Jak wyremontować stuletni dom?

Czyli tarasowe pogaduchy u Oli

Jak wyremontować stuletni dom?

Rozmowę o zaworach, płytkach i grzejnikach przerywa czytaniem córkom, zmienianiem pieluszki i serwowaniem lemoniady. To nowe oblicze relaksu na tarasie. Taki five o’clock, w którym zamiast leniuchowania, wre praca i dyskusja o stuletnim domu.

 

Ola, z którą spotkałyśmy się tu, jeszcze długo nie posmakuje nudy. Umawiam się z nią w jej obecnym domu, na tarasie, na dwa miesiące przed przeprowadzką. Ola cudownie wplotła tu rattanowe meble i akcesoria z Lilushop z dodatkami vintage. Ależ wyszła z tego perełka w stylu boho! Ja bym się stąd nie ruszała! Są jagodzianki, jest arbuz, ale Ola siada tylko na chwilę. Biegnie po paletowniki i plany, żeby z zapałem opowiadać mi o płytkach kuchennych. Sprawcą zamieszania w ich życiu jest stuletni dom, który właśnie remontują. Z dwójką maluchów na głowie. Hej, jak to zrobić, by nie zwariować?

 

 

 

Kiedyś zabrałaś mnie na spacer po Milanówku. Czy właśnie podczas jednego z takich spacerów zobaczyłaś swój przyszły dom z plakietką for sale? Szukałaś czy to on cię znalazł?

Podczas jednego z pierwszych spacerów po Milanówku zapędziliśmy się dość daleko. Widziałam wtedy dom, który bardzo zapadł mi w pamięci. Nie wiem, dlaczego, bo nie wyróżniał się jakoś szczególnie na tle tych wszystkich milanowskich willi. Nie miał żadnego szyldu, że jest na sprzedaż. Był zamieszkany, choć czuć było, że jest trochę taki, hmm… niekochany? Kilka miesięcy później mąż usłyszał, że znajomy znajomego być może będzie sprzedawał w Milanówku stuletni dom. To wszystko było bardzo spontaniczne i nieplanowane. Mieszkaliśmy tu dopiero od roku i nie planowaliśmy niczego kupować, ale postanowiliśmy, że chociaż ten dom obejrzymy. Poszliśmy. Był koniec października, zimno, mokro, a dom dość ciemny…

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia?

Nie. Właściciel powiedział, że możemy przyjść kilka razy, jeśli potrzebujemy poczuć klimat tej nieruchomości, i że to nic pilnego, bo on wcale nie jest przekonany, czy chciałby ten dom sprzedać. I tak zaczęły się nasze spacery i odwiedziny w stuletnim domu. Trwały prawie pół roku. Podjeżdżaliśmy samochodem, chodziliśmy po ogrodzie i staraliśmy się wyobrazić sobie, jak wyglądałoby nasze życie w tym domu. Nie pamiętam, kiedy poczuliśmy, że to mogłoby być nasze miejsce na ziemi, bo to przychodziło stopniowo. Więc zdecydowanie mogę powiedzieć, że to dom nas znalazł.

Jesteś z Krakowa, ale serce skradł ci podwarszawski Milanówek. Za co lubisz to miejsce? 

Tak właściwie to urodziłam się na zachodzie Polski, w Zielonej Górze i tam mieszkałam aż do czasu studiów. Później wyjechałam do Krakowa, skończyłam jedne i drugie studia. Ułożyłam sobie życie rodzinne i zawodowe. Sądziłam, że w Krakowie zostanę na zawsze. To było moje miasto, które kochałam, a właściwie kocham miłością bezkresną. Czasem narzekałam, czasem męczył mnie smog, ale to było moje miejsce na ziemi. Idealnie pasowało do mojej wrażliwości. Do Warszawy zawsze podchodziłam z dużą rezerwą. Trochę się bałam historii tego miasta, jego wielkości i dynamiki. Po przeprowadzce z Krakowa przez pół roku mieszkaliśmy na warszawskim Bemowie, a potem szybko, gdy tylko nadarzyła się okazja, wyjechaliśmy do Milanówka. To był listopad, ale było wtedy wyjątkowo słonecznie. Byłam już w ciąży z Mają i czułam, że po tym, jak wyrwałam moje korzenie z Krakowa, potrzebuję szybko wrosnąć w jakieś nowe miejsce. „Przeryłam” wtedy Milanówek wzdłuż i wszerz. Przeszłam chyba każdą możliwą ulicę, przyjrzałam się każdej willi. Pachniały palone ogniska, dęby zrzucały ostatnie liście… Pierwszy raz od ponad roku poczułam wtedy ukojenie. Pamiętam, gdy pomyślałam, że to może być moje miejsce, że trochę mi przypomina to, co dobrze znałam i co kochałam w Krakowie. Nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła czytać i dowiadywać się więcej o historii miasteczka, w którym przyszło mi żyć. Urzekła mnie koncepcja letniska i piękna willowa architektura. Mogę powiedzieć, że wsiąkłam na dobre. Teraz wypożyczam z milanowskiej biblioteki wszystkie książki dotyczące tego miasta i regionu. W końcu bycie historykiem zobowiązuje (śmiech).

 

 

Powiedz szczerze, czy choć raz nie przestraszyło cię równanie: ty + dwójka maluchów + stuletni dom?

Co do tego, to oczywiście są takie momenty, że sama się dziwię swojej odwadze. Jestem projektantem wnętrz, więc znam się trochę na rzeczy, ale nigdy nie remontowałam stuletniego domu. Mam dużo na głowie, bo mój mąż pracuje w Warszawie, i gdy coś się „pali” na budowie, to tylko ja jestem na linii frontu. Zawsze staję wtedy na wysokości zadania, podchodzę na chłodno i mam nadzieję, że profesjonalnie. Dopiero później odreagowuję w domu, płacząc mężowi w rękaw. Na szczęście mamy cudowną rodzinę, która pomaga nam jak tylko może, i właściwie od kilku tygodni ktoś cały czas u nas jest. A mąż w piątek zrzuca garnitur, zakłada spodnie robocze i ściera odparzoną gładź. Mogę na nim polegać. Fajne jest też to, że z mężem właściwie wszystkie decyzje podejmujemy wspólnie i nadajemy na tych samych falach, jeśli chodzi o estetykę. Dlatego na szczęście do tego równania, o którym mówisz, można dodać jeszcze męża i całą, cudowną rodzinę. Wtedy nie wygląda ono aż tak dramatycznie!

 

Dzieciaki dobrze to znoszą!

Tak! Kilka razy dziennie muszę pojawiać się na budowie. Gdy nie mam wyjścia, zabieram obie dziewczyny ze sobą. Pola jest ostrożna, więc uważa na kable i rury, które leżą na wierzchu. Maję zabieram w nosidle. Wtedy wiem, że jest bezpieczna, a ja mogę spokojnie omawiać elektrykę. Dziewczyny są przyzwyczajone do pyłu i hałasu. Świetnie dają radę, jestem z nich bardzo dumna!

 

To uchyl rąbka tajemnicy, w jakim stylu będzie wasz nowy dom? 

Gdy projektuję, zawsze staram się odnaleźć ducha danego miejsca. Chcę, żeby było przede wszystkim autentycznie. To dla mnie warunek numer jeden. Takie stare domy mają swoją historię i swój ładunek emocjonalny. To ważne, żeby podchodzić do nich z delikatnością i uważnością. To, co można zrobić w takim domu, a co będzie do niego pasować, to często dwie zupełnie różne rzeczy. Ważne jest, żeby o tym pamiętać, bo inaczej można się bardzo pogubić i stworzyć kartonowego przebierańca. 

Dom będzie na pewno eklektyczny z przewagą stylu retro. Wszystko będzie jasne i świetliste. Deski będą po skandynawsku zaciągnięte kryjącą białą farbą, na ścianach nie będzie gładzi. Chcieliśmy, aby podłogi wyglądały tak jakby były w tym domu od zawsze, dlatego np. w kuchni kładziemy kamionkowe, oktagonalne płytki wytwarzane we francuskiej manufakturze od ponad stu lat. W łazience znalazło się miejsce dla mosiężnych baterii i dla heksagonalnej mozaiki. Na pewno najważniejszym miejscem i takim oddechem dla tego domu będzie hall ze stuletnimi schodami i wiktoriańskimi płytkami.

Wszystko, o czym wspomniałam, doprawimy naszymi perełkami z lat 60. i 70., bo nie lubimy być znowu tacy całkowicie poważni i dosłowni. Już widzę to wszystko oczami wyobraźni i po prostu nie mogę się doczekać.

 

 

 

Mnie interesują pokoje dziewczyn. Razem, osobno? Szykujesz coś specjalnego?

Dziewczyny będą miały wspólny pokój. Jestem głęboko przekonana, że bliskość fizyczna w dzieciństwie skutkuje bliskością emocjonalną w dorosłym życiu. Długo zastanawiałam się, jak rozwiązać kwestię pokoju dziecięcego, spania, usypiania, itd. W nowym domu pokój dziewczyn będzie tuż obok naszego. Każda z córek będzie miała swój materac futon (tak, tak, inspiruje mnie pedagogika Montessori), który w razie potrzeby będzie można złączyć lub rozdzielić. To pozwoli dziewczynkom być blisko, kiedy tego potrzebują, a jednak mieć poczucie, że każda ma swoją przestrzeń. Dla Mai to będzie na pewno dodatkowe wyzwanie, bo teraz ciągle śpi jeszcze z nami.

Drugi pokój, który znajduje się na piętrze, będzie prawdopodobnie na razie bawialnią. Jest tam dużo skosów i belek, do których można przyczepić huśtawki i zrobić skrytki. Spełnienie dziecięcych marzeń… Tak myślę!

Jeśli chodzi o styl, będzie trochę bardziej retro i kolorowo niż dotychczas. Pola rośnie i „Bizancjum” podoba jej się coraz bardziej. Muszę z tego sprytnie wybrnąć i pokazać sobie i jej, że da się zrobić pokój niekoniecznie minimalistyczny, a odpowiadający dziecięcym marzeniom. Będzie brudny róż, tapeta, trochę rattanu, stara biblioteczka i duża szafa na ubrania. Na jednym z okien zrobię dziewczynom bocianie gniazdo, z którego będą mogły obserwować, czy tata wraca do domu. Podłoga to na razie deski sosnowe. Pomalujemy je na biało albo różowo… Albo może jednak na biało (śmiech).

 

 

Największa designerska zajawka? Coś, co musisz w tym domu mieć?

Największa? O, mamo! Nie wiem, bo tam jest masa takich elementów. Chyba tapeta w kuchni. W tym pomieszczeniu zrezygnowaliśmy całkowicie z górnych szafek i postanowiliśmy zrobić dużo rzeczy inaczej niż jest to obiegowo przyjęte. Powiedziałam tapeta, ale może płytki? Tylko nie wiem, które wybrać. Może kamionkę w kuchni, a może wiktoriański dywan w hallu. Wiesz, że w łazience będę sama układać mozaikowy wzór? To się dopiero nazywa odwaga!

 

Rozmawiamy na tarasie, gdzie świetnie się komponują fotele i rattanowe kosze. Masz już pomysł na nowy taras i ogród?

Mamy z mężem masę pomysłów. Na pewno zachowamy leśny charakter tego ogrodu. Jeśli chodzi o rośliny, to nasadzimy dużo hortensji, funkii, paproci i innych lubiących takie warunki okazów. Obowiązkowo musi być też magnolia i wisteria. Funkcjonalnie planujemy zrobić dużo, bo chcemy mieć i kuchnię letnią, i spory kąt zabaw dla dziewczyn, miejsce na wodę też się na pewno znajdzie. To jednak wszystko melodia przyszłości, bo na razie musimy skupić się na tym, co wewnątrz.

 

A ogrodowy domek dla dziewczyn?

Ogród jest wielki. Jest w nim 18 ponadstuletnich dębów. Będzie magicznie. Mamy przy garażu taką fajną wnękę, w której zbudujemy dziewczynom domek ze zjeżdżalnią. Wybraliśmy też starą gałąź na huśtawki. Myślimy także o stworzeniu wodnego placu zabaw. Zauważyliśmy, że piach + woda + dzieci to połączenie idealne.

Co do ogrodu, zdradzę, że garaż, który jest przy domu, nie będzie spełniał swojej pierwotnej funkcji, a będzie moją pracownią. Będę w niej wytwarzać coś, co kocham od lat, ale nigdy wcześniej nie miałam odwagi spróbować. Ale to temat na następne spotkanie!

 

 

To na koniec powiedz, jakie są główne pułapki, na co laik musi zwrócić uwagę, remontując stary dom?

Moja porada dla kupujących takie stare nieruchomości: miejcie oczy, uszy i serca otwarte! A tak serio, przede wszystkim sprawdźcie, czy jest sucho. W starych domach często nieszczelne są fundamenty, przez co piwnice są bardzo zawilgocone. Druga rzecz, dowiedzcie się, jak długo dom stał nieogrzany. Jeśli przez kilka miesięcy temperatura wewnątrz budynku wynosi 5-10 stopni, to mamy scenariusz na piękną katastrofę. Zazwyczaj stare instalacje tego nie przeżywają, różnie jest też ze stropami i tynkami. Ostatnia i najważniejsza sprawa – instalacje. To coś, czego nie widać, i czasem lubimy udawać, że wszystko jest OK, bo woda płynie, a światło się świeci. Przez ostatnie lata całkowicie zmieniły się normy, standardy bezpieczeństwa i sposób montażu instalacji. Warto wiedzieć, na czym stoimy, bo później może nas czekać wiele niespodzianek. Przez instalacje rozumiem tutaj: ogrzewanie, wod-kan, elektrykę i gaz. Jeśli część będzie do wymiany, nie jest najgorzej. Jeśli do wymiany będzie wszystko – zastanowiłabym się dwa razy, bo to naprawdę duże koszty. Trochę was nastraszyłam, ale to naprawdę istotne rzeczy i jeśli je zlekceważymy, możemy wpaść w pułapkę. Kierujmy się intuicją i sercem, ale warto czasem dać dojść do głosu rozumowi!

 

*

Moje serce i rozum podpowiada, że… kończą się jagodzianki z pobliskiej cukierni. Dziewczyny zdążyły juz wykonać serię chowanego w koszach Lilu, wyciągnąć z kuferków książki i zjeść całego arbuza. Czy ja, dziewczyna ze Śródmieścia, odnalazłbym się w stuletnim domu? I tu serce i rozum zaczynają dyskusję… Ola, czy wspominałaś coś o kolejnej wizycie?

 

zdjęcia: Kinga Hołub / Observatorium

rozmawiała: Kasia Karaim