fotorelacja

Kalifornia jest nasza!

Rodzinna podróż

Kalifornia jest nasza!

Wschód słońca oglądany ze wzgórz Twin Peaks, pojawiająca się znienacka mgła w San Francisco i muzea, z których dzieci trzeba wyciągać siłą i podstępem. Oto Kalifornia oczami Agnieszki Żakiewicz, polskiej fotografki mieszkającej w Szwecji, mamy Kuby i Matiego.

Do tego całego dobra, widoków i wrażeń dodajcie postawiony na plaży w Monterey domek z gałęzi wyrzuconych przez ocean na brzeg. Chłopaki zabrali się do pracy i spełnili marzenie mamy o czterech kątach położonych w bliskim sąsiedztwie szumiącego oceanu i łaskoczącego w stopy piasku. Piękne? Najpiękniejsze! Dajcie się wciągnąć kalifornijskiej opowieści snutej przez Agnieszkę. Nie pożałujecie.

*

Kiedy i dokąd wyjechaliście?

W połowie czerwca, zaraz po zakończeniu roku szkolnego wyruszyliśmy na nasz wymarzony road trip na zachodnie wybrzeże USA. 3 tygodnie, 5000 km, 4 stany i dziesiątki wspomnień.

Nie pierwszy raz udajecie się całą czwórką w tamte strony. Co was tak przyciąga? 

Stany Zjednoczone to zdecydowanie takie miejsce na ziemi, gdzie doskonale się odnajdujemy i czujemy, dlatego tak chętnie tam wracamy.

 

 

Jak tam dotarliście?

Do San Francisco polecieliśmy z Göteborga z międzylądowaniem w Londynie.

 

Jaka pogoda przywitała was na miejscu?

Lądowaliśmy w San Francisco i tam pogoda była idealna do zwiedzania, 20-22 stopnie i przyjemny wiaterek. Wieczorami robiło się odrobinę chłodniej i wkładaliśmy bluzy. W drodze do Los Angeles było mglisto i zimniej, ale widoki cudowne! Na miejscu przywitało nas słońce i nieco wyższa temperatura, ale wiatr znad oceanu pozwalał na przyjemne spacery. W Mieście Aniołów spędziliśmy 5 dni i dalej ruszyliśmy na podbój Las Vegas (śmiech). A tak całkiem serio, to zrobiliśmy sobie tam przystanek w drodze do Grand Kanionu. W Las Vegas było niesamowicie gorąco! Przed wyjazdem, jeszcze będąc w domu w Szwecji, sprawdzałam pogodę i na stronach wyświetlało mi 47 stopni – upewniałam się kilka razy, czy to przypadkiem nie chodzi o skalę Fahrenheita (śmiech).

 

 

Jak się przemieszczaliście?

Na lotnisku wypożyczyliśmy samochód i to nim właśnie szusowaliśmy pomiędzy stanami. W San Francisco docieraliśmy wszędzie pieszo, a w Los Angeles jeździliśmy metrem i autobusami.

 

Gdzie mieszkaliście?

Tym razem w hotelach i motelach. Niektóre zarezerwowałam jeszcze z domu, a inne wybieraliśmy w drodze. Pierwszy hotel w San Francisco bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Dostaliśmy świeżo wyremontowany pokój, ale nie to było najważniejsze – był w nim piękny, szeroki parapet w oknie. Taki, na którym można usiąść po całym dniu, przeczytać książkę, wypić kawę lub się zrelaksować – moje marzenie spełnione!

 

 

I moje! Wspaniale. Dalej było tak samo dobrze?

W ciągu 3 tygodni spaliśmy w dziesięciu różnych miejscach i tylko dwa nas rozczarowały, więc bilans jest bardzo na plus.

 

Co zrobiło na chłopakach największe wrażenie?

Trochę tego było! W San Francisco zdecydowanie magiczna mgła, która pojawiała się znikąd i równie szybko znikała. Ostatniego dnia naszego pobytu obudziliśmy się bardzo wcześnie, bo jeszcze nie zdążyliśmy przyzwyczaić się do zmiany czasu i pojechaliśmy zobaczyć wschód słońca ze wzgórz Twin Peaks. To był najcudowniejszy wschód, jaki do tej pory widzieliśmy! Miasto pokryte mgłą, wstające słonce. Łzy w oczach i buzie otwarte z wrażenia. W Los Angeles za to mieliśmy okazję podziwiać jeden z piękniejszych zachodów słońca na plaży – z oceanem, górami i wesołym miasteczkiem w tle.

 

 

Gdybyś miała wymienić pięć miejsc, które trzeba z dziećmi zobaczyć, na co byś się zdecydowała?

Po pierwsze, San Francisco. Miasto jest dokładnie takie, jak na filmach, z przepiękną architekturą, stromymi ulicami i barwnymi ludźmi. Konieczny jest spacer wzdłuż zatoki, zaczynając od Ferry Building – zabytkowego budynku promowego. W środku możecie zjeść coś smacznego, nam najbardziej przypadły do gustu kanapki z krabami. Potem w drodze do Fisherman’s Wharf i Exploratorium, czyli wielkie centrum edukacji, gdzie ani dzieci, ani dorośli nie będą się nudzić. To takie miejsce, z którego trzeba było siłą wyciągać chłopaków (śmiech). Do tego SFMOMA – muzeum sztuki nowoczesnej, koniecznie zajrzyjcie do sklepiku. Nie mogę też pominąć Golden Gate Bridge, to symbol San Francisco. Udało nam się zobaczyć most w całości dopiero ostatniego dnia, bo wcześniej okrywała go gęsta jak mleko mgła, ale właśnie wtedy, gdy był widoczny tylko częściowo, podobał mi się najbardziej.

Będąc w Los Angeles, trzeba wybrać się do Santa Monica i Venice Beach, choćby po to żeby zobaczyć filmowe budki ratowników, rzesze artystów i wysportowanych mieszkańców. Warto też odwiedzić muzeum LACMA i California Science Center, gdzie zobaczycie prom kosmiczny Endeavor.

O Wielkim Kanionie chyba każdy słyszał, więc nie trzeba go reklamować. Na żywo jest większy i potężniejszy niż na zdjęciach.

Na koniec Monument Valley, czyli westernowe miejsce z czerwonym piaskiem, wystającymi skałami z ziemi, pięknymi wschodami i zachodami słońca. Zostańcie przynajmniej 2 dni i przejedźcie się do Navajo Tribal Parks. Wrażenia niezapomniane!

 

Dużo dobra. Tym trudniej pewnie będzie odpowiedzieć ci na pytanie o najmilsze wspomnienie z całej wyprawy. Spróbujesz?

Kocham morza i oceany, uwielbiam ich szum, a do tego piasek i dźwięk mew latających nad głowami. Odkąd pamiętam, chciałam mieć dom na plaży. Nie musiałby być wielki, w sumie to nawet przyczepa campingowa by wystarczyła, byle tylko budzić się z widokiem na ocean i słyszeć ten szum. I wyobraź sobie, że się udało! Przedostatniego dnia naszej podróży zatrzymaliśmy się w Monterey, niedużym miasteczku na wybrzeżu. Gdy tak sobie jechaliśmy tą trasą, zatrzymaliśmy się po drodze na plaży, niedaleko znanego mostu Bixby Bridge. Wzięliśmy ze sobą owoce, kocyk i zostaliśmy tam do zachodu. Było dość wietrznie, ale też ciepło. Woda za zimna, żeby się kąpać, za to plaża pusta, pełna gałęzi i drewna wyrzuconego na brzeg przez ocean. Chłopcy wpadli na pomysł, żeby wybudować z nich domek. Świetnie się spisali! Nosili często niemałe kawałki drzew, a mój najwspanialszy na świecie mąż wybudował mi najcudowniejszy domek na plaży. Było bardzo kameralnie i rodzinnie. Dużo śmiechu, zabawy, a do tego zapach i szum oceanu oraz unosząca się mgła. Bez pośpiechu, bez tłumu ludzi, tylko my i nasz mały domek na kalifornijskiej plaży.

 

 

Co za wspomnienie, najpiękniejsze! Złych nie macie?

Na szczęście nie. To była cudowna podróż, od początku do końca. Oczywiście były po drodze rzeczy czy miejsca, które mniej nam się podobały, ale na pewno nie będą miały wpływu na nasze wspomnienia.

 

Co najbardziej przydało się chłopcom podczas waszej podróży?

Ciepłe bluzy. Po zachodzie słońca w Kalifornii może zrobić się chłodno, więc coś cieplejszego do ubrania się przydaje. Poza tym, jak zawsze – dobry humor.

 

Jaka piosenka najpełniej oddaje tempo i nastrój podróży do Kalifornii?

Przejechaliśmy tysiące kilometrów i udało nam się znaleźć w radiu stacje z muzyką lat 80., którą kochamy. Jednak chłopcy przepadli na punkcie „Despacito” – ciągle nucili ten tegoroczny przebój i właśnie ta piosenka zdominowała nasz wyjazd. Nawet nagrałam ich, jak śpiewali w samochodzie…

 

Pokaż!

Niestety, nie zgodzili się na publikację, wiec możecie posłuchać oryginału. (śmiech)

*

Tekst: Dominika Janik
Zdjęcia: Agnieszka Żakiewicz / Instagram