie godzę się na ludzką krzywdę

Pani rodzina nadal pomaga uchodźcom z Ukrainy oraz na granicy polsko-białoruskiej. Otworzyliście dom dla obcych ludzi. Robiąc to, myślała pani o uczeniu synów wrażliwości na ludzką krzywdę?

Raczej zależało mi na zapewnieniu im spokoju, poczucia bezpieczeństwa. Powtarzałam, że nam nic złego się nie stanie. Że ta pomoc jest dla nas bezpieczna. Oczywiście edukacja poprzez dawanie przykładu jest najskuteczniejsza, ale tutaj o tym nie myślałam. Miałam za to poczucie winy, że zostawiam chłopców i jadę na granicę. 

Synów też zabrała pani ze sobą.

Tak, chciałam im tę granicę „odczarować”. Dlatego później było dla nich oczywiste, że skoro pomagałam uchodźcom na granicy, to w miarę możliwości przyjmiemy ich też w naszym domu. Kiedy już do nas dotarli, 10-letni Stasiek zapytał: „Mamo, dlaczego my nie pomagamy uchodźcom”?

Jak to?

Zareagowałam tak samo. Gościliśmy wtedy siedem osób, czasem na noc przychodziło więcej. A Staś zastanawiał się, czemu nie robimy czegoś więcej. Wtedy zrobił przegląd swoich zabawek, które oddaliśmy Fundacji Happy Kids. Miał poczucie, że wreszcie działamy. Dla niego moje dyżury w punkcie pomocy, odbieranie uchodźców z dworca, karmienie ich nie było czymś wyjątkowym. 

Dziś mieszka z Wami Walentyna z 16-letnim synem Danielem. 

Tak, jeden poziom domu przeznaczyliśmy dla uchodźców, którzy zostają u nas na dłużej. Na parterze mamy kuchnię i salon, a na piętrze pokoje chłopców i sypialnię. Siłą rzeczy spotykamy się wszyscy na parterze. Chłopcy, nawet jeśli nie mogą się dogadać, bo nie znają języka, są w kontakcie z gośćmi. Tadek chciał nawet uczyć Madinę czytać po polsku. (śmiech)

Spotyka panią za to krytyka? 

Słyszę czasem negatywne komentarze, ale wtedy ostro reagujemy. Tłumaczymy chłopcom, że niektórzy podchodzą do pomocy na zasadzie mody. Albo działania na krótko. Ale – jak w Małym Księciu – kiedy bierzemy kogoś pod opiekę, oswajamy, to jest to długoterminowe zobowiązanie. Nie można kogoś porzucić, ot tak. 

Po blisko roku od wybuchu wojny konflikt stał się tłem dla codzienności. Mniejsze zaangażowanie społeczeństwa utrudnia pomoc? 

Mnie na sercu leży pomoc uchodźcom na granicy polsko-białoruskiej. Tam nie było wielkiego zaangażowania, jak w pomoc Ukraińcom. A sytuacja jest trudniejsza ze względu na okrucieństwo straży granicznej. Push-backi są niezgodne z prawem, zarówno polskim, jak i międzynarodowym. Jednak – za cichym przyzwoleniem władzy – nadal do nich dochodzi. Niedawno kolejne dwie rodziny z małymi dziećmi zostały odesłane za granicę, i to w środku nocy, na mrozie! Podobnie 16-latek, któremu buty przymarzły do stóp. Nie godzę się na to. Wybuchy na Lubelszczyźnie na nowo uświadomiły, że wojna naprawdę się dzieje, tuż za naszymi granicami. O sytuacji na granicy z Białorusią mało kto pamięta. 

Mój dom jest otwarty 

Jak radzi sobie pani z tym emocjonalnie? 

Od sierpnia jestem na lekach przeciwlękowych. Towarzyszy mi poczucie bezradności, bezsilności. Żyjemy normalnie, a niedaleko rozgrywają się dramaty, które powszednieją. To dla mnie trudne. Musiałam się nieco odciąć. Dziś z rozwagą przygotowuję moją listę zadań. Nie ma co brać na siebie za dużo. Trzeba zostawić przestrzeń dla siebie. Od wiosny nie byłam na Podlasiu, moje fizyczne rezerwy się wyczerpały. Ciało dało znać, że przesadziłam. Podczas największej fali uchodźców z Ukrainy nasz dom był wciąż otwarty. Wypełniliśmy go do ostatniego metra. Czasem spaliśmy pokotem na podłodze. 

Pozostajecie w kontakcie z uchodźcami, którzy znaleźli schronienie w waszym domu? 

Właściwie ze wszystkimi, których gościliśmy, pozostajemy w relacji. Przysyłają nam zdjęcia, SMS-y, życzenia świąteczne. Zaczęło się od Madiny, Czeczenki z dziećmi. Mieszkała u nas dziewięć miesięcy. Później, ze względu na przepisy socjalne, musiała się wyprowadzić. Jestem z nią w nieustającym kontakcie. Na festiwalu Watch Dogs w Żywcu prezentowałyśmy film w reż. Kamila Witkowskiego „Wszyscy wszystko zjedli”. Został nakręcony w naszej kuchni. Madina jest jego główną bohaterką. Opowiada o swoim życiu przez gotowanie. Z innymi rodzinami też jesteśmy w kontakcie. Jakiś czas temu rozmawialiśmy z Maćkiem, że żyjemy życiem kilkudziesięciu osób. W jakiś sposób to nas wypala. Nie wiemy, jak się od tego odciąć, bo przecież tak wiele nas z tymi ludźmi połączyło. 

Pomoc uchodźcom? To oczywiste!

Jak wasi synowie przyjęli otwarcie domu na obcych ludzi? 

Dla nich to było normalne. Madinę i jej dzieci znali, zanim się do nas wprowadziła. Dla chłopców byli to znajomi w trudnej sytuacji, więc wiadomo, że się im pomaga. Przyjęcie uchodźców z granicy polsko-białoruskiej też było oczywiste. 

Co było dla nich w tej sytuacji najtrudniejsze? Bali się, że wojna jest tak blisko? 

Niepokoiłam się krótko po wybuchu wojny. Stasiek długo sprawdzał portale informacyjne. Wtedy uświadomiłam sobie, że nie ma stron z informacjami dla dzieci. Z poważnymi treściami, ale podanymi bezpiecznie dla psychiki dziecka. Czytał newsy z sensacyjnymi nagłówkami i zdjęciami zachęcającymi do kliknięcia. Dużo rozmawialiśmy, że treści są tak specjalnie przygotowywane. Zaproponowałam Stasiowi, byśmy codziennie rozmawiali o tym, co się dzieje, i ja mu przekażę informacje. Po upływie kilku tygodniu przestał samodzielnie szukać. Jestem mamą dwóch chłopców i trudne są dla mnie ich zabawy w wojnę. Staramy się to ograniczać, ale to chyba „przypadłość” większości chłopców w tym wieku. Od kilku miesięcy bawią się w walkę Rosja – Ukraina. Wiadomo, że ten zły zawsze jest z Rosji. 

Po doświadczeniu pomocy uchodźcom stali się wrażliwsi na ludzką krzywdę? 

Od początku staramy się obudzić w nich silną empatię na słabszych. Nie wszystkie dzieci mają takie wsparcie w rodzicach jak oni. Tłumaczymy im, że powinni bronić słabszych, bo zawsze będą mieli w nas oparcie. To ich wzmacnia. Ostatnio Stasiek w szkole zajął się chłopcem, który przeszkadzał grać w piłkę pierwszakom. Kiedy rozmowa nie podziałała, wziął go pod pachę i przeniósł na drugą stronę boiska. (śmiech)

Miłość i uśmiech

Czego potrzebuje pani jako mama, widząc, jak świat funkcjonuje, by móc myśleć o spokojnym dzieciństwie synów?

Chciałabym, by państwo nie narażało nas na stres z powodu bezradności. Na frustrację i smutek. By pomoc szła odgórnie, a nie tylko dzięki oddolnemu zaangażowaniu. Tak było po wybuchu wojny w Ukrainie, tak jest na granicy z Białorusią. Mam poczucie, że to samotna walka obywateli, którzy nie są wspierani przez system. Zamiast ładować całą energię w konkretnie działania, trzeba się rozmieniać na drobne, ukrywać samochody w lesie i udawać, że nie idzie się tam, by komuś pomóc. Czuję ogromne obciążenie i złość. Byłabym spokojniejsza, gdyby moje dzieci żyły w państwie otwartym, w którym nie ma podziałów na swoich i wrogów. 

Co chciałaby pani przekazać synom? 

Często powtarzamy im, że wszystko da się załatwić miłością i uśmiechem. Zależy mi, by chcieli być samodzielni, rozwijali się. By lubili czytać, umieli się uczyć, czerpali wiedzę ze sprawdzonych źródeł. By umieli oszczędzać pieniądze i wiedzieli, że nie spadają z drzewa. Tłumaczymy im również, że dobra materialne nie są najważniejsze. Proste, ale ważne sprawy. Uczę synów, że ważne jest posiadanie bliskich i umiejętność proszenia o pomoc. Że mogą płakać, z czymś sobie nie radzić. By umieli mówić o tym, co jest dla nich trudne, nazywać uczucia. W przypadku chłopców nie jest to w Polsce oczywiste. Cała reszta – nauka języków, gry na instrumencie czy w tenisa – jest dla mnie drugorzędna w wychowaniu dzieci. 

Katarzyna Błażejewska-Stuhr dietetyk kliniczny i psychodietetyk. Kocha jedzenie. Uwielbia karmić. Mama dwóch synów. 

Dodaj komentarz